Archiwum

Posts Tagged ‘Turbo’

I Ty Brutusie… (interview bonus track)

CETI zespół, CETI band

 

„Brutus Syndrome” – taki tytuł nosi nowa płyta poznańskiej grupy CETI, na której czele stoi Grzegorz Kupczyk. Legenda mocnej muzyki i jeden z najlepszych głosów rockowych i metalowych w Polsce. Zespół albumem uczcił swoje 25-lecie, a Grzegorz sprawił sobie piękny prezent na urodziny.

Czytaj dalej…

Reklamy

Ostatni wojownik

Króciutko, bo niedoczas złapał mnie mocno w szpony. Dzielę się z Wami informacją, która dotarła do mnie małą chwilkę temu. Autorskie bajania będą, mam nadzieję, niebawem. Tymczasem miłej lektury (po skrótach i przeróbkach na bardzo szybko):

 

Już 14 stycznia w klubie „Graffiti” w Lublinie, odbędzie się premiera „Last Warrior”, wspólnego projektu Grzegorza Kupczyka, byłego wokalisty Turbo, i zespołu Tipsy Train. Grupa na koncertach będzie prezentować numery z dorobku Turbo, głównie współautorstwa Grzegorza Kupczyka.

 

Pomysłodawcą projektu „Last Warrior” był Bart Gabriel z magazynu „Hardrocker”, a pierwotnie mieli brać w nim udział byli członkowie Turbo. Jednakże głównie ze względu na brak synchronizacji terminów oraz przede wszystkim na fakt, że w większości ludzie ci (z różnych względów) zeszli w większym lub mniejszym stopniu ze sceny, a ich zajęcia poważnie ograniczały – i ograniczają – ich możliwości działalności estradowej, projekt został zawieszony. Mowa głównie o Wojtku Aniole, Piotrze Przybylskim i Andrzeju Łysowie.

Rozmowy utknęły w martwym punkcie, a następnie – podobnie, jak  w przypadku projektu „Memories” – Grzegorz chciał zrobić to z innymi zaprzyjaźnionymi muzykami. Na przeszkodzie stanął brak czasu. CETI pracowało wtedy z orkiestrą nad projektem „Akordy słów”, co pochłaniało ogromną ilość czasu i energii. Grzegorz odłożył więc „Last Warrior” do „szuflady” , aż do momentu koncertu zrealizowanego w hołdzie Deep Purple, gdzie poznał Grzegorza Kotyłłę z grupy Tipsy Train.

Po kolejnym spotkaniu, podczas koncertu poświeconego Black Sabbath, rozpoczęły się poważniejsze rozmowy, zmierzające do realizacji projektu z Tipsy Train . Kiedy Grzegorz Kotyłło wspomógł CETI podczas II edycji „Rock Metal Fest” w warszawskiej „Stodole”, pojawiły się szczegółowe ustalenia i rozpoczęły się wstępne prace nad realizacją projektu. Było to w grudniu 2009 roku. Grzegorz oraz agencja jego i grupy CETI – M-ART. dostawali od dłuższego czasu maile i telefony od fanów z prośbami o prezentację repertuaru Turbo w jego wykonaniu. Wraz z agencją wokalista Grzegorz pomyślał, że warto zrobić taki ukłon w stronę fanów.

„Last Warrior” to prezent głównie dla tych fanów Turbo, którzy są z zespołem od samego początku, prezent z okazji 30-lecia powstania. To projekt, w którym będzie można usłyszeć te kompozycje , które są autorstwa lub współautorstwa Grzegorza Kupczyka. Kompozycje, których Turbo podczas koncertów nie wykonuje lub wykonuje sporadycznie. „Last Warrior”,  to projekt koncertowy, być może zostanie udokumentowany płytą live .

Jaki los spotka czeka Wojownika zależy od koncertu inauguracyjnego, który odbędzie się 14 stycznia w Lublinie, rodzinnym miesicie Tipsy Train. Jeżeli publiczność dopisze i będzie zainteresowanie projekt będzie kontynuowany co najmniej przez rok.

Realizatorzy wychodząc na przeciw publiczności pragną w związku z nadchodzącą premierą ogłosić plebiscyt dla fanów, w którym można wybrać utwory, które fani chcieliby usłyszeć podczas koncertu „Last Warrior”. Plebiscyt będzie trwać do 9 stycznia. Propozycje prosimy kierować pod adres ceti@go2.pl.

 

 

 

Last time…

Zwykle nie idę z modą pod rękę, ale w ostatnim dniu roku 2009 dołączę do grona tych, którzy publikują podsumowania najlepszych płyt polskich i zagranicznych. Nie podaję miejsc. Jedynie wymieniam tytuły, które mocno zapadły mi w pamięć i do których z pewnością jeszcze nie raz będę chciał wrócić.

10 najlepszych płyt zagranicznych:

MASTODON – „Crack The Skye”

ALICE IN CHAINS – „Black Gives Way To Blue”

LIVING COLOUR – „The Chair In The Doorway”

THEM CROOKED VULTURES – „Them Crooked Vultures”

SLAYER – „World Painted Blood”

DAVE MATTHEWS BAND – „Big Whiskey And The GrooGrux King”

MEGADETH – „Endgame”

BRUCE SPRINGSTEEN – „Working On A Dream”

CHARLIE WINSTON – „Hobo”

LYNYRD SKYNYRD – „God & Guns”

10 najlepszych płyt polskich:

ARMIA – „Der Prozess”

BRACIA – „Zapamiętaj”

SPIĘTY – „Antyszanty”

TITUS’ TOMMY GUNN – „La Peneratica Svavolya”

MAQAMA – „Maqamat”

PROGHMA-C – „Bar-do Travel”

BLACK RIVER – „Black’N’Roll”

BEHEMOTH – „Evangelion”

LOST SOUL – „Immerse In Infinity”

ŁĄKI ŁAN – „ŁąkiŁanda”

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Nadrabianie zaległości zajmuje dużo czasu, ale w ostatnim dniu 2009 roku postanowiłem, że trzeba zakończyć minione 12 miesięcy mocnym akcentem. Siedzenie niemal od świtu ze słuchawkami na uszach opłaciło się. Z paru powodów, lecz z jednego szczególnie. Wreszcie mogłem porządnie posłuchać najnowszego materiału Lost Soul „Immerse In Infinity” i z czystym sumieniem mogę podpisać się pod tym, co wcześniej donosili mi zaprzyjaźnieni melomani zakochani w mocnym graniu – to death metal na światowym poziomie! Możemy zachwycać się Nilem, Behemothem, oczekiwać z wypiekami na nowy Morbid Angel (który już za niedługo powinien się objawić), ale nie zapominajmy chwalić i doceniać własnego poletka. Jacek Grecki (autor muzyki i tekstów) długo, mozolnie kompletował odpowiedni skład, pieczołowicie przygotowywał materiał, nagrywał w kilku studiach i znalazł wydawcę, który rozumie na czym polega promocja ciężkiego grania (prężnie rozwijający się Witching Hour, za którym stoi Bart z Hermh). Najważniejsze jest to, że miał pomysł na to, jak death metal uatrakcyjnić, nic nie tracąc przy tym na sile uderzenia. Rzecz jasna na pierwszym planie jest brutalne łojenie, gwałtowne przyspieszenia, karkołomne łamańce, lecz na „Immerse In Infinity” usłyszymy również futurystyczne, przestrzenne fragmenty, czy wtręty etniczne. „Breath Of Nibiru” czy „Simulation” to po prostu miód dla uszu. Kawałki świetnie brzmią (miksy i mastering wykonano w Hertzu), a teksty Jacka naprawdę warte są przestudiowania, bo facet ma coś do powiedzenia. Cieszy oko również ładne opakowanie i szata graficzna. Jako oldschoolowiec przywiązuję wagę do takich drobiazgów J Dobrze się stało, że w końcu posłuchałem uważnie Lost Souls zanim wysypie się nawałnica premier. Po Armageddon to kolejny udany deathmetalowy powrót 2009 roku. Teraz pozostaje tylko czekać koncerty i życzyć Jackowi i chłopakom, aby „Immerse In Infinity” została zauważona i doceniona na Zachodzie, bo zasługuje na to niemniej niż „Evangelion” a z pewnością bardziej niż „Necropolis”.

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy w 2004 roku usłyszałem o zespole Bracia i dowiedziałem się, kto za nim stoi, byłem mocno sceptycznie nastawiony. Ot, kolejni protegowani słynnego taty – myślałem. Zajęło mi jednak niewiele czasu, by owego sceptycyzmu się pozbyć, poleciałem szybko do sklepu i nabyłem „Fobrock”, po czym nie mogłem wyjść z podziwu, że w Polsce jest zespół tak świetnie grający klasycznego hard rocka i rocka. Lata temu nieźle robiły to Syndia, Lessdress, Human i paru innych, ale kto ich dziś pamięta poza garstką zapaleńców? Bracia kilka dni przed świętami wydali drugi krążek „Zapamiętaj”, na którym zaprezentowali się jeszcze lepiej niż na debiucie. Przydało się nawiązanie współpracy z Michałem Grymuzą, który poza tym, że jest świetnym gitarzystą, dysponuje niemałym talentem producenckim. „Wiosła” chodzą aż miło. Wielbiciele grania, w którym słychać inspiracje Deep Purple, Led Zeppelin, Thin Lizzy, Whitesnake, piękne harmonie wokalne, kojarzące się ze złotymi czasami AOR, gdy Boston, Journey, Foreigner, Reo Speedwagon i rzesza innych, zdobywali szczyty list. Bracia tym razem nagrali płytę żywszą, z większą ilością dynamicznych piosenek, z pazurem i pięknymi melodiami. Nielicznym udaje się w Polsce napisać rockową balladę bez ocierania się o obciach i nadmiar słodyczy. Oni to potrafią, czego dowodem przepiękna kompozycja „Jesteś częścią mnie”. Więcej o „Zapamiętaj” w recenzji. Będę wypatrywał z niecierpliwością koncertu Braci.

Jeszcze jedno miłe zaskoczenie made in Poland to Titus’ Tommy Gunn, czyli projekt Titusa z Acid Drinkers. Radość moja bierze się nie tylko stąd, że „La Peneratica Svavolya” to kapitalny, kipiący pozytywną energią, mocno motorheadowy materiał (więcej na jego temat pisałem choćby tutaj), lecz również stąd, iż Titus podpisał kontrakt na trzy krążki. Jeśli dwa następne będą równie przekonujące, dające tyle adrenaliny i radości, co debiut, to zwariuję, bo takie granie jest mi niezmiernie bliskie. Od razu zaznaczam, że Titus’ Tommy Gunn to nie jest polski odpowiednik Kingdom Come, który na debiucie bezczelnie zerżnął patenty Led Zeppelin, udając że tworzy coś nowego. TTG nie zżyna z Motörhead i nie tylko wpływy kapeli Lemmy’ego słychać na „La Peneratica…”. Choć wiem, że Titus nie zżyma się, gdy mówi się o nim polski Lemmy (kto by się zżymał, tak swoją ścieżką?). Lata temu Maciej Matuszak z Wilczego Pająka utworzył projekt Gomor (w odpowiedzi na Sodom, który zobaczył w Spodku i załamał się poziomem Niemców) i to był polski Motörhead pełną gębą i na nielichym poziomie. Szkoda, że chyba nic więcej poza kilkoma kawałkami po sobie nie zostawił. Pamiętam, że w radiu puszczano parokrotnie numer „Over The Riding”, ale później Gomor zniknął i już nie powrócił.

O nowym materiale Turbo już trochę pisałem. „Strażnika światła” też miałem okazję posłuchać dziś porządnie i wiem jedno na 100 procent – Wojtkowi zdecydowanie lepiej wychodzi poruszanie się w stylistyce hard/heavy niż thrash. Bardziej do niego pasuje. Fajne melodie układa na gitarze, solówki wycina znakomite, ale to akurat wiemy od lat. „Strażnik…” to coś pomiędzy „Kawalerią szatana”, „Smakiem ciszy” i „Dorosłymi dziećmi”, z paroma ciekawymi kompozycjami, choćby „Szeptem sumienia” czy bardzo szybkim „Niebezpiecznym tańcem” (fajne zwolnienie i basowe solo Bogusza Rutkiewicza). No i te gitarowe partie unisono w stylu Iron Maiden (Hoffmann- Dominik Jokiel)… Starzy fani metalu będą pod wrażeniem. Dobrym wyborem był wokalista Tomek Struszczyk (Pathology). Niełatwo jest wejść w buty, które kiedyś nosił ktoś taki, jak Grzegorz Kupczyk, a Tomek zrobił to całkiem przekonująco. Nie ma tu na pewno kawałków, które staną się evegreenami na miarę „Dorosłych dzieci”, ale jest klasyczny heavy metal na naprawdę nielichym poziomie.

Z zupełnie innej bajki pochodzi kolejny polski wykonawca, którego miałem przyjemność dziś bliżej poznać. Opolski Echoes Of Yul to snujące się w żółwim tempie niczym niemiecka armia wycofująca się spod Stalingradu, posępne, ciężkie, doomowo-drone’owe, odrobinę alternatywnometalowe granie. W zdecydowanej większość płyta jest instrumentalna. Wokale, a w zasadzie recytacje (cytaty z filmu/filmów?) słyszymy ledwie w kilku z 12 kompozycji. Trzeba wspomnieć, że płytę kwartetu zmasterował James Plotkin (m.in. Isis, Pelican, Sunn O))). Debiut Echoes Of Yul powinien przypaść do gustu nie tylko wielbicielom Isis, Pelican, Sunn O))), Neurosis, doomu i mrocznej, ambientowej elektroniki. Myślę, że krążek polubią również miłośnicy alternatywnego kina, które wywołuje w nas takie emocje, jak niepokój, lęk, niepewność. Muzyka jest mocno ilustracyjna i wytwarza atmosferę, którą porównałbym na przykład do „Blair Witch Project” (mniej więcej od połowy do końca trwania filmu), „Pi” lub podobnych niezależnych opowieści, niekończących się happy endem, nad którymi unosi się delikatna narkotyczna mgiełka. Echoes Of Yul to zespół godny polecenia i uważnego śledzenia. Za materiał słowa podziękowania należą się szefowi Foreshadow i Omnio.pl – Arkowi Młyńcowi.

On również dystrybuuje w Polsce drugi materiał studyjny Agua De Annique – „In Your Room”. Zawsze lubiłem głos Anneke van Giersbergen. Podobała mi się w The Gathering, przypadł mi do gustu również debiut Agua De Annique, w którym było niemało tej nostalgiczno-romantycznej Anneke, którą przed laty polubiłem, do tego fajnie wystylizowaną na stewardessę-femme fatale. Na „In Your Room” jest więcej radosnego popu niż nastrojowej Anneke, aczkolwiek są przebicia ze wspaniałej przeszłości, choćby w postaci „Home Again”. Domyślam się, że w życiu uroczej Holenderki dobrze się dzieje, jest szczęśliwa, spełnia się jako żona, matka, artystka sama kierująca swoją karierą i dająca sobie na tym polu nieźle radę, doceniana i zapraszana do współpracy przez innych. Nie jestem jednak przekonany, czy ten bardziej popowy, mainstreamowy kierunek to właściwa droga. Oczywiście artystka ma prawo tworzyć co chce, stylizować się na platynową blondynkę, epatować optymizmem miast nurzać się w melancholii, serwować figlarny uśmiech i naerotyzowane spojrzenie na okładce. Nic w tym złego. Rzecz w tym, że ta formuła na „In Your Room” w małym stopniu się sprawdza. Anneke tak mocno przyzwyczaiła nas do pewnego sposobu tworzenia atmosfery i interpretacji wokalnej, że nie każdemu od razu przypadnie wcielenie, w którym chwilami pobrzmiewa Dolores O’Riordan, a czasami niemalże irlandzka biesiadność. Pomoc Devina Townsenda też wiele nie dała, bo nagrania z nim piosenka „Just Fine” wcale „fine” nie jest. Jest niestety „boring”. Anneke to jednak wielki talent, artystka niezwykle wrażliwa, więc nie wolno przekreślać jej po jednym niezbyt udanym projekcie. O wiele bardziej przemawiały do mnie jej akustyczne nagrania z Dannym Cavanaghem z Anathemy.

Znowu powrót do twórcy polskiego, o którym napomknąłem już na długo przed peregrynacyjno-chorobową przerwą w komunikacji. Starsplanesandcircles i EP-ka „Structures”. Tylko 20 kilka minut muzyki, ale jakże pięknej muzyki! Z Tomkiem Mądrym jestem kontakcie od lat kilku, nie zamierzam tego ukrywać. To dzięki niemu „Structures” trafiła w moje ręce. Możecie sobie myśleć, że uprawiam kumoterstwo za litr gorzały, gram ziela (którego nie palę – słowo!), seks z apetyczną siostrą kolegi Mądrego (nie wiem, czy posiada, a jeśli posiada, czy jest apetyczna ;)), ale jeśli przejdziecie obok tej pozycji obojętnie, wiele stracicie. Pięć kompozycji o tytułach „Structure” i kolejnych numerach zabiera nas w świat mocno filmowy, ilustracyjny, gdzie jest chłodno, raczej niespokojnie, na pewno tajemniczo. To wyprawa w krainę porosłą ambientem, surowym, zimnym, odhumanizowanym industrialem, rytmicznymi samplami z lekkim tylko dotykiem gitary i zmutowanego głosu. Przy tych kompozycjach można puścić wodze fantazji, ale zrelaksować się raczej nie da, bo mocno wciągają, a atmosfera całości daleka jest od sielanki i błogostanu. Tomek zapowiada, że będą koncerty i nie mogę się doczekać aż Starsplanesandcircles zaczną występować. W głowie rysuje mi się występ pełen pięknych dźwięków i ciekawych wizualizacji oraz bankowo niespodzianek, bo nie wyobrażam sobie, by muzycy wyszli tylko na 20 kilka minut po czym zeszli ze sceny. Wspomnieć trzeba o innych artystach, którzy wspomogli Tomka przy „Structures”. Są to: Łukasz Myszkowski (współproducent; IN, Ostrov, eks-Antigama),  Maciej Miechowicz (Neuma, Kostas New Progrram), Kostas Georgakopulos (Kostas New Progrram), Maciej Janas (Ketha), Dominik Strycharski (Pulsarus, Kostas New Progrram), Krzysztof Lenard (Pro-Creation, Deneb). Jeszcze raz wielkie brawa i czekam na więcej! I daj znać Tomaszu czy masz apetyczną siostrę, to może jakiś deal ubijemy ;)) Od razu zaznaczam, że ja nie mam, gdyby przyszedł Ci do głowy handel wymienny.

Dzięki działowi promocji Relapse’a odkurzyłem wspomnienia sprzed blisko 20 lat. Amerykanie zapowiedzieli bowiem materiał Buzzoven „Violence From The Vault”, kapeli, na którą natknąłem się po raz pierwszy jakoś po przemianach ustrojowych w Polsce, gdy nieco łatwiej było zdobyć zagraniczną prasę muzyczną. Buzzoven spory artykuł poświęcił „Metal Maniacs”, szczęśliwym trafem przeze mnie zdobyty. Zespół poznałem już dzięki życzliwemu koledze i nie spodobał mi się. To były czasy dominacji death metalu w moich uszach. Ale po latach udoomowiony stoner/sludge w klimacie zagrzybionej piwnicy wypełnionej gęstymi chmurami przez ćmiących jointy jeden za drugim, całkiem przyjemnie wchodzi. Na trzeźwo z pewnością nie jest do zniesienia jeden numer z „Violence From The Vault”, „Nod”. Blisko 15 minut przećpanego, schizoidalnego hałasu to jak na moje granice tolerancji za wiele. Teraz kolej na Convulse, ale to już w 2010.

A wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają mnie, komentują i czasami besztają życzę wszystkiego „naj” oraz zdrowia. Plus, by zaglądali tu w miarę regularnie ;)) Do przeczytania w 2010.

Sępy, hiphopowa banda, znakomici Czesi…

Pora nadrabiać zaległości, które bynajmniej nie wyniknęły z lenistwa czy braku wartościowych materiałów, lecz z konieczności poświęcenia się w większym niżbym przypuszczał wymiarze czasowym obowiązkom naukowo-logistycznym. Ale najpierw kolejna koleżeńska przysługa dla Rahima i ekipy MaxFlo Records. Oto najświeższe info (choć opublikowane z małym poślizgiem – mojej winy) o nowym wydawnictwie, opatrzone okładką tegoż:

„Inwazja parchów już 4 grudnia

Tegoroczna barbórka będzie zupełnie inna niż wszystkie, bo zamiast górników w galowych strojach z podziemi wydostanie się najbardziej zwariowana hiphopowa banda. Same parchy, czyli 3oda Kru właśnie wtedy zadebiutuje na rynku fonograficznym ze swoim »Parchastycznym mikstejpem«. GrubSon, Metrowy, Jot i Bu przygotowali muzyczną bombę, której rozbrajanie powinno sprawić mnóstwo przyjemności fanom muzyki wymykającej się wszelkim schematom”.

„Zróżnicowana klimatycznie, pełna zabawnych skitów, nafaszerowana doskonałym rapem płyta –  została w całości wyprodukowana przez GrubSona, który udowodnił że potrafi wyprodukować nie tylko ciężki ruffneck. Czerpiąc z bogactwa różnych gatunków, artysta tworzy zupełnie nową jakość zaskakując rytmiką i dynamiką swoich utworów, które jednocześnie nie tracą przebojowości”.

„Płyta w formie mikstejpu – bo tak należy ten album określić, do sprzedaży trafi  4 grudnia. Tego samego dnia odbędzie się specjalny promocyjny koncert łączący trasę O.R.S. GrubSona z premierowym wykonaniem mikstejpu 3ody Kru. Zapraszamy od 20.00 do katowickiego klubu Cogitatur (ul. Gliwicka 9b), w którym MaxFloRec wraz ze świętym Mikołajem połączą siły, aby w ramach prezentu każdemu posiadaczowi ważnego biletu na ten koncert wręczyć »Parchastyczny mikstejp« na CD”.

„Bilety oraz płyty w przedsprzedaży można już zamawiać na www.sklep.maxflorec.pl, a stronę wykonawców odwiedzić pod adresem www.3oda.pl„.

Mniej było czasu na filmy, aczkolwiek udało mi się obejrzeć „Rewers” Borysa Lankosza i stwierdzam, że pochwały jakie posypały się po premierze są jak najbardziej uzasadnione. Czapki z głów przed debiutującym w pełnym metrażu reżyserem (wcześniej twórcą ciekawych dokumentów), który wspaniale potrafił oddać ducha Polski sprzed prawie pół wieku i znakomicie porozumieć się z aktorami. Chwali się najczęściej Agatę Buzek (zasłużenie, panna ma talent wielki i na pewno sławny tata nie ma tu nic do rzeczy;  nie bez powodu kilka dni temu uznano ją za jeden z najbardziej obiecujących talentów europejskiego kina), ale na niemniejsze pochwały zasługuje Marcin Dorociński odgrywający dwie role, jak również sławy polskiego kina – Krystyna Janda i absolutnie znakomita Anna Polony w roli babci. Dopełnieniem imponującej całości jest muzyka Włodka Pawlika, o której z kolei mówi się nieco mniej, a powinno zdecydowanie więcej. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykroić czas na obejrzenie „Domu złego” Wojciecha Smarzowskiego, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej niż po „Rewersie”. Zwiastun był powalający, podobnie jak recenzje.

Z braku częstszego kontaktu z filmem, królowała muzyka. Pochłonąłem już w całości i wielokrotnie debiut Them Crooked Vultures, o którym można napisać tylko, że to arcydzieło stworzone przez supertrio. W rockowej kategorii, bardzo szeroko pojętej, może z tym krążkiem konkurować tylko ostatni Living Colour. Kapitalny rock, pełen energii, fajnych ozdóbek (mandolina, klawisze) w starym stylu, podlany stonerem, bez żadnych pretensji czy ukłonów w stronę którejś z mód. Zresztą, Grohl, Homme i John Paul Jones dawali niejednokrotnie dowody na to, że robią wszystko po swojemu. W jednej piosence podejrzewałem udział Marka Lanegana, ale po gruntownym researchu okazało się, że to Josh, który korzysta z niższych rejestrów swego głosu. Cieszy mnie to, że recenzja „Them Crooked Vultures” spotkała się z takim zainteresowaniem, że przeczytało ją kilkanaście tysięcy ludzi. Jeszcze większą radość wzbudziła wypowiedź Dave’a, z której wynika, że raczej będzie kolejna płyta. Żeby tak jeszcze dotarli do Polski…

Dość pozytywnie zaskoczyło mnie Turbo. „Strażnik światła” to raczej pokłon klasycznemu metalowi niż wściekłe thrashowe młócenie w stylu „Dead End”, „One Way”. Dobrze wypada nowy wokalista Tomek Struszczyk. Ma inną, mniej drapieżną barwę niż Grzesiek Kupczyk, ale całkiem dobrze pasuje ona do muzyki zespołu. Wszystkie teksty śpiewane są po polsku i Tomek nieźle sobie radzi z tą niełatwą sztuką. Muzycznie, jak wiadomo, Turbo nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. No, ale jeśli w zespole są tacy wyjadacze jak Wojtek Hoffmann, Bogusz Rutkiewicz, a na bębnach znakomity Tomek „Krzyżyk” Krzyżaniak to nie ma się czemu dziwić. Z pewnością nie jest to najlepsza płyta Turbo w dorobku, lecz na to pewno dobry metal, z którym warto się zapoznać. W końcu Turbo to jedna z legend ciężkiego grania w naszym kraju, a że Kat (w którymkolwiek wcieleniu osobowym) i TSA nie rozpieszczają nas wydawnictwami…

A propos Krzyżyka. W tym roku pojawił się już na „Der Prozess” Armii, a kilka dni temu ukazała się kolejna płyta formacji Budzego z jego udziałem, „Freak”. O „Der Prozess” rozpisywałem się kilka miesięcy temu, wynosząc album pod niebiosa, bo faktycznie powalił mnie swoją mocą połączoną z wyrafinowaniem aranżacyjnym. „Freak” do mnie nie trafił, niestety. Podskórnie czułem, że ponowne nagrywanie z Robertem Brylewskim i Sławomirem Gołaszewskim nie zaowocuje pozycją o takim ładunku energii i nagromadzeniu fajnych pomysłów. Co istotne, w nagraniach nie brał udziału Banan, który przecież zawsze miał sporo do powiedzenia przy tworzeniu muzyki zespołu.

„Freak”, adekwatnie do tytułu, to dziwadło nielichego kalibru. Armia to jeden z tych zespołów, który zawsze był przeze mnie ceniony i szanowany, zawsze śledziłem z uwagą jego dokonania i byłem pod wrażeniem jego mocy, ewolucji. „Freak” pozostawił mnie z uczuciem zdziwienia, zaskoczenia, niezrozumienia. Psychodelia, freejazz, garażowy brud, hałasująca elektronika… Mało śladów tak zwanej klasycznej Armii, bardzo dużo saksofonów, mało słów, a do tego wszystkie po angielsku. Bądźmy szczerzy, Budzy nie czuje tego języka, nie za bardzo potrafi w nim śpiewać. Są tacy, którzy potrafią to znakomicie, patrz Titus z Acid Drinkers, jak i tacy, którzy powinni skupić się na przekazywaniu swoich myśli po polsku. Budzy zdecydowanie powinien pozostać przy używaniu ojczystego języka. Staram się zrozumieć, po kiego czorta nagrali taki album i jeszcze nie mogę dociec przyczyn. Najgorsze jest w tym to, że na „Freak” nie ma takiego numeru, który porywałby nas po kilkunastu sekundach, a chyba na każdym z poprzednich krążków taką kompozycję można było bez większych trudów znaleźć. Jak ktoś lubi stary Pink Floyd w połączeniu z alternatywnym rockiem, freejazzem, odrobiną etnicznego grania, a wszystko to otoczone jakby narkotycznym obłokiem, może śmiało sięgać po „Freak”. Oczekujący Armijnych czadów z waltornią Banana, niech czują się ostrzeżeni.

Creed nigdy nie należał do moich faworytów. O wiele bardziej podobał mi się projekt Alter Bridge, powstały po rozpadzie z inicjatywy Marka Tremonti, o ile pamięć mnie nie zawodzi. Creed grał taki hipermarketowy grunge, wizerunkowo bezpieczny, umyty, uczesany, bezpiecznie podany, bez rzężenia rodem z zatęchłego garażu, polany grubą warstwą lukru. W słodycz wpakowano tęsknotę za miłością, melancholię, która pasowała do miłośników serialu o podlotkach z dobrych domów, które mają poważny problem, bo mama i tata nie chcą dołożyć do nowej corvetty, a przecież koleżanka z klasy ma… „Full Circle” ma tę przewagę nad wcześniejszymi płytami Creed, że Stapp mniej stara się śpiewać z manierą a la Eddie Vedder i bardziej jest sobą. Zdarza mu się nawet porządnie wydrzeć. Cukierni też jest w moim odczuciu mniej, aczkolwiek za dużo w tym zestawie tych samych ciastek lub o za mocno zbliżonym smaku. Z tuzina wyłowiłbym może dwie, trzy piosenki – tytułową (trąci bluesem z Nowego Orleanu) i „The Song You Sing”. Creed rzecz jasna nie stracił umiejętności pisania fajnych melodii. Umie przyłożyć. To solidny rockowy zespół. Na swoje szczęście wiele lat temu odniósł kolosalny sukces. W przeciwnym razie na taki album, jak „Full Circle” niewielu zwróciłoby uwagę.

Jako podkład do pogłębiania wiedzy wykorzystałem bardzo miłą dla ucha składankę „Hollywood Mon Amour”, na której znalazło się kilkanaście piosenek, które pojawiły się w filmach. Subtelne aranżacje, mocno akustyczne z delikatną elektroniką, w stylu łagodnego popu (chwilami nieco żywszego) mogą się podobać. Z powszechnie znanych śpiewają między innymi Skye z Morcheeby („Call Me” Blondie) i Juliette Lewis („This Is Not America” Davida Bowiego i Pata Metheny). Po raz kolejny podziękowania należą się Adamowi Śliwakowskiemu z Metal Shopu, który ową kompilację wytropił i zechciał się nią ze mną podzielić. Taka refleksja mi się nasunęła po przesłuchaniu, że większość tych przeróbek doskonale nadawałaby się do ścieżek dźwiękowych filmów Quentina Tarantino, jak i na składanki chilloutowe.

Niemniej miły podkład stanowiły płyty Jaromira Nohavicy, z których najmilej słuchało mi się „Tri Cunici” oraz „Divne Stoleti”. Na tej drugiej znalazła się rozsławiona w polskiej wersji językowej przez Artura Andrusa „Cieszyńska”. Co ciekawe, Jaromir część oryginalnego tekstu śpiewa po polsku, którym – jak się przekonałem kiedyś oglądając wywiad telewizyjny z nim – posługuje się ze sprawnością o wiele większą niż selekcjoner naszej narodowej reprezentacji kopaczy nożnych mizernych wielce.

Nohavica grywał kiedyś z zespołem Czechomor, za naszą południową granicą wykonawcą legendarnym. Od dość dawna czekały na swoją kolejkę dwie płyty tej kapitalnej grupy. Z zachwytem pochłonąłem album, który Czesi stworzyli do spółki z Jazem Colemanem z Killing Joke – „Promeny”. Panowie, z tego, co wiem, spotkali się ładnych parę lat temu. Zarówno Czechomor, jak i Jaz Coleman wzięli udział w znakomitym filmie „Rok diabła”, w którym pierwszoplanową rolę gra Nohavica. „Promeny” z Killing Joke oczywiście nie ma niczego wspólnego. To tradycyjna muzyka czeska, znakomicie wyprodukowana przez Jaza, nowocześnie brzmiąca. Mniej więcej w tym samym okresie, gdy powstawały „Promeny” Coleman przebywał przez kilka miesięcy w Krakowie, pracując z Nigelem Kennedym. Do dziś nie mogę wybaczyć losowi, że dowiedziałem się o tym post factum. Malutkim pocieszeniem jest to, że informację przekazał mi sam Coleman w telefonicznym wywiadzie… No cóż, będę się teraz uważniej rozglądał chodząc ulicami centrum.

Zanim wybiorę się w podróż (jeśli znowu nie nastąpi nieoczekiwana zmiana terminu) obejrzę sobie „Harakiri”, stary japoński film, który kiedyś nagrodzono w Cannes. Relację zdam najpewniej w drugiej połowie tygodnia.

%d blogerów lubi to: