Archive

Posts Tagged ‘Slayer’

Slayer dla energetyzera

Dzięki miłej koleżance Marysi, z którą ongiś przez parę miesięcy pracowałem (nazwiska nie podaję, bo nie wiem, czy sobie życzy), dostałem namiar na wywiad, którego Slayer udzielił… Red Bull Music Academy, czyli projektowi muzycznemu o ogólnoświatowym zasięgu pod auspicjami marki Red Bull właśnie. Tak, tej od energetyzera, którego niektórzy moi znajomi z rozkoszą mieszają z wódeczką i konsumują ze smakiem ;))

Red Bull Music Academy nie jest dla mnie nazwą obcą, ale do tej pory raczej kojarzył mi się z jakimiś warsztatami didżejskimi w różnych częściach świata. Zdjęcia z takowych imprez docierały do mnie w czasach korporacyjnych wraz z ogromnym objętościowo dodatkowym info, które trzeba było z mozołem przerabiać na wersję zrozumiałą dla tzw. przeciętnego użytkownika sieci 😉 A tu proszę jaka niespodzianka! Dla Red Bull Music Academy Radio wypowiada się Tom Araya. Całość trwa godzinę! Ale spokojnie, nie cały czas jest słowo mówione 😉 Wypowiedzi dotyczące Slayera – historii, nagrywania płyt, komponowania, poszczególnych kawałków, itp. – przeplatane są licznymi numerami z całej kariery legendy z Kalifornii. Tom robi coś w rodzaju wprowadzenia w muzykę i etos zespołu. Krótko, węzłowato, bez dłużyzn. Dobrze się tego słucha. Jako, że zbliża się kolejne święto państwowe być może znajdziecie 60 minut czasu, aby zapoznać się z rozmową pod tym adresem.

Uwaga! Jeśli ktoś używa przeglądarki Chrome, kliknięcie na „Play Show” niestety nic nie da. Chyba, że Google w tempie ekspresowym wprowadzi jakieś zmiany, czego wykluczyć nie można skoro zaczął już się na poważnie ścigać z Facebookiem. Enjoy it! Horn up, jako że evil has no boundaries 😉

Maleńka wtopa RBMA polega na tym, że na ilustrującej wywiad fotce jest Paul Bostaph zamiast Dave’a Lombardo, ale cóż, początki nie zawsze są łatwe 😉

Kategorie:Muzyka Tagi: ,

Postslayerowo i postmaqamowo

Miało być najpierw o Slayerze, ale jedna wiadomość telewizyjna sprzed kilku chwil zburzyła mój plan. Otóż w Olkuszu próbowano odwołać koncert Peji. Kto chciał? Ano komitet obrony przed sektami. To Peja jest teraz sektą?! Jaką? Wydawało mi się, że trochę się w tym środowisku muzycznym orientuję, ale widzę, iż nie za bardzo. Były poseł najwyraźniej się nudzi i zagubił gdzieś poczucie „misji”. Behemoth w Krakowie też próbował odwołać, lecz na szczeście mu się nie udało. Jakby dalej iść tokiem myślenia szefa komitetu, to zarząd fabryki tworzyw sztucznych mógłby domagać się części tantiem na przykład od Dody za to, że użyła sztucznego tworzywa, by powiększyć obwód w biuście i zażądać, aby zakazano jej występów póki nie zapłaci procentu od wielkości silikonowych wkładek… Nie żebym usprawiedliwiał czyn Peji, bo już pisałem, co o nim myślę, ale żeby sekciarza od razu z niego robić?

slayerDobra, wystarczy. Trochę mi ulżyło. A Slayer? Slayer dobry jest bardzo. To, że to najlepsza płyta mistrzów w XXI wieku nie mam wątpliwości. Odważyłbym się nawet napisać, że to najlepszy album jaki stworzyli od czasu „Seasons…”. Pobrzmiewają tu echa zagrywek z dawanych, wielkich krążków. Świetny numer tytułowy zaczyna się w stylu „Raining Blood”, a „Unit 731” kojarzy się z „Necrophobic”. Skojarzeń jest więcej i każdy znający dorobek kwartetu bez problemów je wychwyci. Wrażenie robi „Human Strain”, wolny, mroczny, z delikatną gitarą w tle i z krótką, przerażającą deklamacją Toma Arayi. Parę kawałków niespecjalnie się broni, lecz i tak, jak na zespół, który gra prawie 30 lat, stworzył podwaliny pod thrash metal i zawsze był mu wierny, to „World Painted Blood” musi robić wrażenie. Na mnie zrobił niemałe. Z tej płyty mogą pozostać w pamięci co najmniej trzy kawałki, może nawet cztery. Do tych z czasów od jedynki do „Seasons…” być nie dorastają poziomem, ale też nie odstają od nich tak jaskrawie.

maqamaO Maqamie pisałem poprzednio, napisze i teraz, bo wciąż jestem pod wrażeniem ich debiutu „Maqamat”. Okazało się, że na płytcie gra Tomek Krzemiński z Neumy (dzięki Mądry Tomaszu za zauważenie tego faktu), zaś zmasterował całość w Nowym Jorku Kevin Reeves, który ma na koncie nominacje do Grammy. Trudno wyróżnić którąś z piosenek. Najlepiej traktować je niczym kolejne rozdziały jednej opowieści. Nawiasem pisząc, tytuł płyty to z arabskiego zbiór krótkich opowiadań. W tej muzyce jest coś takiego, że od pierwszych dźwięków słuchamy jej, będąc zawieszonymi między ekscytacją a strachem. Mroczne napięcie towarzyszy nam niemal non stop, wyjąwszy krótki fragment z „Opium”. Potęgują je słowa śpiewane przez Haidara (w „Darfur” gościnnie wspomaga go Gutek z Indios Bravos). Nie ma ich wiele, ale niosą w sobie wiele treści. Sztuką jest mówić/śpiewać mało, niemało przy tym mówiąc. Powtarzam – Maqama. Zapamiętajcie tę nazwę koniecznie!

weezerMoje związki z Weezer nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie, ale zawsze miło słuchało się ich płyt. Ta „zielona” podobała mi się bardzo. Rivers Cuomo, jak na absolwenta Harvardu przystało, jest niegłupim kolesiem i wie, jaka powinna być muzyka jego zespołu. Ale jedna uwaga drogi Riversie – nie idź już w kierunku eksperymentów z rapowaniem. Numer z Lil Wayne’em traci przez to wiele. Chris Cornell przekonał się boleśnie, że eksperymenty bez głowy nie opłacają się. Cuomo nie postawił na szczęście na Timbalanda, ale na Jacknife’a Lee i Jermaine’a Dupri, lubego Janet Jackson. Lider Weezer instynkt samozachowawczy ma lepiej rozwinięty niż Cornell i generalnie zaproponował na „Raditude” piosenki, które już gdzieś słyszeliśmy wcześniej. Jeśli nie na płytach zespołu, to w latach 60., 70., 80. Jak zwykle jest chwytliwie, melodyjnie, czasami nieco bardziej rockowo i zadziornie, a nad wszystkim unosi się amerykański luz, optymistyczny klimat, który tylko może pomóc w okresie jesiennych chłodów i słoty. Przy niektórych numerach spokojnie można potańczyć. Cudów nie ma, rozczarowania też nie. Po prostu, jest Weezer jakiego dobrze znamy plus w jednym momencie taki, jakiego lepiej, żebyśmy już nie słyszeli.

Kategorie:Uncategorized Tagi: , , ,

Ucho w ucho z mordercą

slayerŚwiat pomalowany w kolorze krwi objawił się w końcu moim uszom. Trochę działało mi na nerwy to odsuwanie premiery o kolejne tygodnie, rzekomo z powodu przedłużających się prac nad poligrafią, ale skoro już mam w rękach nowego Slayera, to zapominam o wszystkim i wybaczam im te promocyjno-marketingowe ściemy. Ze Slayerem jest tak, jak z Metallicą i jeszcze paroma innymi wybitnymi zespołami. Gdy zbliża się premiera, wszyscy wstrzymują oddech, z niecierpliwością wielką szperają po sieci, aby natrafić na ujawniony przedpremierowy numer, kolejną informację o płycie, zespole, na wywiad z którymś z muzyków, choć wiadomo przecież na 99 proc., że powie on, iż jest to najwspanialsza rzecz, jaką do tej pory nagrał. Z „World Painted Blood” było o tyle inaczej, że „Psychopathy Red” Slayer grał na koncertach już ładnych parę miesięcy temu, a „Hate Worldwide” objawił się oficjalnie dość sporo przed premierą.

Ostatnio z bliskim kumplem mieliśmy mały dyskurs na temat „Christ Illusion” i tego, co legenda thrash metalu może jeszcze pokazać. Przyjaciel mój stanowczo obstawał przy tezie, że wprawdzie „Christ Illusion” ma wszystko, co składa się na wyjątkowy styl Slayera, odpowiednią moc, szybkie tempa i charakterystyczne darcie Arayowskiego Tomasza, ale nic tak naprawdę po przesłuchaniu nie pozostaje w głowie. Trochę racji w tym jest, choć nie do końca podzielam to zdanie. Ja zamiast promowanego i nagradzanego „Eyes Of The Insane” wolę „Jihad” i „Catatonic”. Natomiast nie za bardzo podoba mi się zbyt duży stopień „zamulenia” gitar. Brak takiego ostrego, czystego  gitarowego cięcia przez uszy, głębokiego, wywracającego mózg do góry nogami. „World Painted Blood” sprawia w pierwszym kontakcie wrażenie znacznie pozytywniejsze niż poprzednik. Przede wszystkim gitary jakoś lepiej młócą. Jest parę fajnych pomysłów, typowo Slayerowych oczywiście. O żadnym zbaczaniu z kursu nie ma mowy. Jeszcze 48 godzin i będę miał (a właściwie musiał mieć, bo deadline’y nie znają listości) wyrobione zdanie.

Deep-Purple_Live-Encounters_sZdanie mam już wyrobione na temat „Live Encounters” Deep Purple. Niestety, nie jest to najlepsza pozycja koncertowa w dorobku legendy. Ian Gillan nie był wówczas w dobrej formie wokalnej i nic nie pomógł niezły dobór utworów i to, że Purple promowali najlepszy z nagranych z następcą Blackmore’a album „Purpendicular”. Świetnie wypadł tak naprawdę tylko Steve Morse. Nawet Jon Lord grał jakoś niezbyt przekonująco. Tak naprawdę to pamiątka tylko dla najwierniejszych fanów, dla tych, którzy tam byli i chcą to zapamiętać.

Jak ja to ostatnio zaczynałem posta? Czy nie jakoś w stylu, że cholernie mnie cieszy, gdy trafia do mnie płyta mało znanego lub nowego wykonawcy, a potem okazuje się, iż jest to coś bezwzględnie wartego uwagi? Chyba coś w tym guście. Będę musiał wypracować jakąś zgrabną i uniwersalną formułkę i robić copy+paste, jeśli fonografia – rodzima bądź światowa – rzuci w moją stronę interesującym tytułem. Tym razem padło na rodzimą. To nic, że toczy mnie wirus i ciężko się myśli/pisze i w ogóle wszystko ciężej przychodzi. Kryzys zdrowia na szczęście nie pozbawia możliwości obcowania ze sztuką. Aż tak wielki kryzys to to nie jest. Gdzie mi tam do kumpla, który chcąc zadbać o tężyznę fizyczną nabawił się zerwania Achillesa i ma z głowy na trzy miesiące bliższy kontakt ze światem. Współczuję szczerze Klimsonie Drogi! Najbardziej tego gipsu do końca uda. Trzymaj się chłopie. Będę Cię wspierał tak często, jak tylko się da. Ale miało być o muzie.

lachowiczJacek Lachowicz dawno pożegnał się ze Ścianką. Szkoda, ale rozumiem, że chciał tworzyć po swojemu, a do koncepcji sopockiej kapeli to nie pasowało. Jacek komponuje naprawdę interesującą muzykę, która nie wiedzieć czemu, jakimiś opłotkami w mediach się porusza. Trochę było o nim słychać, gdy nagrał klip z Anią Dąbrowską, ale płyta „Runo” przeleciała jak meteoryt i rozbiła się szybko, nie zostawiając po sobie zbyt wyraźnego śladu. Szkoda. Może z „Pigs Joys And Organs” będzie inaczej. Życzę tego Lachowiczowi szczerze, bo ten artysta naprawdę potrafi tworzyć interesującą alternatywną muzykę. I słychać, że inspirację czerpie z różnych odcieni alternatywy. Lekkie naleciałości estetyki rodem z 4AD mieszają się z radioheadową elektroniką, sigurrosową zwiewnością, eterycznością, z delikatnie drapieżnymi uderzeniami gitary. Nie jest to materiał, który może wstrząsnąć sceną alternatywną w Polsce, anteny radiowej pewnie też nie zawojuje, bo ktoś musiałby mieć jaja, aby grać Lachowicza tyle razy, aby zapadł ludziom w świadomość. A jakoś nie wydaje mi się, aby w polskich rozgłośniach ogólnopolskich ktoś taki się znalazł. Choć radość sprawiłoby mi wielką, jeśli okazałoby się, iż pomyliłem się całkowicie. Rzecz na poziomie i z pewnością warta uwagi.

maqamaMaqama. Zapamiętajcie tę nazwę. Rockers Publishing zapowiadał to tak umiejętnie, że musiałem poznać tę muzykę. Dobra promocyjna robota. „Maqamat” Maqamy szczęśliwie jest już u mnie. Trochę trwało zanim mogłem zabrać się za słuchanie, ale jak już się udało, to odpadłem po prostu. W klasyfikowaniu to ja dobry nie jestem i w sumie cieszę się z tego. Maqama to sztuka mroczna, tajemnicza, oniryczna, niepokojąca, powstała z mariażu elektroniki o ambientowym zapachu, etnicznej arabskiej muzyki, ciężkiego grania (niech będzie, że to coś pomiędzy postrockiem a postmetalem, Toolem mi też troszkę zalatuje). Znakomicie brzmi ta muzyka i ma nieprawdopodobny klimat. Uprzedzam, że niewesoły, podobnie jak teksty. Jest w tym coś wciągającego, urzekającego. Szczerze pisząc z muzykami Maqamy nigdy wcześniej się nie zetknąłem, a przynajmniej nie jestem tego świadom. Ale od tej pory mam ich na radarze. I obowiązkowo chcę się przekonać, czy są w stanie odtworzyć taki nastrój na żywo. Coś mi podpowiada, że w tym przypadku formuła zwykłego koncertu, czyli czterech kolesi na scenie robiących hałas na instrumentach, może okazać się niewystarczająca. Bez wizualizacji, umiejętnej iluminacji się nie obejdzie… Czekam na wizytę w moim mieście i liczę na to, że Maqamy nie zabraknie na przykład na Off Festivalu. Niezwykle miła niespodzianka. A Rockers ma jeszcze w zanadrzu solowego Spiętego z Lao Che, po którym niemało sobie obiecuję.

evan_and_larryCo, poza lekarstwami, pomaga, gdy łeb zaczyna puchnąć z gorączki, z gardła robi się papier ścierny, zaś nos przemienia się w koryto dla rzeki śpików? Woody Allen! „Jakby nie było” (Whatever Works) to klasyczny Allen bez udziału Allena-aktora. Larry David to w USA naprawdę nie byle kto, ale jak patrzyłem na znakomicie granego przez niego Borisa Yelnikoffa (swoją drogą reżyser ma chyba słabość do tego imienia, bo był już przeca Boris Grushchenko), to miałem wrażenie, iż to Woody, tylko po wyjątkowo karkołomnej operacji plastycznej, która zmieniła go nieco wizualnie, lecz mentalnie nic a nic. Neurotyczny, zgryźliwy, cyniczny, gruboskórny i piekielnie inteligentny malkontent to pewna stała wszystkich najlepszych filmów Allena (książek również). Zwykle sam znakomicie wcielał się tę postać. Larry David tym razem go zastąpił. I to jak! Boki zrywa się przez 3/4 filmu. Znakomita jest młodziutka Evan Rachel Wood jako Melody Saint Anne Celestine. Gwiazda jej ukochanego Marilyn Mansona przygasa, ona zaś aktorsko rozkwita coraz bardziej. Bardzo przekonująca jest grana przez nią głupiutka blondynka z Południa, którą przygarnia Yelnikoff i pełni podobną rolę, jak Harry Higgins w „Pigmalionie” Shawa. Wood wpadła mi w oko w „Królu Kalifornii”, potem świetnie sprawdziła się w „Zapaśniku”. Aż się boję, co pokaże dalej. W Nowym Jorku zdarzają się różne metamorfozy osobowościowe i takowe obserwujemy na filmie. Najbardziej zaskakujące przechodzą rodzice Melody, którzy wpierw są typowymi bogobojnymi redneckami, którym w głowie miłość do ojczyzny, zakładanie rodziny, płodzenie dzieci, zrytualizowane codziennie życie, zaś ciekawość świata, ludzi, kultur dla nich nie istnieje. Obejrzałem „Jakby nie było” dwa razy, wkrótce obejrzę trzeci, bo ten film sprawia, że człowiekowi jest lepiej. Dla mnie to lepszy obraz niż „Vicky Christina Barcelona”, który uważam do dziś za całkiem dobry, a rolę Penelope Cruz za niesamowitą.

%d blogerów lubi to: