Archive

Posts Tagged ‘Slash’

Newsy part 2

Touchstone przed Pendragon

 

Brytyjska prog rockowa formacja Touchstone będzie jednym z dwóch gości podczas kwietniowego występu zespołu Pendragon w Teatrze Śląskim w Katowicach. Przypomnijmy, że będzie to siódmy i równocześnie finałowy występ Pendragon podczas polskiej części europejskiej trasy promującej nowy album „Passion”. Koncerty wszystkich zespołów, które zagrają w teatrze będą zarejestrowane na potrzeby przyszłych wydawnictw DVD.

 

Touchstone to zespół pięciu muzyków o prog-rockowo-alternatywnych inspiracjach. Formacja została założona w 2003 roku przez Roba Cottinghama (klawisze) oraz Adama J Hodgsona (gitary). W 2006 roku w jej szeregi wstąpił Paul „Moo Bass” Moorghen (gitara basowa), a w kwietniu 2007 roku funkcję wokalistki objęła Kim Seviour. Od stycznia 2007 do maja 2010 rolę perkusisty pełnił Alasdair Melville, którego w czerwcu 2010 zastąpił Henry Rogers znany wcześniej z DeeExpus i Final Conflict.

Pierwszym studyjnym materiałem wydanym przez zespół była EP-ka „Mad Hatters” (kwiecień 2006). Rok później zespół zarejestrował swój debiutancki album „Discordant Dreams”, którego miksem zajął się John Mitchell (Kino, It Bites, Arena, Frost), a masteringiem – Tim Turan (Motörhead, Frost, Marilyn Manson). Płyta została bardzo ciepło przyjęta przez fanów i krytyków, czego dowodem jest choćby zdobycie w styczniu 2008 roku nagrody „Best New Band Award” przyznawaną przez Classic Rock Society. We wrześniu 2008 roku formacja wyruszyła na trasę koncertową wraz z zespołem It Bites.

 

Drugi i jak dotąd ostatni studyjny album zespołu zatytułowany „Wintercoast” został nagrany na początku 2009 roku przy udziale tej samej ekipy. Gościnnie wystąpił na niej ponadto zdobywca Oskara – Jeremy Irons, użyczając głosu w preludium. Premiera nowego albumu miała miejsce w trakcie festiwalu Rites Of Spring w Filadelfii w maju 2009. W październiku 2009 zespół powrócił do USA by promować płytę podczas festiwalu Calprog w Kalifornii. Owocem amerykańskich występów zespołu jest wydana w 2010 roku koncertowa płyta „Live In The USA”. To podwójne wydawnictwo zawiera znakomite koncertowe wykonania 14 utworów wybranych ze wszystkich poprzednich wydawnictw formacji. Płyta spotkała się z fantastycznymi recenzjami zarówno w mediach oraz często gości w stacjach radiowych.

 

Rok 2010 to pasmo samych sukcesów Touchstone. 24 czerwca otwarli pierwszy w historii High Voltage Festival w londyńskim Victoria Park, grając u boku takich grup jak ELP, ZZ Top, Black Label Society, i wielu innych. Występ został sfilmowany na potrzeby przyszłego wydawnictwa dokumentującego historię festiwalu. Zarejestrowane zostały także wywiady oraz materiały filmowe na potrzeby programu poświęconego muzyce progresywnej dla brytyjskiej stacji Channel 4. Kim oraz Adam zostali także poproszeni przez Joe Elliotta z Def Leppard o wystąpienie w roli supportu przed koncertem zespołu Down-N-Outz w Londynie. Grupa zagrała także wyprzedany koncert w londyńskim The Borderline. Jesienią Touchstone podpisał kontrakt z agencją Factory Music, która podjęła się współpracy w kwestii promocji oraz wsparcia tras koncertowych. Podpisano także ważny kontrakt z Plastic Head Distribution dotyczący dystrybucji płyt zespołu.

 

Nadszedł rok 2011 i już wydaje się, że będzie lepszy od poprzedniego. Zespół pracuje nad trzecim studyjnym albumem, w marcu wyrusza w towarzystwie zespołów Jurojin i Enochian Theory na trasę firmowaną przez prestiżowe brytyjskie pismo „Classic Rock Presents Prog –  Progression 2.0. – The New Breed”. W kolejnych miesiącach zapowiada występy w Europie i Stanach Zjednoczonych.

W kwietniu Touchstone wystąpi na pierwszym koncercie w Polsce. 20 kwietnia zagra jako support Pendragon w katowickim Teatrze Śląskim, podczas którego zarejestruje materiał na swoje pierwsze wydawnictwo DVD. Tego historycznego występu nie można przegapić!

 

12.04. Poznań, Blue Note, godz.20.00

13.04. Gdańsk, Parlament, godz.20.00

14.04. Bydgoszcz, Filharmonia Pomorska. godz.20.00

15.04. Warszawa, Progresja, godz.20.00

16.04. Kraków, Loch Ness, godz.20.00

17.04. Bielsko Biała, BCK, godz.20.00

18.04. Wroclaw, Firlej, godz.20.00

20.04. Katowice, Teatr Śląski (+ Touchstone + Wojciech Hoffmann), godz.17.30

 

Bilety do nabycia na stronach:

http://www.metalopolis.pl, http://www.ticketpro.pl, http://www.ebilet.pl, http://www.ticketonline.pl,www.ticketportal.pl, http://www.kupbilet.pl,  http://www.eventim.pl

 

Wszelkie informacje o sprzedaży biletów:

tel 32/205 25 00 (wew. 101), e-mail: koncerty@metalmind.com.pl, http://www.metalopolis.pl, http://www.metalmind.com.pl

 

Sprzedaż wysyłkowa:

32/205 25 00 (wew. 187), 32/253 77 60, shop@metalopolis.com.pl

 

 

 

Anaal Nathrakh + Bleeding Trough = Suffer Well

 

 

Suffer Well, czyli połączone siły Anaal Nathrakh i Bleeding Trough, został nowym zespołem w wytwórni Century Media.

 

Zespół powstał dzięki porozumieniu Micka Kenneya z brytyjskiego Anaal Nathrakh z Brandanem Schieppatim z Bleeding Trough. Zapowiadany jest jako połączenie wariackich gitar i elektroniki, za które odpowiedzialny będzie Mick, z warczeniem, charczeniem oraz melodyjną słodyczą, którą będzie wydobywał z gardła Schieppati. Debiutancka płyta projektu zapowiadana jest na 2011 rok. Zwiastun całości, w postaci kawałka „Treachery”, znajduje się już na profilu MySpace Suffer Well.

„Chciałem uniknąć tego, czego pewnie większość by się po mnie spodziewała” – mówi Mick. „Zależało mi na złamaniu kilku zasad i stworzeniu muzyki trudnej do skategoryzowania”.

Suffer Well planuje trasę koncertową. Duet na scenie mają wspomagać muzycy 18 Visions i Combichrist.

 

Specjalny debiut Slasha

 

 

 

Na początku lutego ukaże się specjalna edycja debiutanckiego solowego albumu Slasha.

 

Album, zatytułowany po prostu „Slash”, premierę miał w kwietniu 2010 roku,  a pojawiło się na nim grono znakomitych gości: Ian Astbury, Chris Cornell, Rocco DeLuca, Fergie, Dave Grohl, Myles Kennedy, Kid Rock, Lemmy Kilmister, Adam Levine z Maroon 5, Duff McKagan, M. Shadows z Avenged Sevenfold, Ozzy Osbourne, Iggy Pop oraz Andrew Stockdale (Wolfmother). Za produkcję odpowiedzialny jest  Eric Valentine (Queens Of The Stone Age, The All-American Rejects), a w sesji udział wzięli: basista Chris Chaney (Jane’s Addiction) oraz perkusista Josh Freese (A Perfect Circle, Nine Inch Nails).

 

Album dostępny będzie w nowej ekskluzywnej edycji CD+DVD. Płytę CD wzbogacono o trzy utwory akustyczne, a na krążku DVD znalazł się wywiad ze Slashem, dokument o powstawaniu płyty,  utwory w wersjach akustycznych oraz teledyski artysty. Premiera wydawnictwa przewidziana jest na 7 lutego.

 

Lista utworów:

 

CD 1:

1. Ghost (featuring Ian Astbury)

2. Crucify The Dead (featuring Ozzy Osbourne)

3. Beautiful Dangerous (featuring Fergie)

4. Back From Cali (featuring Myles Kennedy)

5. Promise (featuring Chris Cornell)

6. By The Sword (featuring Andrew Stockdale of Wolfmother)

7. Gotten (featuring Adam Levine)

8. Doctor Alibi (featuring Lemmy Kilmister)

9. Watch This (featuring Dave Grohl and Duff McKagan)

10. I Hold On (featuring Kid Rock)

11. Nothing To Say (featuring M. Shadows)

12. Starlight (featuring Myles Kennedy)

13. Saint Is A Sinner (featuring Rocco DeLuca)

14. We’re All Gonna Die (featuring Iggy Pop)

15. Back From Cali (Live Acoustic)

16. Fall To Pieces (Live Acoustic)

17. Sweet Child O’ Mine (Live Acoustic)

 

DVD:

Making of the Album Documentary

Back From Cali (featuring Myles Kennedy) [Live at the Roxy]

By The Sword  – VIDEO

By The Sword – Behind the Scenes

Starlight – Live From MTV Classic Launch

Mean Bone feat Myles Kennedy – Live from MTV Classic Launch

Track by Track Interview with Slash

Back From Cali (featuring Myles Kennedy) – VIDEO

Beautiful Dangerous (featuring Fergie)  – VIDEO

 

Skład krwi Artillery

 

 

Duński zespół Artillery ujawnił okładkę i tracklistę najnowszego albumu „My Blood”.

 

Następca płyty „When Death Comes” z 2009 roku zostanie wydany przez Metal Mind Productions już w marcu. Album zarejestrowano w Medley Studios w Danii w następującym składzie: Søren Adamsen – wokal, Michael Stützer – gitara, Morten Stützer – gitara, Peter Thorslund – gitara basowa, Carsten Nielsen – perkusja.

 

Okładkę „My Blood” zaprojektował znany polski grafik Graal, który współpracował wcześniej z takimi zespołami, jak choćby Vital Remans, Sinister, Solitude Aeturnus czy Bulldozer. Graal był także odpowiedzialny za dwa poprzednie wydawnictwa Artillery – „When Death Comes” i box „Through The Years”.

 

„My Blood” ukaże się w całej Europie 21 marca. Nieco wcześniej, 14 marca materiał zadebiutuje w Japonii, a 5 kwietnia płyta będzie dostępna w Stanach Zjednoczonych. Album dostępny będzie w standardowej wersji CD oraz limitowanej wersji CD Digipak wzbogaconej o dwa dodatkowe nagrania. W Japonii album będzie zawierać jeden dodatkowy utwór niedostępny nigdzie indziej.

 

Lista utworów:

 

CD:

1. Mi Sangre (The Blood Song)

2. Monster

3. Dark Days

4. Death Is An Illusion

5. Ain´t Giving In

6. Prelude To Madness

7. Thrasher

8. Warrior Blood

9. Concealed In The Dark

10. End Of Eternity

11. The Great

CD digi

Bonus tracks:

12.  Show Your Hate 2011

13.  Eternal War 2011

CD – Japanese edition

Bonus track:

11. The Almighty 2011

 

Muzyczne legendy w formie

Legendy scen rozmaitych gościły w minionych kilkunastu dniach w odtwarzaczu. I niemal wszystkie zrobiły na mnie wrażenie. Najmniejsze Slash, który po rozstaniu z Guns N’ Roses jakoś nie może ponownie wspiąć się na szczyt sławy oraz swoich kompozytorskich możliwości. Aczkolwiek na płycie „Slash” parę razy pokazał, że wciąż umie pisać fajne piosenki. Numer z Fergie z Black Eyed Peas jest zdecydowanym numerem jeden. Nie spodziewałem się, że ta pani potrafi tak wspaniale rockowo się wydrzeć. Oprócz niej najbardziej przekonująco wypadają dwaj weterani, Lemmy i Iggy Pop, słabiej trzeci – Ozzy Osbourne (swoją drogą numer zapowiadający nowy krążek Księcia Ciemności słabowity jest niemiłosiernie; jednak Gus G. to nie Zakk Wylde) . Do przyjęcia jest otwierający całość kawałek z Ianem Astburym. Ale do padania na kolana droga daleka.

Jedno z większych ostatnio zaskoczeń wiąże się z zespołem, którego nie słuchałem lata. To Ratt, legenda sceny Sunset Strip, z której wywodzą się choćby wspomniani Gunsi, L.A. Guns, Mötley Crüe, i cała masa innych zespołów, które opróżniały sklepy w Mieście Aniołów z lakierów do włosów i zestawów do makijażu. Ratt sprzed ćwierćwiecza był dla mnie takim zespołem dla napalonych nastoletnich dziewczynek. Zawsze trochę za grzeczny, za łagodny muzycznie, aczkolwiek potrafiący pisać fajne piosenki (może ktoś pamięta „Nobody Rides For Free” na napisach końcowych filmu „Na fali” z Keanu Reevesem i nieżyjącym już Patrickiem Swayzem?). Po personalnych przepychankach, procesach sądowych, tragedii (śmierć na AIDS Robbina Crosby’ego) Ratt odrodził się kilka lat temu ze Stephenem Pearcym na wokalu. Ze składu pamiętającego złote czasy grupy pozostali w niej jeszcze Warren DeMartini i Bobby Blotzer. Ta trójka uzupełniona starymi wyjadaczami melodyjnego hard rocka – Carlosem Cavazo (zastąpił kiedyś w Quiet Riot Randy’ego Rhoadsa) i Robbiem Cranem (m.in. Vince Neil) nagrała znakomitą, soczystą, kopiącą solidnie płytę „Infestation”. Może nie jest to pozycja tak dobra, jak „Saints Of Los Angeles” Mötley Crüe, ale ustępuje jej niewiele. Przekonajcie się sami na tej stronie.

O „Emotion & Commotion” genialnego Jeffa Becka za wiele rozpisywał się tu nie będę, bo zrobiłem to już w recenzji zamieszczonej pod tym adresem. Dodam tylko, że warto dać te kilka złociszy więcej i mieć wersję limitowaną z DVD. Warto przede wszystkim ze względu na mistrza, lecz jestem przekonany, że niewiele mniejsze wrażenie na oglądającym zrobi sekcja rytmiczna Tal Winkenfeld/Vinnie Colaiuta. Tego drugiego znamy doskonale z wielu projektów (nagrywał bębny choćby na „The System Has Failed” Megadeth, czy kapitalną „Good News From The Next World” Simple Minds). Przynaję bez bicia, że o Tal usłyszałem dopiero dzięki „Emotion & Commotion”. Zaciekawiło mnie, kim jest to dziewczę grające na basie i wyglądające na jakieś 15 lat? Research uświadomił mi, że Tal jest kilka lat starsza, a dokonaniami mogłaby zawstydzić niejednego rutyniarza. Nie rozumiem tylko, jak mistrz mógł zaakceptować tak beznadziejnie kiczowatą okładkę?!

Triptykon – zespół, który powstał na gruzach Celtic Frost, a do którego podchodziłem trochę jak pies do jeża. Niepotrzebnie. „Eparistera  Daimones” to naprawdę niezły album. Ponad 72 minuty mrocznej, ostrej muzy, chwilami lekko zakręconej, w paru miejscach ciekawie złagodzonej przez fortepian i żeński wokal. Tom Warrior jeszcze nie wyczerpał swego potencjału. I ponownie udało mu się uzyskać zgodę mistrza Gigera na wykorzystanie jego obrazu na okładce (tym razem padło na dzieło „Vlad Tepes”). Na YouTube, na kanale wytwórni Century Media, można obejrzeć wywiad ze Szwajcarem. Widać, że jest w dobrej formie, cieszy go to, co robi, najwyraźniej trafił na właściwych współpracowników, wydaje się nawet lekko uśmiechnięty, choć może to moja nadinterpretacja. Bardzo jestem ciekawy, jakie będą dalsze losy Triptykon. Start zespół ma niezły. Trzymam kciuki

Może nie jak pies do jeża, ale z duża dozą obawy zabierałem się  za słuchanie „The Obsidian Conspiracy” Nevermore. Bałem się, że po takiej petardzie, jak „This Godless Endeavour” ciężko będzie nagrać im coś przekonującego. Ale udało się całkiem nieźle. Tym razem Andy Sneap odpowiadał za miksy i mastering, zaś produkcję powierzono znanemu z Soilwork Peterowi Wichersowi (produkował solową płytę Warrela Dane’a). Efekt? Mniej klinicznej sterylności, więcej takiego żywego klimatu, prawdziwego. Wokal jest bardziej zróżnicowany, spokojniejszy, mniej zawieszony w górnych rejestrach. Aby docenić krążek potrzebowałem chyba z pięciu bardzo uważnych przesłuchań. Smaczków jest tu wiele. A gitarzyści koniecznie powinni wnikliwie posłuchać, co wyrabia tu Jeff Loomis. Bezwzględnie jeden z najlepszych obecnie metalowych gitarzystów. Będę teraz polował na wersję limitowaną, by usłyszeć cover „The Crystal Ship” Doorsów. Nevermore covery zawsze robili znakomite.

Kiedy słyszę, że Darkthrone ma wydać nowy album, morda mi się śmieje. Fenriz i Nocturno Culto trafiają do mnie tym celowym wyśmiewaniem własnej przeszłości, gloryfikowaniem starego punka i metalu, tkwieniem w old schoolu, który może finezją nie grzeszył, ale był prawdziwy, szczery, trafiający prosto w serce. Kiedy po raz pierwszy posłuchałem „Circle The Wagons” radość moja była wielka. Norwegowie napisali znakomite, chwilami chwytliwe, dynamiczne kawałki, będące hołdem dla metalu lat 80. A widok Fenriza na pliku wideo z wersji digipackowej w katance z „ekranem” z okładką „Endless Pain” Kreatora, bezcenny! 😀 Wielki szacunek dla tych facetów. Szkoda, że nie grają koncertów. Te numery na żywo wypadłyby zabijająco.

Nowy materiał wydała też basistka znana z Hole i Smashing Pumpkins, Kanadyjka Melissa Auf Der Maur. Pierwsza płyta przemknęła koło mnie niespecjalnie przykuwając moją uwagę. „Out Of Our Minds” to jednak ciekawe alternatywnorockowe granie, któremu warto się baczniej przysłuchać. Najbardziej rzuca się w uszy spokojny numer „Father’s Grave”, nagrany z Glennem Danzigiem, ale ciekawych momentów jest tu sporo. Melissa udowadnia, że ma do zaproponowania coś więcej niż tylko szarpanie czterech strun dla Courtney Love, czy Billy’ego Corgana.

Z wydawnictw polskich zawiódł mnie trochę Czesław Śpiewa, ale mile rozczarowała Papika Korps. X razy kumpel namawiał mnie na wyprawę na ich koncert, nigdy nie było mi dane ich zobaczyć, a podobno jest co. Muzykę opolan poznałem dzięki znajomym i zaskoczyło mnie to, że Paprika Korps wplata do piosenek tak ostre gitary. Heavy reggae – choć ostrożny jestem przy stosowaniu etykietek, z tą się zgadzam. Nowa płyta zespołu, „Metalchem”, naprawdę warta jest poznania. Gościnnie pojawia się na niej między innymi muzyk Żywiołaka. Więcej o tym krążku można przeczytać w mojej recenzji, którą zamieszczono na tej stronie.

Filmy rzecz jasna nie poszły w odstawkę. Problem w tym, że więcej słucham dobrych płyt niż oglądam dobrych filmów. „Shutter Island” Martina Scorsese nie zachwycił mnie. Ale oglądnąłem niedawno polski film „Zero” Pawła Borowskiego (o reżyserze, przyznaję, kompletnie nic nie wiem) i był to strzał w dziesiątkę. Znakomici są Robert Więckiewicz jako wyciszony biznesmen, szef wielkiej korporacji, któremu rozpada się życie osobiste, Marian Dziędziel jako taksówkarz, opowiadający pasażerom rozmaite historie, Cezary Kosiński jako wredny karierowicz, który poniża żonę niemogącą dać mu dziecka, Michał Tarkowski, czyli Romeczek z „Wodzireja”, w roli pedofila. W epizodach m.in. Sonia Bohosiewicz i Rafał Mohr. Jedno wydarzenie rodzi kolejne, to następne. Sceny przeplatają się, bohaterowie pojawiają się w różnych miejscach, w różnych sytuacjach. Epizody tworzą taki mikrokosmos ludzkich problemów – choćby braku pieniędzy na leczenie chorego dziecka, brak akceptacji rodzica dla drogi życiowej dorosłej pociechy. Świetnie muzycznie oprawił obraz Adam „Burza” Burzyński, gitarzysta Kobranocki i Kazika Na Żywo. Wiem, że zdania na temat „Zera” są mocno podzielone, ale sto razy bardziej wolę takie kino niż te wszystkie agresywnie reklamowane polskie „komedie”, w których zawsze grają ci sami aktorzy. Krótki, oficjalny opis „Zera” znajduje się tutaj.

W następnym wejściu będzie między innymi o nowej płycie Meat Loafa – „Hang Cool Teddy Bear”, która była dla mnie podobnego kalibru zaskoczeniem, co ostatnie wydawnictwo Ratt.

Współżycie społeczne…

Robiąc zaległą prasówkę trafiłem na kilka interesujących tekstów, a bliżej przyjrzałem się dwóm. Pierwszy dotyczył oddalenia przez sąd powództwa artysty, który domagał się od zleceniodawcy zapłaty za zlecenie. Można by napisać, że niepłacenie w dzisiejszych czasach to standard. Sam jako freelancer muszę odpowiednio wcześnie reagować i zabezpieczać się na różne strony, bo inaczej przelew może nie dofrunąć kablami do konta. Na szczęście poza jednym przypadkiem ciężkiej walki, nie było większych stresów. Ale Tomasz Kozak z Lublina, malarz tworzący obrazy mocno kontrowersyjne, musiał udać się do sądu, by upomnieć się o swoje. I co? Ano to, że sędzina odrzuciła jego pozew tłumacząc, iż zleceniodawca nie musi mu płacić, ponieważ prace Kozaka są sprzeczne z prawem i dobrymi obyczajami, wulgarne i mają wątpliwą wartość artystyczną. Sędzina była z Krakowa, a jej orzeczenie to kolejny z wielu ostatnio powodów, dla których wstydzę się, że tu mieszkam (być może już niedługo). Pytanie – czy sędzina miała kompetencje historyka sztuki, by oceniać jakość dzieł Kozaka? Coś mi się nie wydaje, by na aplikacji sędziowskiej były zajęcia z historii sztuki bądź sztuki współczesnej, a na pewno nie ma ich na studiach prawniczych. Czy pani sędzina sądu cywilnego nie miała jedynie stwierdzić, czy artyście nie należą się pieniądze za wykonane zlecenie? Sztuka między innymi ma prowokować, być kontrowersyjna. Jej jakość oceniają przede wszystkim odbiorcy (oni kupują obrazy, zamawiają je), chyba że nastąpiło ewidentne naruszenie któregoś z paragrafów. Lecz nie w przypadku Kozaka, wnioskując na podstawie jednego z opublikowanych przez „GW” obrazów. Honor „wymiaru sprawiedliwości” uratował sąd apelacyjny, który sprawę przekazał do ponownego rozpatrzenia, aczkolwiek uczynił to powodów proceduralnych (rzekomo inny sąd był właściwy, czyli okręgowy, nie rejonowy)! W „GW” o kilka numerów późniejszej znalazł się wywiad ze zleceniodawcą Kozaka, który naświetlił całą sprawę. Poszło ponoć o to, że artysta nie przekazał obrazów w wymaganej zmienionej kolorystyce. Stąd brak pieniędzy na jego koncie. Ale wydawca kalendarza zachował się z klasą, bo powiedział, że stoi teraz po stronie Kozaka, bo jest przeciwny kneblowaniu sztuki. Bardzo jestem ciekawy ostatecznego werdyktu.

Moją uwagę przykuł, i to na całkiem długi czas, ciekawy tekst Grzegorza Sroczyńskiego w „Dużym Formacie”, zatytułowany „Nekropolo”. Dlaczego? Bo są w nim zdjęcia apetycznych pań, a ja wciąż jestem hetero, choć wiem, że jakiś spektakularny coming out z celebrytą w tle, mógłby oznaczać, iż życie me stanie się pyszne niczym miód spadziowy, który co jakiś czas nabywam z rozkoszą od sędziwej góralki na Starym Kleparzu. Panie są znad Wisły, odziane skąpo, są inteligentne i oczytane. Wic polega na tym, że tych kilkanaście ślicznych kobiet zostało sfotografowanych przez zakład pogrzebowy Lindner na, lub obok trumien. Fotki trafiły do kalendarza, który można sobie zamówić ze strony. Firma rozesłała go również do wielu mediów. Chyba nikogo nie zdziwi, że podniosło się larum.

Dziennikarz podszedł do sprawy rzetelnie. Przepytał pana od marketingu Lindnera, jedną z modelek, filozofa Zbigniewa Baumana i kolesia z agencji reklamowej. Poza tym ostatnim, wszyscy wypadli przekonująco i dość wiarygodnie. Miał rację pan z marketingu firmy, że pomimo tego, iż Lindner jest liderem w produkcji trumien, nikt o nim nie wie (w promieniu 3 km od miejsca, w którym mieszkam, jest chyba z pięć zakładów pogrzebowych, lecz zapamiętanie lub rozróżnienie ich graniczy z cudem, bo każdy zwie się Styks, Charon, Epitafium, czy jakoś tak). Kalendarz z seksownymi paniami miał zaszokować i zwrócić uwagę, że coś takiego, jak firma Lindner istnieje. Sam o tym nie wiedziałem, teraz przez jakiś czas na pewno będę miał tę nazwę w głowie.

Prawda jest taka, że o trumnach myśli się dopiero, gdy zbliża się, lub już nastąpiło nieuniknione. Prawda numer dwa, zakłady pogrzebowe to obok np. piekarni, tzw. biznesy wieczne. Zawsze ktoś będzie umierał, i zawsze ludzie będą potrzebować chleba. Modelka przyznała, że nie myśli o śmierci, czemu wcale się nie dziwię, bo ma 20 lat, wygląda świetnie, więc na spacerek w stronę światła ma sporo czasu. Do tego, jeśli jej wierzyć, a w sumie czemu nie?, chodzi na studia, dorabia jako modelka, biega na castingi, jeździ na pokazy. Ponoć są dni, że 13 godzin chodzi na szpilkach. Nic dziwnego, że nie ma czasu na myślenie o śmierci. Dziwię się, że przy takim natłoku zajęć może w ogóle o czymś myśleć. Lepiej dziewczyno zwolnij, bo za dwa lata będziesz wyglądać na 42, a mieć będziesz dopiero 22.

Filozof z filozoficznym spokojem skonkludował, że na lęku przed śmiercią można zarobić. Banał, bo wiadomo, że dziś można zarobić na wszystkim. Ale przynajmniej nie bawił się w zawiłe wykładnie problemu funeralnego przez pryzmat zakładu pogrzebowego. Bonzo z agencji reklamowej wyszedł na sumienie narodu niemalże, rzucając oburzeniem świętym, zarzucając głupotę, żerowanie na niskich instynktach, brak wrażliwości, itp. Agencja owego jegomościa tworzy reklamy banków, z których 90 procent jest poniżej dna, a 99 procent zawiera haczyki mające ogłupić/oszukać klienta, byle złożył podpis pod umową i tym samym udupił się na parę ładnych latek. Nic dziwnego, że „GW” wprowadziła co poniedziałek dział prześwietlamy reklamy. Bankowe tam dominują. I co drogi panie z reklamy? Pewnie nie wie pan, że zleceniodawcy podle naciągają nieświadomych ludzi, hę? Pan dostajesz pewnie z milion dolców za kampanię, jakiś procencik z tego trafia na konto i wtedy masz pan gdzieś moralność, uczciwość, tak? Skoro tak, to nie baw się w arbitra przyzwoitości. Facet z Lindnera miał przynajmniej cywilną odwagę przyznać, że chodziło mu o zwrócenie uwagi na firmę i cel osiągnął w znakomitym stylu, bo o pomyśle pisano nawet na Zachodzie. Nie jestem przekonany, czy ocena wszędzie była jednoznacznie negatywna. Kiedy idole mojej szczenięcej epoki, Kiss, powiększyli swój merchandise o Kiss Koffins, nie słyszałem oburzenia, choć cena za sztukę wynosiła chyba ponad 4 tys. baksów, a na wieku i po bokach było charakterystyczne logo i namalowane facjaty muzyków.

Wątpię, by kalendarz sprawił, iż trumnę się kupi. Ale przychodzą chwile, gdy traci się kogoś bliskiego. Myśli się wtedy o różnych sprawach, racjonalność nie jest wówczas dominująca, choć trzeba wiele racjonalnych kroków podjąć. Chciałoby się jak najszybciej uporać się z cierpieniem i wrócić do życia, lecz się nie da. A nie da się między innymi dlatego, że trzeba właśnie wybrać trumnę, iść do zakładu pogrzebowego, iść z litrem wódki do prosektorium, by panowie ubierający do pochówku zmarłą/zmarłego nie połamali mu/jej rąk/nóg, jest papierkowa robota do załatwienia, choćby w szpitalu. Kiedy po raz ostatni straciłem kogoś bliskiego, jeszcze nie było konsultantów do spraw transplantacji, którzy za niedługo będą w szpitalach regularnie odbywać ciężkie rozmowy z rodzinami zmarłych w sprawie pobrania organów do przeszczepu.

Owszem, Lindner kupczy sprawami, które zwykle są u nas nietykalne w taki sposób. Bankowo dostanie im się od różnych katolickich ultrasów. Ja jednak potrafię ich zrozumieć, choć trudno mi ich chwalić. Szczęśliwie od paru lat nie musiałem bywać na pogrzebach ani w zakładach pogrzebowych. Nie wiem, czy poczułbym się dobrze, czy źle idąc wybierać trumnę dla kogoś bliskiego i widząc na ścianie kalendarz z seksownymi laskami i trumnami. Wolę jednak patrzyć na coś takiego niż reklamy, które uwłaczają inteligencji dziecka z wczesnych klas podstawówki. Przyznać muszę jeszcze jedno – dokładnie przejrzałem stronę Lindnera (stamtąd pożyczyłem również ilustrujące post zdjęcie, wykonane przez Smart Fotos) i muszę przyznać, że firma podeszła do sprawy zawodowo i zgodnie z panującymi trendami. Są odnośniki do profili na Facebooku i Naszej-Klasie, wszystko wygląda elegancko. Ale hitem jest wygaszacz ekranu. Ściągnąłem z ciekawości, zainstalowałem i mocno się zdziwiłem, gdy usłyszałem, że slideshowowi towarzyszy wesoła pioseneczka country, niemal w biesiadnym klimacie. Tu marketingowcy posunęli się za daleko. Można było bardziej subtelnie, stonowanie, mrocznie, ambientowo. Jakby zdjęcia były czarno-białe, też byłoby lepiej, bo bardziej w pogrzebowym klimacie. A tak można to odbierać różnie. Gdyby widoczna była inspiracja montypythonowską absurdalnością, całość zyskałaby większą aprobatę. Anglicy (i jeden Amerykanin) potrafili przecież tak genialnie wszystko wyśmiać, nawet ukrzyżowanie.

Jeszcze a propos reklamy, bo ktoś może pomyśleć, że odgrywam się na kolesiu, gdyż sam mam jakieś niezałatwione sprawy, złe wspomnienia, itp. Nie mam. Raz w życiu dałem się zaciągnąć na coś, co zwie się „Nocą reklamożerców”. Poświęcenie było z mojej strony niemałe, bo przez kilka godzin nocnych oglądałem reklamy różne i różniaste, polskie i zagraniczne. Wszystkim widzom dano gwizdki, by przy ich użyciu wyrażali swoje opinie. Spoty, które znaliśmy z telewizorów, były niemiłosiernie wygwizdywane. Ale pokazywano również filmy, które u nas nie gościły, a które pod względem pomysłu, scenariusza, wykonania, były arcydziełami. Stworzonymi w 90 procentach na Zachodzie. W Polsce arcydzieł reklamowych za wiele nie było i nie ma. A na pewno nie zaliczają się do nich reklamy banków i fast foodów, które zażarty krytyk Lindnera firmował wraz ze swymi kreatywnymi, asertywnymi, znającymi wszystkie narzędzia i techniki marketingowe kolegami, którzy oczywiście mają prawo jazdy kat. B, są młodzi, dynamiczni, doskonale pracują w zespole, etc. Jak chcesz pan bawić się w arbitra funeralnego, to trop te firmy pogrzebowe, które dają łapówki w szpitalach, by polecano ich usługi. A może zawalonym będąc koncepcyjną pracą nad kolejnym genialnym bankowym spotem nie słyszał pan sianowny o takowym procederze?

Kiedyś, a być może nawet jeszcze do tej pory, żeby być trendy, jazzy, nie skompromitować się na salonach, trzeba było mieć przeczytanych kilka tytułów Houellebecq’a i Murakamiego. Salony raczej nieprędko się przede mną otworzą, od lansowania się jest wielu lepszych ode mnie i mających większe parcie na bycie częścią socjet rozmaitych, ale jako że nie czytałem do tej pory żadnej książki japońskiego pisarza, zdecydowałem, iż trzeba to zmienić i w ten oto sposób zabrałem się za lekturę „Kroniki ptaka nakręcacza”. Chrzanić lans, koterie, co wypada lub nie. Kawał literatury na bardzo wysokim poziomie. To na pewno nie będzie ostatnia książka Murakamiego, jaką przeczytam.

Co niektórzy już psioczą na solowy krążek Slasha. Niesłusznie. Zaciężny legion gwiazd w większości przypadków spisał się całkiem nieźle. Piosenki z Lemmym, Iggym Popem i Fergie są świetne. Całkiem znośnie słucha się kawałka z Ozzym Osbourne’em i ballady „Saint Is A Sinner” oraz instrumentalnego numeru, w którym wspomagają Anglika Dave Grohl i Duff McKagan. Nie ma tu numerów, które mogłyby przejść do historii, ale przecież Slash nie napisał takich od czasów Gunsów! Zainteresowanie krążkami Slash’s Snakepit nie brało się stąd, że były nie wiadomo jak rzucające na kolana, lecz z tego, iż nagrał je muzyk z największej i najsłynniejszej wówczas rockowej kapeli na świecie. Owszem, obydwa albumy są OK., podobnie jak Velvet Revolver, ale w mojej głowie nie pojawia się melodia do żadnego z nich, a takie „Think About You”, czy „November Rain” pamiętam do dziś. Ale „Slash” to kawał solidnego, rasowego rocka w wydaniu klasowego gitarzysty. Choćby dlatego warto po tę płytę sięgnąć. I dlatego, że coś ucichły plotki o możliwości reunionu Gunsów, co może oznaczać, iż panowie się już nigdy nie dogadają. No nic, może chociaż Mötley Crüe ktoś zaprosi do Polski, póki jeszcze grają.

%d blogerów lubi to: