Archive

Posts Tagged ‘Weezer’

Blah, blah, blah…

Tytuł tym razem od Iggy’ego Popa wziąłem 🙂 Miało być w niedzielę, ale niestety znów padłem sick and destroyed, rażony niemiłosiernie w ciągu kilku godzin przez wirusa. Plany pisarskie i wszelkie inne wzięły więc w łeb na parę dzionków. W niedzielę zamierzałem się podzielić odczuciami na temat artykułu, który przeczytałem na Mashable, a który jako początkującego blogera i już niepoczątkującego dziennikarza, pozbawionego korporacyjnego zaplecza, wielce zainteresował. Autor twierdzi bowiem, że w przewidywalnej przyszłości wszystkie media będą social. Innych nie będzie. Facebooki, Twittery, Blipy, MySpace’y położą kres życiu papierowych molochów pozbawiających kraj jakiegoś procentu zadrzewienia rocznie. Już teraz niektórzy blogerzy mają oglądalność większą od niejednego serwisu poważnej (przynajmniej z nazwy) firmy medialnej i zamieszczają na swoich blogach reklamy (Perez Hilton chyba już mocno siedzi). Jeśli faktycznie media mają pójść tylko i wyłącznie w stronę social, to za niedługo być może będę mógł Wam z radością obwieścić, że na przykład Lady GaGa udzieliła ekskluzywnego wywiadu „Buszującemu w morzu” 🙂 No dobra, może do takiej sytuacji prędko nie dojdzie, ale widzę w tym szansę niekoniecznie dla gwiazd z mainstreamu, lecz przede wszystkim dla tych, którzy dobijają się o choćby zauważenie, jeśli nie uznanie. I pomysł taki wcale głupi nie jest i całkiem mi się podoba. Oczywiście oglądalność „Buszującego…” jeszcze długo nie będzie gwarantować mu „ekskluziwów”, ale jak tylko wpadnę w końcu w rytm i będę mógł regularnie i kilka razy tygodniowo zajmować się tylko blogiem, to i oglądalność powinna rosnąć. Nie zapominam oczywiście o pomysłowych cybermózgach w ludzkim ciele, które zapewne wymyślą niejedną aplikację, by taki „ekskuziw” na blogu mem rozprzestrzenił się błyskawicznie. Już zresztą  pod tym względem jest całkiem nieźle, a wierzę, że będzie jeszcze lepiej. Trent Reznor zauważył potęgę sieci już dawno i teraz mając gdzieś wytwórnię filmową udostępnia sobie fragmenty ścieżki dźwiękowej do „The Social Network”. Na innym biegunie jest John Mayer, którego potęga social media przytłoczyła i muzyk zlikwidował swoje konto na Twitterze, załamując tym zapewne większość spośród 3,7 mln followersów. Cóż, cena sławy to już nie tylko paparazzi czyhający za winklem z odbezpieczonym aparatem…

Kilka wydarzeń przeszło mi koło nosa i informacje o nich zbierałem przez życzliwych. Lady GaGa na gali MTV VMA wystąpiła w słynnej już mięsnej sukni, lecz kolega, zawodowy grafik komputerowy, dokonał odpowiednich zoomów na swojej machinie i ponoć ani grama mięsa tam nie było. Idealna podróbka. Ale pomysł na zostanie zauważoną po raz miliardowy genialny. Post factum wygooglałem „meat dress” i linków było tyle, że rok musiałbym mieć, aby wszystkie przejrzeć. Aczkolwiek pod 98 procentami kryła się niemal ta sama treść.

Fajny pomysł promocyjny mieli panowie z Weezer, którzy dogadali się z YouTubem, nakręcili kilkanaście krótkich filmików, w których pojawiała się nazwa zespołu, tytuł płyty, data premiery, a wyemitowali je w kilkunastu kanałach z największą oglądalnością. „Zawsze szukamy jakichś nowych pomysłów na promocję, gdy zbliża się premiera płyty” – mówił Rivers Cuomo, lider Weezer, a wszyscy muzycy powinni sobie to zdanie powiesić nad łóżkiem, zamiast narzekać, jak to jest źle i nikt ich nie kocha.

George Michael znowu ma kłopoty z prawe m i pójdzie siedzieć na dwa miechy. Skoro rok nie wyrok, to dwa miechy, to? Pomóżcie! 🙂 Szkoda faceta, wspaniałego artysty, co by nie mówić. Ale w pewnym momencie zaczął się gubić i jakoś odnaleźć się nie może.

Penelope Cruz i Javier Bardem będą mieli dzieciaka, gratulacje! A dla Nergala wciąż nie można znaleźć dawcy szpiku. Oby się znalazł, bo choćby najsilniejszy duchem człowiek polec musi, gdy nie ma żadnej możliwości ratunku na horyzoncie. O Bydgoszcz Hit Festivalu pisać nie będę nic więcej poza tym, że to tragedia jakaś artystycznie jest. W Opolu ponoć nie było wiele lepiej, a Doda dała popis w swoim stylu.

Bardzo zdenerwowałem się odwołaniem po raz kolejny koncertu Killing Joke. Jakieś fatum ciąży nad tym koncertem. Ale odwołanie na ponad miesiąc przez terminem imprezy jest co najmniej dziwne. Dziwne natomiast nie jest to, że wiara nie ustawiała się w kolejce po bilety. Killing Joke to zespół bezsprzecznie wielki, wspaniały, a do tego miał przyjechać swoim oryginalnym składzie. Jednakże to zespół niszowy i nic tego faktu nie zmieni. Organizator chyba myślał inaczej, wynajął Palladium, które tanie nie jest, zapłacił jak za woły i dziwi się, że mu się nie kalkuluje. Do tego panowie z KJ już dawno „za bramkę” nie grają. A przenieść do mniejszego klubu, do innego miasta się nie dało? Jestem pewny, że się dało, ale zdaje się, iż się nie chciało. Nic to, nie tracę nadziei, że uda mi się w końcu ich obejrzeć.

W poszukiwaniu straconego czasu :)

Chwila wytchnienia, gra Blonde Redhead „Penny Sparkle”. Ciekawie dość gra, ale jeszcze chwilę potrwa zanim będę gotowy do zrecenzowania. Wracam więc na krótko do buszowania w innym morzu dźwięków. Pochwalę się kolejnymi doniesieniami na temat projektu „Music Master: Chopin”. Tym razem wieści dotyczące dystrybucji opublikował tuż po podpisaniu umowy „CD Projekt” i znajdziecie je na przykład na tej stronie. Pojawił się też w TVP (jeden z patronów medialnych) kolejny materiał wizualny, do obejrzenia pod tym linkiem. Wypowiada się Radek Chwieralski, główny aranżer kompozycji do gry. W tle można usłyszeć jeden z utworów z części rockowej, który znajdzie się zarówno w grze, jak i na ścieżce dźwiękowej.

Płytowych zaległości trochę się narobiło przez okres absencji piśmienniczej. Postaram się więc nadrobić w skrócie okołotelegraficznym 🙂 Zacznę wedle chronologii pisania i publikowania recenzji od Black Label Society. „Order Of The Black” to tytuł krążka, którego recenzję dla Megafonu.pl zacząłem tak: „Artysta kalibru Zakka Wylde’a z pewnością marzy o nagraniu płyty dziejowej. Jeśli chodzi o jego własny zespół, na razie kończy się tylko na marzeniach”. Album oczywiście przyzwoity, grze Zakka niczego zarzucić nie można, ale do poziomu „Stronger Than…” czy „Mafii” brakuje sporo. Swoje wrażenia skonkludowałem zaś następująco: „Reasumując, jest trochę lepiej niż dobrze, co oznacza, że Zakk będzie jeszcze musiał poczekać na swoje epokowe dzieło z Black Label Society. Może to i dobrze. Przynajmniej ma do czego dążyć, a my słuchając tych jego dążeń niejedną miłą chwilę przeżyjemy”. W Wylde’a wierzę niezmiennie, choć nie wiem, czy bez Ozza stać go na coś absolutnie i bezsprzecznie doskonałego. Pić przestał tyle, co do tej pory, wyleczył, co było do wyleczenia, z żoną i dziećmi pobył nieco dłużej, więc ma chłop czas, by skupić się na muzie.

Z zamieszaniem wokół Avenged Sevenfold i płyty „Nightmare” nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Owszem, zmarł perkusista i tragedia jest to wielka. Ale AS to żaden wielki wykonawca, przecież. Faktem jest, że udało im się nieco oddalić od obciachowego emo punka, ale wycieczka w kierunku progresywnego grania à la Dream Theater (już eksbębniarz tychże, Mike Portnoy, dokończył nagrania z chłopakami), epickości Queen w połączeniu z mrokiem w stylu seriali „Buffy postrach wampirów”, „True Blood” czy serii „Zmierzch” udana jest średnio. To trochę tak, jakby słonia uczyć tańczyć na linie. Pewne rzeczy po prostu nie przejdą i panowie z AS muszą to  zrozumieć. Nie mam wątpliwości, że właśnie dzięki śmierci The Reva mieli pierwsze miejsce na „Billboardzie”, ale zauważcie, jak szybkie było pikowanie „Nightmare” w dół Top 200. Recenzję zakończyłem: „»Nightmare« to dużo wtórności, bardziej działanie na siłę, a nie naturalny rozwój. Taki romantyzm z Mc Donaldsa. Koncept albumy trzeba umieć tworzyć, a sztuka ta nie jest dana każdemu. Avenged Sevenfold na pewno nie”. Ale i tak boję się, że dalej będzie jeszcze gorzej.

Goo Goo Dolls to nie jest ten zespół, który omijałem z dużym dystansem, ale jakoś orbitowałem wokół niego w bezpiecznej odległości, tylko czasami pochodząc bliżej. Najbliżej oczywiście do znakomitej „Iris„. Na albumie „Something For The Rest Of Us” takich perełek nie znajdziecie, ale sporo jest niezmiernie fajnego rockowego, bezpretensjonalnego grania. John Rzeznik wciąż nieźle śpiewa, wciąż pisze niezłe teksty – proste i mądre. „Aranże są skromne. Goo Goo Dolls nie silą się na ogrom ozdobników. Stawiają na naprawdę fajny klimat” – to z recenzji, która znalazła się ostatecznie na Wirtualnej Polsce.

Horror punka pokochałem miłością bezkresną i trwam w tym uczuciu. Umacniają je takie kapele, jak na przykład Murderdolls, która powróciła po kilku ładnych latach udaną płytą. „Women And Children Last” to spleśniały miód na moje załojone uszy, coraz częściej grzęznące w alternatywie, nie zawsze wybitnej. „Pomimo blisko ośmioletniego rozbratu ze sceną Wednesday 13 i Joey Jordison nie zapomnieli jak pisać proste, krótkie, dynamiczne piosenki, zakorzenione w dokonaniach Misfits, Samhain, The Cramps, z melodyką wziętą od Kiss, Alice Coopera, Ramones. Do tego kawałki są ładnie oprawione w dynamiczne i lekko surowe brzmienie przez Chrisa »Zeussa« Harrisa (m.in. Hatebreed, Agnostic Front) i Jordisona” – napisałem w tekście dla Onetu, który znajdziecie pod tym odnośnikiem.

Również w serwisie Muzyka.onet.pl znalazło się miejsce dla recenzji nowej płyty Disturbed. „Asylum” to bodajże piąta z rzędu płyta grupy z Chicago, która zadebiutuje na szczycie listy „Billboardu”. Chylę czoła, aczkolwiek za pierona nie wiem, skąd to powodzenie Disturbed się bierze. Pewnie, łoją poprawnie, wokal ma charakterystyczny głos, choć ograniczył to skrzeczenie, niczym Indianin podczas zasadzki na blade twarze lub grubego zwierza. Wiem, naraziłem się w tym momencie młodszym melomanom, lecz nobody’s perfect, yours truly including 🙂 Zresztą, kilku już mi przyłożyło pod tekstem opublikowanym tutaj. Słucha się tego w porządku, ale żeby aż tak wpadać w zachwyt? Nie kumam, więc na żabę się nie nadaję.  A cover „I’m Still Haven’t Found What I’m Looking For” U2 średnio słaby.

Robert Plant zamiast leżeć sobie na plaży w ciepłych krajach, to albo wchodzi do władz klubu Wolverhampton, albo zaszywa się w studiu i nagrywa płyty, na których przypomina nam stare kawałki bluesowe, country, folkowe, zahaczające o gospel. Wolverhampton wciąż gra cienko i do Premiership mu daleko, ale wielki głos Led Zeppelin wciąż przeżywa renesans. Musi jednak uważać, by nie przesadzić z odkurzaniem muzycznych eksponatów. Bo „Band Of Joy” to druga z kolei, po świetnej „Raising Sand” z Alison Krauss, płyta z coverami. Wielce mi się podobająca, czemu dałem wyraz w opublikowanej na tej stronie recenzji, ale jednak wolę Planta takiego, jak na „Mighty ReArranger”, gdzie potrafił zaserwować korzennego bluesiora z mocną gitarą, a także pobawić się współczesną elektroniką. Marzę też, by choć raz zobaczyć go na żywo. O wywiadzie raczej mogę zapomnieć, choć niczego nie przekreślam. W końcu miałem kiedyś po drugiej stronie słuchawki Johna Paula Jonesa i nie zapomnę tego nigdy. W archiwum na stronie Muzyka.interia.pl powinna być do znalezienia. Wywiad dotyczył świetnej płyty „Thunderthief”.

Nadrabianie zaległości muzycznych zamykają nowe płyty Weezer i Volbeat. O ile Amerykanie nieco spuścili z tonu na „Hurley”, lecz mimo wszystko można ich słuchać z momentami nawet wielką przyjemnością, to Duńczycy na „Beyond Hell/Above Heaven” obniżyli poprzeczkę bardzo wyraźnie.

Rivers Cuomo to mądry facet i wie, czego fani Weezer oczekują i jak daleko może się posunąć. To mi wyszło nieźle: „Piosenki Weezer to nie jest lek na całe zło świata, ale z na pewno można je traktować niczym kulturysta anaboliki – masa naszego dobrego humoru dzięki nim znacząco się podniesie”. To w sumie też: „Patrzący z okładki Jorge Garcia, portretujący w serialu „Zagubieni” Hugo „Hurleya” Reyesa, ma na twarzy sympatyczny uśmiech. Słuchając krążka też będziemy go mieli”.Więcej w recenzji opublikowanej już na tej stronie.

Faceci z Volbeat mieli chyba jakiś wariant męskiego PMS-a w czasie prac nad „Beyond Hell/Above Heaven”, bo czasami dotykają na „Beyond Hell/Above Heaven” geniuszu, a mają też takie momenty, że z zażenowania po prostu człowiek zakrywa twarz albo ze zdziwienia łapie się za głowę. „Gdzieś zaginęła surowa rockowa moc charakterystyczna dla skandynawskich kapel. Energia nasycona jest dużą warstwą słodu, a spod całości wyziera wyrachowanie. Zniknęła urocza siermięga, na szczęście nie całkowicie” – stwierdziłem w recenzji. Które momenty są fajne? Poczytajcie, a potem mimo wszystko posłuchajcie: „»Heaven Nor Hell« to udany hołd dla hard rocka pokroju AC/DC z fajne wykorzystaną harmonijką, »16 Dollars« to coś pomiędzy skocznym rockabilly a »Ballroom Blitz« Sweet, »Who They Are« ociera się o dokonania Metalliki z okresu po »Czarnym albumie«, choć numer psuje kiepskawy refren. Mnóstwo uroku, niczym nie popsutego, ma żwawy »A Better Believer«”.

Niestety, nie napisałem jeszcze nic o Stone Sour, Tarji, Grindermanie, Underworld,  Accept, Iron Maiden, Acid Drinkers. Części materiałów po prostu nie słyszałem, a w przypadku pozostałych nie było zamówień, więc te za kasę miały pierwszeństwo. Ale o Iron Maiden, Accept, Acid Drinkers wspomnę na bank. A wkrótce przecież nowe krążki Killing Joke, Dimmu Borgir, o płycie Lordi też będzie.

„Repo Men”, film z Judem Lawem i Forestem Whitakerem omijajcie szerokim łukiem. Straszna nuda i nędza scenariuszowa. O wiele lepsze wrażenie zrobili na mnie czescy „Zoufalci”, co przetłumaczono jako „Desperaci”. Prawdziwy film o poważnych problemach żyjących współcześnie młodych ludzi z jednego miasteczka, którym obecna egzystencja w praskiej metropolii przestaje się podobać. Ciekawe typy ludzkie, geje pokazani nie nachalnie, odpychająco, lecz sympatycznie i paru sytuacjach zabawnie. A końcówka… Samo życie wręcz. Jest jeden wspólny wielki plan, przedyskutowane w szczegółach porozumienie, a gdy przychodzi do realizacji to… Zdradzał nie będę co, zobaczcie, warto. Obraz wyreżyserowała bliżej mi nieznana Jitka Rudolfová.

Nadrobiłem też zaległość z przeszłości w postaci „Piękności w opałach” Jana Hrebejka i chylę nisko czoła przed kunsztem mistrza. Wspaniała opowieść o kobiecie szukającej szczęścia i znajdującej je u boku starszego i bogatszego mężczyzny. Nie będącej jednak w stanie ulec zwierzęcemu urokowi seksualnemu eksmęża, z którym spotykać się jej wypada, bo mają razem dwójkę dzieci. W jednej z głównych ról Josef Abraham, czyli lubieżny Doktor Błażej z „Nemocnice na krai mesta” = „Szpitala na peryferiach”. Wspaniale główną rolę Marceli zagrała Anna Geislerová, której też jakoś nie mogę skojarzyć z innych czeskich produkcji. Choćby się waliło i paliło wybiorę się na „Czeski błąd” Hrebejka póki właśnie jest w kinach i nie spadł z grafiku wypchnięty przez jakąś pożal się boże polską komedię.

Well, wyszedł post długi, jak przemówienie Fidela Castro 🙂 Nic to, macie więcej do czytania w przerwie na kawę 😉 A wkrótce postaram się wrócić to częstszych i krótszych wpisów. Sleep tight :-> \m/

Postslayerowo i postmaqamowo

Miało być najpierw o Slayerze, ale jedna wiadomość telewizyjna sprzed kilku chwil zburzyła mój plan. Otóż w Olkuszu próbowano odwołać koncert Peji. Kto chciał? Ano komitet obrony przed sektami. To Peja jest teraz sektą?! Jaką? Wydawało mi się, że trochę się w tym środowisku muzycznym orientuję, ale widzę, iż nie za bardzo. Były poseł najwyraźniej się nudzi i zagubił gdzieś poczucie „misji”. Behemoth w Krakowie też próbował odwołać, lecz na szczeście mu się nie udało. Jakby dalej iść tokiem myślenia szefa komitetu, to zarząd fabryki tworzyw sztucznych mógłby domagać się części tantiem na przykład od Dody za to, że użyła sztucznego tworzywa, by powiększyć obwód w biuście i zażądać, aby zakazano jej występów póki nie zapłaci procentu od wielkości silikonowych wkładek… Nie żebym usprawiedliwiał czyn Peji, bo już pisałem, co o nim myślę, ale żeby sekciarza od razu z niego robić?

slayerDobra, wystarczy. Trochę mi ulżyło. A Slayer? Slayer dobry jest bardzo. To, że to najlepsza płyta mistrzów w XXI wieku nie mam wątpliwości. Odważyłbym się nawet napisać, że to najlepszy album jaki stworzyli od czasu „Seasons…”. Pobrzmiewają tu echa zagrywek z dawanych, wielkich krążków. Świetny numer tytułowy zaczyna się w stylu „Raining Blood”, a „Unit 731” kojarzy się z „Necrophobic”. Skojarzeń jest więcej i każdy znający dorobek kwartetu bez problemów je wychwyci. Wrażenie robi „Human Strain”, wolny, mroczny, z delikatną gitarą w tle i z krótką, przerażającą deklamacją Toma Arayi. Parę kawałków niespecjalnie się broni, lecz i tak, jak na zespół, który gra prawie 30 lat, stworzył podwaliny pod thrash metal i zawsze był mu wierny, to „World Painted Blood” musi robić wrażenie. Na mnie zrobił niemałe. Z tej płyty mogą pozostać w pamięci co najmniej trzy kawałki, może nawet cztery. Do tych z czasów od jedynki do „Seasons…” być nie dorastają poziomem, ale też nie odstają od nich tak jaskrawie.

maqamaO Maqamie pisałem poprzednio, napisze i teraz, bo wciąż jestem pod wrażeniem ich debiutu „Maqamat”. Okazało się, że na płytcie gra Tomek Krzemiński z Neumy (dzięki Mądry Tomaszu za zauważenie tego faktu), zaś zmasterował całość w Nowym Jorku Kevin Reeves, który ma na koncie nominacje do Grammy. Trudno wyróżnić którąś z piosenek. Najlepiej traktować je niczym kolejne rozdziały jednej opowieści. Nawiasem pisząc, tytuł płyty to z arabskiego zbiór krótkich opowiadań. W tej muzyce jest coś takiego, że od pierwszych dźwięków słuchamy jej, będąc zawieszonymi między ekscytacją a strachem. Mroczne napięcie towarzyszy nam niemal non stop, wyjąwszy krótki fragment z „Opium”. Potęgują je słowa śpiewane przez Haidara (w „Darfur” gościnnie wspomaga go Gutek z Indios Bravos). Nie ma ich wiele, ale niosą w sobie wiele treści. Sztuką jest mówić/śpiewać mało, niemało przy tym mówiąc. Powtarzam – Maqama. Zapamiętajcie tę nazwę koniecznie!

weezerMoje związki z Weezer nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie, ale zawsze miło słuchało się ich płyt. Ta „zielona” podobała mi się bardzo. Rivers Cuomo, jak na absolwenta Harvardu przystało, jest niegłupim kolesiem i wie, jaka powinna być muzyka jego zespołu. Ale jedna uwaga drogi Riversie – nie idź już w kierunku eksperymentów z rapowaniem. Numer z Lil Wayne’em traci przez to wiele. Chris Cornell przekonał się boleśnie, że eksperymenty bez głowy nie opłacają się. Cuomo nie postawił na szczęście na Timbalanda, ale na Jacknife’a Lee i Jermaine’a Dupri, lubego Janet Jackson. Lider Weezer instynkt samozachowawczy ma lepiej rozwinięty niż Cornell i generalnie zaproponował na „Raditude” piosenki, które już gdzieś słyszeliśmy wcześniej. Jeśli nie na płytach zespołu, to w latach 60., 70., 80. Jak zwykle jest chwytliwie, melodyjnie, czasami nieco bardziej rockowo i zadziornie, a nad wszystkim unosi się amerykański luz, optymistyczny klimat, który tylko może pomóc w okresie jesiennych chłodów i słoty. Przy niektórych numerach spokojnie można potańczyć. Cudów nie ma, rozczarowania też nie. Po prostu, jest Weezer jakiego dobrze znamy plus w jednym momencie taki, jakiego lepiej, żebyśmy już nie słyszeli.

Kategorie:Uncategorized Tagi: , , ,
%d bloggers like this: