Archive

Posts Tagged ‘Rob Halford’

Czary i dziwary part łan

Po grudniowym natłoku zajęć (nie pamiętam takiego w swojej zawodowej karierze) jakoś ciężko mi się pozbierać z napisaniem czegoś od siebie. Ale dziś postaram się trochę nadrobić, chociaż teksty rozmaite wiszą nade mną, a zleceniodawcy mogą niebawem zacząć złowrogo marszczyć brwi w oczekiwaniu na genialną treść w ramach deadline’u. Spokojna wasza głowa. Do tej pory dawałem radę, to i w 2011 nic w tej materii zmienić się nie powinno.

Rzuciłem oczami na tematy, hasełka, które kolekcjonowałem przez kilka ostatnich tygodni z zamiarem wypowiedzenia się w pełniejszej formie. Dziś sporo z nich jest mocno czerstwych, a na niektórych silnie widoczna jest już medialna i cybernetyczna pleśń. Była jakaś mikroafera z głosowaniem w „Mam talent”. Dziwię się, że dopiero teraz, bo od dawna mam podejrzenia, iż przy takim morzu głosujących coś musi być nie tak. Nie zapominajmy, że mieszkamy w Polsce. Ale jakoś nie słyszałem/czytałem/widziałem, żeby poleciała jakaś głowa, więc pewnie mieliśmy do czynienia z burzą w szklance wody, ew. zamieceniem wszystkiego pod dywan. A szoł gołuje sobie on…

David Beckham gra coraz mniej, pieniążków wciąż zarabia tyle, co kilka tysięcy jego rodaków przez całe życie łącznie, tak więc ma czas na obowiązki prokreacyjne. Przyjemniejsze to od latania po murawie wśród kilkunastu pocących się facetów. Pani Victoria wygląda świetnie i jak widać dzieci wciąż jej mało. Chyba czeka na córkę i być może się doczeka, bo lifestyle’owa prasa podała, że jest w coraz bardziej wypukłym stanie brzucha. Życzę w takim razie córki, bo trzech potencjalnych gwiazdorów futbolu państwo Beckhamowie już mają. Choć kto wie? Może urodzi się dziewczynka, która będzie mieć takie piłkarskie zacięcie, jak bohaterki zabawnego filmu „Podkręć jak Beckham”.

A propos tegoż. Kim Dżong Il (ja bym jednak wolał pisownię ill, ze względu na to, co od lat robi swoim podwładnym) zezwolił wspaniałomyślnie na emisję obrazu w północnokoreańskiej telewizji. Była to pierwsza produkcja powstała w zgniłym kapitalizmie, którą pokazano w krainie sprawiedliwości, komunistycznej szczęśliwości, równości, mądrości rządzących, efektownych defilad w wykonaniu wytresowanych obywateli. Wiele bym dał, by zobaczyć zapis filmowy z debaty zwolenników i przeciwników zaprezentowania komedii. Ciekawe, jak film podobał się Wodzowi Narodu? Może dzięki niemu piłkarze, którzy zapewne po mundialowej klęsce zapewne nieczęsto doznają błogiego uczucia sytości, dostaną od Krynicy Komunistycznej Mądrości większy kredyt zaufania? Co ja piszę, czy pożyją dłużej w zdrowiu. O to mi chodziło. Śmiech śmiechem, ale niestety miałem okazję obejrzeć dokument (thx Klimsonie) „Undercover in the secret state” i byłem mocno przerażony. Ciekawym polecam, zbyt wrażliwym odradzam, bo bywa mocno. Swoją drogą, miłośnicy podróżowania, jak doniósł mi osobnik z nawiasu powyżej, mogą do Korei Północnej pojechać. Gdy kolega mój mieszkał na Wyspach, można było trafić na wycieczkę w promocyjnej cenie bodajże 700 funtów z przelotem w obydwie strony. Ale na lotnisku zabierano komórkę i wszystko inne, co służy do rejestrowania dźwięku i obrazu. Wycieczki możliwe tylko z przewodnikiem i nie wszędzie, rzecz jasna. Chciałbym poznać kogoś, kto był. Pogadać i dowiedzieć się, czy wciąż jest tam tak, jak widać w „Defiladzie” Fidyka.

Poganie, dobra Wasza! W Rumunii uznano czarownicę za zawód! Czy mają panie kodeks etyki i czy kodeks karny tamtejszy przewiduje kary za czary nieudane, nie wiem. Faktem jest jednak niezbitym, że czarownice wpisano do rejestru zawodów i podejrzewam, iż opiekujący się w Transylwanii miejscami, do których zawitał kiedyś Dracula, będą chcieli dopisać na świeżo jakąś legendę, celem wyciągnięcia dodatkowych euro od turystów zafascynowanych ciemniejszą stroną mocy. Ponoć jakieś protesty już były, lecz okazały się nieskuteczne! Czyżby czarownice urok rzuciły na kogo trzeba? Wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby taki zawód próbowano wpisać do rejestru w Polsce… Choć o ile pamięć mnie nie zawodzi, radio, co to ma zawsze rację i do tego ryja, w jakieś tarapaty popadło, konkretnie szef tegoż. Ale z drugiej strony, do Rumunii niedaleko, komunikacja dobra, więc można zafundować sobie – jeśli jest się wystarczająco forsiastym i spragnionym dziwacznych przygód – na przykład półroczny sabatical w Transylwanii (wielkie korporacje mogą cennemu zasobowi ludzkiemu nawet coś takiego zafundować). Pół roku, czyli sześć miesięcy. Sześć, liczba diabelska, wszystko pasuje. Firmy zajmujące się tzw. incetive mają pole do popisu. W najbliższy Halloween można by zorganizować coś specjalnego. Wypad połączony z przygotowaniem magicznego wywaru z żabich języków, chleba z pajęczyną, bobrzego sadła, kurzej łapki, ogona szczura z zamku Vlada Tepesa. Za podsunięcie pomysłu proszę o zabranie mnie na wyjazd w wersji full-service 😉

Wciąż nie brak takich, co piszą, że heavy metal to samo zło, deprawuje młodzież, jeden riff działa deflorująco na podlotki, dwa sprowadzają samego szatana do domu, cała płyta pozbawia możliwości samodzielnego myślenia, i tym podobne brednie. Jeśli wyolbrzymiam, to nie bardzo. Przypomnijcie sobie procesy z lat 80. i 90. o rzekome przekazy subliminalne, namawiające do samobójstwa! Pamiętam z jednej z książek do pracy magisterskiej („Media Law” się nazywała, autor chyba Ralph Holsinger), jak Rob Halford, z którym niedawno miałem okazję rozmawiać, przytoczył przed sądem różne ciekawe wypowiedzi, które nasunęły mu się, kiedy posłuchał utworów Judas Priest od tyłu. Ale ad rem. Otóż metal może być synonimem zdrowia i pięknej sylwetki Moi Państwo! Jakże to tak?! Co za herezyje ten szatanista wypisuje?! Ano tak, że w Estonii niejaka Marya Roxx alias Maarja Kivi, która kiedyś śmiała się i pokazywała błyszczące od jakiegoś kosmetycznego smarowidła zgrabne nogi i kawałki krągłych piersi jako członkini grupy Vanilla Ninja, ujawniła, że chodzi na aerobik i wygina śmiało ciało do kawałków hardrockowych i metalowych! Przybytek nazywa się Heviaeroobika, a w języku bardziej zrozumiałym – Heavy Aerobics. Cen karnetów nie znam, ale nie sądzę, aby był problem ze sprawdzeniem tychże. „To z pewnością najlepsze miejsce do zrzucenia kilogramów, które przybywają podczas weekendu. Ma się większą energię do walki z wirusami i zimnem. Kobiety! Namawiam Was! Jeśli tylko będziecie w Tallinnie, zaglądnijcie tam” – mówi Marya Roxx, która z Vanilla Ninja nie ma już nic wspólnego i obecnie jest śpiewaczką hardrockowo-metalową, o czym ponoć od zawsze marzyła. Czekam, kiedy Kaja Paschalska albo Tola Szlagowska nagra gościnne growle na album Behemoth albo wystąpi w roli suppotu załóżmy Deicide 😉

Internet zmienia sposób nauczania. To rzecz od dawna wiadoma. Dotyczy to również nauczania muzyki. Mark Zonder, zacny bębniarz znany z Fates Warning i Slavior oferuje podzielenie się swoją wiedzą w zakresie okładania membran i blach za pośrednictwem Skype’a. Rzecz wygląda prosto – trzeba wejść na stronę muzyka i odbyć lekcję określającą poziom wtajemniczenia perkusyjnego. Potem odzywa się Mark i mówi, co o delikwencie myśli i zapewne też to, ile czasu zajmie mu podniesienie jego umiejętności. Następnie wybieramy lekcję 30- lub 60-minutową, umawiamy dzień i godzinę,  płacimy pieniążki PayPalem, sprawdzamy czy kamera i mikrofon nam działają, odpalamy Skype’a i czekamy na telefon od Marka. Prawda, jakie to proste? To w bardzo bliskiej przyszłości może być sposób dla muzyków na zarabianie pieniędzy poza koncertami, które są głównymi źródłami dochodu. Autorzy i wykonawcy megahitów mogą jeszcze liczyć na tantiemy z odtwarzania w radiu lub wykorzystania piosenki w reklamach. Lecz umówmy się, iż takich ludzi jest niewielki ułamek. Jeśli ktoś chce się poduczyć w grze na perkusji, niech pisze do Marka Zondera na adres mailowy, który znajdzie na jego oficjalnej stronie. Chciałem zamieścić tu, ale okazało się, że WordPress mi na to nie pozwala i zablokował mi umieszczanie postów.

 

Zachciało się Barackowi Obamie drastycznych reform, to ma za swoje. Prezydent, który jeszcze niedawno miał popularność równą celebrytom, był takim równym gościem, co to i w koszykówkę pogra, na Twitterze coś napisze, teraz w rankingach leci na łeb na szyję. Na wspomnianym Twitterze przegonił go szczylowaty celebryta Justin Bieber, do którego chyba jeszcze niestety wzdycha moja 13-letnia chrześnica. Nic to, wujek pospieszy z odsieczą i coś tam do słuchania rzężącego podrzuci. Nawet świątobliwy Dalai Lama nie miał szans z Bieberem… O tempora, o mores… Ciekawe, czy Justina poinformowali jego spece od PR-u, kim są ci, których w rankingach wyprzedza, bo chłopina raczej na chodzenie do szkoły nie ma czasu. Lady GaGa jest bodajże tuż za nim, jeśli chodzi o Twittera. Na YouTube wciąż nie ma sobie równych. Za to Metallica z „Czarnym albumem” znalazła się na pierwszym miejscu od czasu wprowadzenia systemu rejestracji sprzedaży Nielsen SoundScan. Wyprzedziła niedawno śliczną Shanię Twain, która raczej nie miała czasu na załamywanie się z powodu utraty pozycji pierwszej na rzecz legendy metalu, bo właśnie wychodziła za mąż za faceta, którego małżonka zdradziła go z Robertem Johnem „Muttem” Lange, czyli mężem Shanii. Prawda, że to proste? Ech, żeby u nas coś takiego… Telenowelę można by na tej podstawie nakręcić.

I prawie last but not least. Wiecie jakie postanowienie noworoczne ma Rihanna? Więcej seksu w 2011 roku! Zdaje się, że znowu jest wolna, więc panowie, którzy mają wystarczające dochody do przemieszczania się za nią, do ataku, życzę powodzenia, a jak wam się poszczęści, to napiszcie na blogu, Twitterze albo nakręćcie film, opublikujcie i wywołajcie skandal 😉 Tommy Lee i Pamela Anderson chyba przez pięć lat dzięki swojej seksdogmowej produkcji w samochodzie i na jachcie byli niemal non stop w „National Enquirerze” (taki amerykański „Fakt”).

Na koniec spóźnione, lecz szczere gratulacje dla Paula Rodgersa. Przemysł muzyczny nie tak dawno wręczył mu nagrodę za cztery miliony odtworzeń radiowych i telewizyjnych nieśmiertelnego hitu Free „All Right Now” z równie nieśmiertelnego albumu „Fire And Water”. „Kiedy pisałem ten numer, melodia i tekst bardzo szybko i łatwo przyszły mi do głowy. To był jeden z tych magicznych momentów. Utwór jest wciąż wyjątkowy. Zarówno dla mnie, jak i dla fanów. Gram go na każdym solowym koncercie” – mówił Paul.

Piosenka ma 40 lat, nic się nie zestarzała, więc być może za niedługo przekroczy kolejną barierę? Nie może, tylko na pewno, bo takie piosenki są wieczne i żaden Bieber im nie straszny. Prędzej Lady GaGa, bo ona jak mało kto, wie jak przyciągnąć uwagę. Gdyby dziś zrezygnowała z występowania i nagrywania, sądzę że w kolejce po nią ustawiłyby się największe na świecie firmy zajmujące się kreacją wizerunku i generowaniem zamieszania wokół delikwentki bądź delikwenta, oferując krocie.

Wkrótce o ciekawej inicjatywie wydawnicze zza oceanu, pozyskiwaniu kasy przez artystów, promówkach, Robercie De Niro, „The Last Waltz”, zapewne też o jakimś świeżym filmie. Żebyście nie marudzili, że piszę bez opamiętania, macie tu link do galerii zdjęć ładnych golusieńkich i znanych pań (jest też jeden znany pan), z której porwałem zdjęcie spragnionej seksu Rihanny ilustrujące ten post 😉 Do napisania wkrótce. Postaram się o krótszy post 😉

Bóg jest gejem (Japanese bonus track) ;)

Happy New Year 2011! Wszystkim zaglądającym na „Buszującego…”, czy to z radością i  ekscytacją jak u nastolatek, które dostały pukiel włosów któregoś z Kaulitzów, Jareda Leto albo otarły się o spocone koszule kolesi z Billy Talent, czy też z nieskrywaną pogardą, obrzydzeniem, paraboliczną abominacyą śledzą pamiętnik muzycznego subiekta 😉 Autor nie przeszedł na drugą stronę tęczy, nie stał się ultrasem, który poza kałamarz, pióro i papier się nie wychyla, nie obraził się  na cały świat za niskie statystyki. A rebours! Państwo WordPressostwo, reprezentowane przez trzy osoby, wysłało mi nawet jakieś podsumowanie statystyczne za minione 12 miesięcy, kończąc komunikat „We think You did great!”. Well, no co ja na to poradzę, że jestem ładna, fotogeniczna, i tak dalej 😉 But seriously, sprawa jest ważna, uzupełniająca. Nazwa postu ponownie nie jest chytrze zaplanowanym w trakcie burzy mózgów menedżerów z MBA atakiem na zaciągnięcie na bloga jak największej liczby cyberdusz. Co niektórzy może zdążyli w zawierusze świąteczno-noworocznej zauważyć, że na Muzyka.onet.pl pojawił się (w końcu) zapis mojej rozmowy z Robem Halfordem. Kolejne marzenie spełnione.  Ponad 40 minut konwersacji z kapitalnym wokalistą, przemiłym i przeinteligentnym człowiekiem. W „rozbiegówce” wywiadu nie napisałem wszystkiego, ale rozmowa była kilka razy przekładana. Coś Robowi wypadało, był w trasie, sprawa zrozumiała. Menedżment informował odpowiednio wcześniej, więc i wk…e me było zerowe. Bałem się tylko, bo święta zbliżały się coraz szybciej, że z wywiadu może ostatecznie nic nie wyjść. Szczęśliwie odbył się.

Zabawna sprawa. Akurat kumpel namówił mnie (nie wiem, jak on to robi,że wciąż mu się raz na kwartał udaje) na przybycie do niego i obejrzenie meczu Lecha z Juve. Futbolem w odmianie nadwiślańskiej, która w Europie Zachodniej i Wschodniej się nie przyjęła, pogardzam tak mocno, jak tymi wszystkimi sk…mi maltretującymi zwierzęta, o których pisano ostatnio na Facebooku (w tej kwestii ciemnogrodzianin ze mnie wychodzi, który kary mutylacyjne i śmierci zdecydowanie by przywrócił). Nevermind. Właśnie tego meczowego dnia Rob zadzwonił punktualnie o 21, jak zapowiadano. Ja ucinałem sobie pogawędkę z Bogiem Metalu w jednym pokoju, kampel wznosił się na szczyty sportowej ekscytacji w drugim 🙂 Poczułem się naprawdę fajnie, gdy Rob naprawdę smutnym głosem powiedział: „Sorry Les, but I have to go to Madison Square Garden”. Licznik dyktafonu pokazał 41 minut. Les, to moje międzynarodowe imię, jakby ktoś nie wiedział 😉 A Rob tego wieczoru występował w MSG jako support Ozzy‚ego Osbourne’a. Namawiał mnie, żebym koniecznie wybrał się na koncert Ozzy’ego, bo ponoć jest w znakomitej formie, a zespół gra tak, że tynk z sufitu leci, zaś ludzie wychodzą z siebie. Fajnie, tylko czemu Osbourne musi grać w Polsce na jej drugim końcu?! Liczę, że przyjedzie do Pragi, do której mam 600 km bliżej niż do pięknej hali nad średnio pięknym polskim morzem. Ale, I digress again, jak pisze często Lemmy w biografii…

Na potrzeby Onetu tekst pierwotny został przeze mnie skrócony. Teraz, na „Buszującym…” i tylko tu, wklejam jego pełną wersję 😉 Enjoy it! I trzymajcie kciuki, żeby Judas Priest w końcu do Polski przyjechał. Szans na zobaczenie ich będzie, niestety, coraz mniej.

Bóg jest gejem

Rozmowa z Robem Halfordem

 

Życie zaczyna się po 50. Rob Halford na pewno może się to potwierdzić. Wokalista legendarnych Judas Priest chyba nigdy nie był tak bardzo aktywny, jak obecnie.

 

O wielkości muzyka świadczą jego umiejętności i kreatywność. Ważne jest także to, jakim jest człowiekiem poza sceną. Rob wokalista to niedościgniony wzór dla metalowych śpiewaków. Nie bez powodu nosi przydomek Metal God (ang. Metalowy Bóg). Jest odważny. Jako pierwszy w nasiąkniętym kultem macho świecie heavy metalu miał odwagę przyznać się do homoseksualizmu. Poza sceną Rob nie ma w sobie nic z boskiego przydomka. To dżentelmen ze starej, dobrej angielskiej szkoły. Inteligentny, uprzejmy, skromny, chętnie i ciekawie odpowiadający na pytania. A mówić ma o czym. Blisko 40 lat grania z Judas Priest, kilkanaście lat kariery solowej, mnóstwo wielkich przyjaciół wśród artystów, setki anegdot – dałoby się na tej podstawie napisać opasły wolumin, który czytałoby się z zapartym tchem.

 

Niespełna rok temu na łamach Muzyka.onet.pl Rob odpowiadał na pytania w związku z premierą świątecznej płyty „Halford III: Winter Songs”. Teraz mieliśmy zaszczyt rozmawiać z Metalowym Bogiem z powodu kolejnego studyjnego krążka zespołu Halford – „Halford IV: Made Of Metal”. Rozmowę trzeba było parę razy przekładać. W końcu się udało. Rob miał kilkadziesiąt minut czasu na rozmowę. Chętnie pogadałby drugie tyle, ale tego wieczoru supportował w Nowym Jorku swojego przyjaciela Ozzy’ego Osbourne’a. Wcześniej wyczerpująco odpowiedział między innymi na pytanie, czy jest szansa, aby zaśpiewał z Lady GaGą. Wspomniał też Dimebaga Darrella i Ronniego Jamesa Dio.

 

Kilka dni temu zakończyłeś trasę po Japonii i Ameryce Południowej, a już grasz koncerty z Ozzym Osbourne’em w USA. Najdalej co dwa, trzy dni pojawia się news o tobie lub wywiad z Tobą. Choć nie jesteś młodzieniaszkiem, zdajesz się być nienasycony i pełny energii. Skąd jej tyle u ciebie? Ponieważ robisz to, co zawsze kochałeś?

 

ROB HALFORD: Myślę, że jest tak właśnie dlatego, bo robię to, co szczerze uwielbiam. Ja nazywam to coś dla własnego użytku „metalowym duchem”. To bardzo silne, niewygasające uczucie. Mogę też powiedzieć prościej – kocham grać koncerty i uwielbiam śpiewać dla moich fanów z różnych części świata. Kiedy stoję na scenie to wiem, że takie życie było mi przeznaczone. Wtedy czuję, że spełniam rolę, którą ktoś, gdzieś dla mnie napisał. Minęło przecież tyle lat, a to, co robię wciąż mnie fascynuje. Moja pasja nigdy nie zniknęła, a dziś jest chyba silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Uważam się za szczęściarza, że mogę ciągle pracować, a do tego przeżywać tak wiele wspaniałych chwil w różnych miejscach na ziemi.

 

Gdy zaczynasz grać z metalowym zespołem, na początku zawsze jest ogromna ekscytacja. Nagrywasz płyty, jeździsz w trasy, na których zdarza się masa zabawnych i wspaniałych sytuacji. Z upływem lat, jeśli wytrwasz, takie życie staje się dla ciebie coraz ważniejsze. Zwykle jest tak, że z wiekiem zaczynasz nieco inaczej myśleć o sobie i twoim miejscu na świecie. Z wieloma metalowymi wokalistami, w tym ze mną, jest tak, że lata mijają, a nasze uczucia, nasze podejście do tego, co robimy, nie zmienia się. Przeciwnie, przybywa nam pasji i mocy, mamy niekończącą się ochotę do tworzenia więcej i więcej muzyki. To chyba najmocniejszy dowód na to, jak bardzo kochamy to, co robimy.

 

 

Wiem, że potrafisz doskonale opowiadać historie i masz ich mnóstwo w zanadrzu. Czy doszło coś do twojej kolekcji po trasie japońsko-południowoamerykańskiej? A może zdarzyło się coś wyjątkowego podczas trwającego tournée z Ozzym?

 

No tak, ciągle zdarza się coś takiego, co mi zapada w pamięć [śmiech]. W Limie, stolicy Peru, mieliśmy jedno wariackie zdarzenie. Zaczęło się od tego, że były problemy z wjazdem do kraju z powodu zamieszania wywołanego przez agencję koncertową. To na szczęście udało się szybko załatwić. Później idę przez lotnisko w Limie, na którym nigdy wcześniej nie byłem. I widzę, że są tam setki fanów metalu, które czekają na mnie. Przyznam, że tego się nie spodziewałem. Następnie okazało się, że nie za bardzo możemy opuścić terminalu i dostać się do hotelu. Wyglądało na to, że utkniemy na lotnisku na wiele godzin. I tak się stało. Do hotelu udało nam się dostać około czwartej nad ranem. Musieliśmy trochę odpocząć, bo wieczorem mieliśmy grać koncert. Na scenę wyszliśmy około dziewiątej, czyli o godzinie, o której lubię zaczynać występy. Okazało się jednak, że lokalny promotor nie zadbał wystarczająco dobrze o rozesłanie informacji o naszym koncercie. Nie narzekam, bo frekwencja i tak była więcej niż dobra, a my zagraliśmy świetnie. Ale mój tour menedżer powiedział mi, gdy już byliśmy blisko końca setu, żebyśmy za bardzo go nie przedłużali, bo istnieje poważna obawa, że pod halą pojawi się mnóstwo fanów, wk…ch tym, iż nie dostali informacji o koncercie Halford. Tak więc skończyliśmy, wzięliśmy swoje rzeczy z hotelu i pognaliśmy czym prędzej na lotnisko, aby złapać samolot do Santiago w Chile. Rzecz jasna mieliśmy policyjną eskortę. Choć przy tamtejszym ruchu, niewyobrażalnych korkach, jakich nie widziałem chyba nigdzie indziej, policja za wiele nam nie mogła pomóc. Kilka kilometrów jechaliśmy dwie godziny! Wyobrażam sobie, że w Peru zostawiliśmy fanów, którzy byli zachwyceni naszym koncertem, jak również takich, którzy mieli ochotę rozerwać nas na strzępy, choć w niczym nie zawiniliśmy [śmiech]. Promotor okazał się zbyt leniwy. Podkreślam jednak, że fani byli cudowni i na pewno będę chciał wrócić do Peru z Judas Priest, by pokazać chłopakom z zespołu, co to znaczy kochać metal.

 

Jesteś na trasie z Ozzym. Znacie się od zawsze, jesteście wielkimi przyjaciółmi. Bywało, że zastępowałeś go w Black Sabbath. Wyobrażasz sobie siebie w reality show typu „Rodzina Osbourne’ów”? Byłbyś w stanie znieść to, że jesteś pod stałą obserwacją kamer?

 

Hmmm… Wydaje mi się, że wtedy Ozzy był innym człowiekiem i dlatego się na coś takiego zdecydował. Chyba czekał na coś, na jakieś właściwe zdarzenie. Czasem wydaje mi się, że decyzja o zgodzie na show była dobra, czasem przeciwnie. Faktem jest, że program jest dość śmieszny, często bardzo zabawny. Dziś chyba nie robi to na nikim wielkiego wrażenia, bo niemal w każdej rodzinie wydaje się być ktoś z kamerą, kto wszystko kręci. Wtedy takie doświadczenie było czymś nowym. Prawda, znam Ozzy’ego całe wieki i uważam za swojego wielkiego przyjaciela. Faktem jest również to, że każdy z nas lubi od czasu do czasu spoglądać w przeszłość, bo można z niej wyciągnąć dla siebie cenne wnioski. Ja należę jednak do tych, którzy bardziej koncentrują się na tym, co jest teraz albo co będzie w bliskiej przyszłości. Teraźniejszość daje mi wiele powodów do radości. Nie wiem, czy miałeś okazję widzieć ostatnio koncert Ozzy’ego…

 

Niestety nie.

 

Jeśli będziesz miał okazję, idź koniecznie. Występuję z nim co wieczór i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie, śpiewa rewelacyjnie. Nie widziałem go w takiej formie od lat. Ma też znakomitych muzyków towarzyszących. Każda, dosłownie każda piosenka zwala z nóg, a ludzie szaleją. Coś takiego ja przeżywam podczas koncertów z Judas Priest.

 

Jeśli miałbym odpowiedzieć konkretniej na twoje pytanie, to raczej nie wyobrażam sobie siebie w reality show. Poza sceną prowadzę skromne, dość nudne życie. Dbam o swoją prywatność. Nie za bardzo byłoby co oglądać, tak naprawdę. Jeśli właśnie nie objeżdżam świata, staram się żyć tak, jak w czasach zanim zostałem sławny. Chyba bym oszalał, gdybym nie mógł w spokoju zrobić czegoś, co lubię, na przykład przespacerować się po okolicy. Na szczęście mogę to robić i pod tym względem także jestem szczęściarzem.

 

Teraz kilka pytań dotyczących płyty „Halford IV – Made Of Metal”. Jest na niej kilka wyjątkowych piosenek, a jedna z jest dla ciebie szczególna. Chodzi o „Twenty Five Years”. Napisałeś ją, aby uczcić jubileusz 25-lecia życia w trzeźwości. Dokładna rocznica wypada 6 stycznia 2011. Czy pamiętasz, co stało się 6 stycznia 1986 roku?

 

Tak, pamiętam ten dzień. Tarzałem się po moim domu w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, waliłem pięściami w ściany wywalając w nich dziury, na przemian darłem się wniebogłosy i płakałem. Czułem, że osiągnąłem samo dno. Dziś wiem, że niektórzy z nas, aby odzyskać zdrowie, chęć do życia, muszą spaść na dno. Tego dnia, około czwartej nad ranem, jeden z przyjaciół, który był wtedy ze mną, powiedział: „Dobra Rob, dalej już chyba tak nie dasz rady. Chcesz, aby ci pomóc?”. Powiedziałem, że chcę i tak zaczęła się moja droga do trzeźwości. Podjąłem tę jedyną możliwą decyzję, a mój przyjaciel zabrał mnie do szpitala w Phoenix, który zajmuje się leczeniem uzależnień od alkoholu i narkotyków. Spędziłem tam miesiąc i zacząłem się uczyć tego, co było niezbędne do życia w trzeźwości. Moim szczęściem było to, że miałem wsparcie przyjaciół. W końcu przyszedł jednak taki moment, że musiałem troszczyć się o siebie sam. Lekarze wyposażyli mnie w odpowiednie narzędzia, a potem wszystko zależało już ode mnie. Czułem się bardzo silny i czułem, że mi się uda. Nie mogę uwierzyć, że minęło już 25 lat. To wspaniałe.

 

Wiem, że 6 stycznia 2011 spędzę w Anglii. Nie wiem jeszcze, co będę robił, bo staram się żyć z dnia na dzień, nie robię dalekosiężnych planów. Chyba to będzie spokojny dzień. Wiem, że wokół mnie będą członkowie rodziny i przyjaciele, czyli będzie miło. Wiesz, co było dla mnie przez te lata największym odkryciem? To wyda ci się śmieszne, ale była to świadomość, że mogę komponować, śpiewać na scenie i ciekawie spędzać czas poza nią bez konieczności wypicia choćby jednego drinka albo skonsumowania narkotyków. Ktoś, kto przez to nie przeszedł, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, jak wspaniałe jest to uczucie. Doskonale pamiętam, że pierwszy koncert z Judas Priest na trzeźwo zagrałem chyba w 1987 roku w Albuquerque, w Nowym Meksyku. Byłem tak przerażony, że myślałem, iż narobię w gacie [śmiech]! Ale wyszedłem na scenę i nagle wszystko widziałem, słyszałem, od razu reagowałem na muzykę, byłem z nią sprzężony. Wtedy zdarzyło mi się to po raz pierwszy.

 

Kolejne piosenki z płyty, które zapadły mi w pamięć, to „Till The Day I Die”, z powodu gitary, kojarzącej się z bluesowym graniem z okolic Nowego Orleanu, a także „Heartless”. Druga z powodu historii, kryjącej się za jej powstaniem. Wiem, że napisałeś ją po tym, jak Roy Z. [producent, gitarzysta i przyjaciel Roba – red.] wylądował w szpitalu z powodu problemów z sercem, wywołanych spożyciem zbyt dużej ilości mocnej kawy.

 

[Na wspomnienie tego zdarzenia Rob przez kilkanaście sekund zanosi się śmiechem].

 

Czy za jakąkolwiek twoją kompozycją solową lub piosenką Judas Priest kryje się podobnie niesamowita historia?

 

Aż tak niesamowita i dramatyczna to chyba nie [śmiech]. Sporo dziwnych rzeczy działo się, gdy siedzieliśmy w Tittenhurst Park, dawnym domu Johna Lennona, nagrywając „Living After Midnight” [jeden z wielkich hitów z płyty „British Steel” – red.]. Pamiętam, że w 1981 roku nagrywaliśmy w studiu na Ibizie kawałek „Solar Angels” i chcieliśmy wykorzystać specjalny efekt wokalny. Pamiętaj, że to było na lata przed pojawieniem się Internetu i sampli. Przeszukaliśmy studio, teren wokół niego i znaleźliśmy dużą, kilkumetrową rurę. Tom Allom, nasz producent, umieścił mikrofon na jednym końcu, a przez drugi ja wydawałem różne dziwaczne odgłosy. Jeśli wsłuchasz się uważnie w „Solar Angels”, na pewno usłyszysz, że w tym kawałku dzieje się coś dziwnego. To właśnie będą odgłosy, które robiłem przez tę długą rurę.

 

W 2001 roku pojawił się okropny film „Rock Star” [z Markiem Wahlbergiem i Jennifer Aniston – red.]. Miał być oparty na historii Judas Priest, gdy ty odchodzisz i zastępuje cię Ripper Owens. Na szczęście wycofaliście swoje poparcie dla tej produkcji. Ciekawi mnie jednak, czy później nie było propozycji nakręcenia porządnego filmu lub dokumentu o Judas Priest? Moim zdaniem już dawno powinna powstać taka produkcja.

 

Nie, nikt potem się do nas nie zwracał z taką propozycją. Dokument, o ile mi wiadomo, także nie powstał. Rzecz jasna nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś nakręcił o nas porządny film. Lecz trzeba pamiętać też o tym, że wszyscy muzycy Judas Priest bardzo dbają o wizerunek i dorobek zespołu. Szanujemy się nawzajem i od lat nie mówimy o sobie w wywiadach. Pilnujemy, by nazwa Judas Priest pojawiała się w odpowiednim kontekście. W tym aspekcie Jesteśmy jak dobrze funkcjonująca rodzina. Staramy się wszystko robić świadomie. Zarówno jako członkowie zespołu, jak i poza nim w innych projektach.

 

Wszystko robimy w taki sposób, żeby nie narazić na szwank naszego dobrego imienia, bo ono jest bezcenne. Trzeba ciężko na nie pracować i można niezwykle łatwo je stracić, podejmując nieprzemyślane decyzje. Oczywiście rozumiem, i moi przyjaciele z Judas Priest także, że istnieje naturalna ciekawość, aby dowiedzieć się tego, co działo się wewnątrz zespołu. Być może ta ciekawość zostanie kiedyś zaspokojona, choć wydaje mi się, że prędzej ma szanse powstać kompletna biografia zespołu niż film. Uwielbiam to, co robię solo i z zespołem. Jest w tym wielka magia i nie jestem pewny, czy reżyser byłby w stanie uchwycić ją w filmie. Jeśli tak, to sądzę, że nie mielibyśmy nic przeciwko powstaniu obrazu o nas.

 

Zanim zdecydowałeś się na karierę wokalisty kilka lat byłeś między innymi aktorem teatralnym. Wybrałeś muzykę, bo dzięki niej łatwiej można było być zauważonym. Dziś jesteś wielką gwiazdą, legendą. Nie myślałeś o tym, aby dać aktorstwu drugą szansę?

 

Zawsze miałem wielki podziw i szacunek do wszystkich wielkich gwiazd filmowych za to, jak wspaniałe role zagrali. Miałem okazję poznać parę z nich i wiem, że z zewnątrz to wygląda tak, jakby oni tę wielką sławę i popularność osiągnęli z łatwością. A oni dokonali tego, ponieważ niezwykle ciężko na to pracowali. Na początku był oczywiście talent, a potem mnóstwo, ale to mnóstwo prób i zarwanych nocy. Nie wiem, czy dziś stać by mnie było na dobre aktorstwo. Moje jest na poziomie podstawowym. Uwielbiam oglądać aktorów za kulisami, przyglądać się, jak kręcą sceny, jak pracują nad rolą. Niedawno mój przyjaciel Jonas Akerlund [reżyser klipów m.in. Madonny – red.] zaproponował mi pojawienie się w zabawnej reklamówce, którą nakręcił dla Virgin Mobile Phone. Zagrałem z chęcią. Później Jonas zapytał mnie, czy gdyby miał jakiś pomysł na rolę dla mnie, byłbym zainteresowany. Rzecz jasna byłbym. Lubię być na planie, gdy Jonas pracuje i obserwować dokładnie, co i jak robi. Dzięki temu się uczę. Uważna obserwacja to, moim zdaniem, doskonały sposób na zdobywanie wiedzy. Czy będę jeszcze kiedyś aktorem? Nie wiem. Wiem, że chcę być metalowym wokalistą. Ale jeśli pojawi się propozycja aktorska, przyjrzę się jej dokładnie.

 

Wracając do płyty. Używasz na niej głosu nieco inaczej. Mniej jest twojego słynnego krzyku w wysokich rejestrach, pojawia się właściwie tylko w „The Mower”. Częściej śpiewasz w sposób, powiedziałbym, stonowany. Czy to było zaplanowane działanie, czy może coś, co wyniknęło już w trakcie sesji nagraniowej?

 

Na moje szczęście mam głos, którego mogę używać na kilka sposobów. W czasie sesji zawsze jest tak, że w pewnym momencie trzeba się na coś zdecydować. Gdy pracuję z Royem często eksperymentujemy, aby poszukać właściwego brzmienia, odpowiedniej mocy, intensywności piosenek. Wszystko dokładnie omawiamy, a zanim coś zostanie zarejestrowane mija czasem sporo czasu. Wybrane rozwiązanie musi idealnie pasować do mojego głosu, do tego, co chcę nim przekazać.

 

Masz rację zauważając, że nieczęsto śpiewam tak, jak słychać na płycie „Made Of Metal”. Ale są też tutaj typowe zagrywki Roba Halforda, po których można poznać od razu, że to ja śpiewam. Jako artysta wciąż poszukujący, przed każdą sesją nagraniową staram się myśleć o czymś, czego jeszcze nie robiłem wokalnie. Jeśli zaś chodzi o teksty, to w ich przypadku także poszukuję nowej formy wypowiedzenia się, nowych tematów. Na nowej płycie są piosenki, które napisałem całkowicie sam. To też było dla mnie wyzwanie. W ogóle, kiedy zabieram się za nowy materiał nie ma szans na relaks albo spokojne podejście. Zbytnio mi zależy i za bardzo kocham to, co robię, aby pozwolić sobie na luz, czy na odcinanie kuponów od dawnej sławy. Dla Roba Halforda jest jeszcze bardzo, bardzo wiele do zrobienia. I Rob Halford chce tę pracę wykonać jak najlepiej. A tak przy okazji, to cieszę się, że mogłem o tym odpowiedzieć dzięki twojemu pytaniu. Niestety, wciąż wielu osobom wydaje się, że praca w studiu to gadanie o pierdołach, imprezy i od czasu do czasu brzęczenie na instrumentach. Cóż, w moim przypadku nigdy tak nie było i nie będzie. Rejestracja piosenek, produkcja za każdym razem wiąże się ze starannymi przygotowaniami, począwszy od rzeczy najważniejszej, czyli wyboru właściwego studia. Fascynujący temat, o którym mógłbym opowiadać godzinami.

 

Jesteś kolejnym ze znanych metalowych muzyków, którzy w minionych miesiącach wyrazili swój szacunek dla Lady GaGi. Powiedz, za co ją najbardziej podziwiasz?

 

Każda generacja potrzebuje kogoś, kto przyciąga uwagę – zachwyca, odpycha, doprowadza do szału, wprawia w ekstazę. Zauważ, że w każdej dekadzie można znaleźć kogoś, kto skupiał na sobie uwagę milionów muzyką, ekstrawaganckim strojem, niechlujstwem, prowokacjami, perwersjami, i tak dalej. Obecnie dla mnie takim artystą, któremu przyglądam się regularnie i z zaciekawieniem jest właśnie Lady GaGa. Właśnie ona wypełniła lukę na scenie pop jako twórca wzbudzający skrajne emocje. Mam dla niej wielki szacunek. Jest fenomenalną showmenką, dostarczającą niesamowitych występów. Co najważniejsze, to prawdziwa artystka, nie zaś sfabrykowana gwiazdka, jakich wiele na scenie popowej. Poza tym, cenię ją ogromnie za to, jakie ma podejście do swoich fanów i za to, że nie boi się bronić tego, w co wierzy. Lady GaGa niby jest gwiazdą pop, ale jej postawa jest bardziej zbliżona do kogoś, kto jest częścią sceny rockowej. Sporo w tym buntu, bezkompromisowości. To niezwykle ważna postać świata popu w ogóle, a obecnie osobowość numer jeden.

 

Kilka dni temu Lady GaGa wystąpiła po raz pierwszy w Polsce, a show zebrał znakomite recenzje. Wspomniałeś, że jest też zdolnym muzykiem. Czy gdybyś otrzymał propozycję nagrania duetu z Lady GaGą, rozważyłbyś ją? Dodam, że macie coś wspólnego, bo oboje uwielbiacie zespół Queen.

 

Niczego nie wykluczam. Ale zawsze pamiętam o tym, że najlepsza muzyka to taka, która powstaje z potrzeby serca. Tylko ona tak naprawdę trafia do ludzi, jest przez nich szanowana. Gdyby z potrzeby serca, mojego i Lady GaGi, wynikła możliwość nagrania wspólnej piosenki, nie zawahałbym się przed skorzystaniem z takiej okazji.

Fani muszą mieć pewność, że robisz coś nie tylko dlatego, że zależy ci na kasie, lecz przede wszystkim dla jakiegoś wyższego powodu. Podobnie jak Lady GaGa staram się bardzo dbać o moich fanów. Zależy mi na nich, są dla mnie wszystkim, dzięki nim doszedłem tak daleko. Dlatego nie zrobię niczego nieprzemyślanego, co mogłoby wprawić ich w zdumienie, osłupienie, czy nie daj boże zrazić do mnie. Rzecz jasna zdaję też sobie sprawę z tego, że moi fani znajdą mnie doskonale i raczej zrozumieliby, iż jeśli decyduję się na coś, na jakąś współpracę, robię to z potrzeby serca, nie dla pieniędzy.

 

Poza byciem metalowym wokalistą jesteś też biznesmenem, prowadzącym wytwórnię płytową i firmę odzieżową. Wiem, że idzie ci całkiem nieźle. Ciekawi mnie, kiedy na poważnie zainteresowałeś się modą? Biografia Judas Priest autorstwa Neila Danielsa, którą przestudiowałem, nie daje żadnej odpowiedzi na to pytanie.

 

Zaczęło się w zasadzie dość banalnie. Judas Priest zaczęli stopniowo zdobywać popularność, a nawet zanim to nastąpiło, wielu ludzi było zainteresowanych tym, co będę nosił na scenie. Ty to wiesz, wiem to ja i wszyscy ci, którzy interesują się muzyką – w tej branży ogromne znaczenie ma to, jak wyglądasz. Naprawdę ogromne. Jeśli wybierasz się na koncert, mówisz: „Idę zobaczyć zespół X”, nie zaś: „Idę posłuchać zespołu X”. Tak więc, z upływem lat wizualna strona Judas Priest zaczęła odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę. Ale nie było tak, że nastąpiła jakaś burza mózgów i powiedzieliśmy sobie, iż od tej pory nosimy to i tamto, wyglądamy tak, czy siak. Nasz wizerunek był częścią naturalnej ewolucji, mającej podstawy w tym, co obserwowaliśmy wokół  siebie, czyli w tym, jak wyglądały inne gwiazdy. Fanom podobało się to, co wymyślaliśmy, mnie podobało się to, że fani doceniają nasz wizerunek, który w jakimś stopniu jest też odbiciem moich pomysłów.

 

Chciałbym cię zapytać o twoich dwóch wielkich przyjaciół, których niestety nie ma już wśród nas – Dimebaga Darrella i Ronniego Jamesa Dio, który opuścił nas kilka miesięcy temu. Rocznica tragicznej śmierci Dimebaga będzie niedługo [8 grudnia – red.]. Występowałeś i nagrywałeś z Panterą, Ronniego znałeś wieki. Jakie zachowałeś wspomnienia z nimi związane?

 

Niełatwo jest mówić o ludziach, których się uwielbiało, a których już nie ma. W świecie rocka i metalu są tacy, z którymi się pracuje lekko i łatwo. Są i tacy, którzy wiecznie sprawiają kłopoty, a przez to powodują, że nie chcesz mieć z nimi wiele wspólnego. W Dimebagu i Ronnie’em najwspanialsze było to, że to byli bezpośredni, mili ludzie, którzy nigdy nie sprawiali nawet najmniejszych kłopotów. W rockandrollu ego to ważna rzecz. Gdy patrzyłem na Dime’a i Ronniego na scenie, widziałem supergwiazdy, mistrzów w swoim fachu. Po opuszczeniu estrady byli po prostu zwykłymi ludźmi. Stać ich było na to, aby pójść na spotkanie z fanami, pogadać, porobić sobie zdjęcia, wypić drinka, po prostu miło spędzić czas i uszczęśliwić tych, którzy przyszli ich podziwiać. Nie było nigdy żadnych problemów z tym, by Dime i Ronnie znaleźli parę minut dla swoich wielbicieli. Szanowali ich ogromnie. Obaj byli nieprawdopodobnymi talentami, którzy pozostawili wyjątkowy ślad w świecie muzyki. Jako artyści mieli swoją osobowość, która wpłynęła na rzesze innych. Na wieki młodzi muzycy będą szukać inspiracji w tym, jak śpiewał Ronnie i jak Dimebag grał na gitarze. To byli skończeni profesjonaliści. Wiem, że nie ma ich wśród nas, lecz na swój sposób wciąż są ze mną, wciąż czuję ich obecność. Przez to, jacy byli i co miałem okazję doświadczyć w kontaktach z nimi. Wielka to strata, że odeszli o wiele za wcześnie. Dzięki bogu muzyka jest wieczna, a ta, którą oni tworzyli, nigdy nie zostanie zapomniana.

 

O ile moje informacje są prawdziwe, starasz się o amerykańskie obywatelstwo. Czemu to robisz? Denerwuje cię konieczność odnawiania wizy co trzy lata?

 

Właściwie to od lat jestem obywatelem świata. Podróżuję nieustannie do wielu krajów i moje życie w taki właśnie sposób wygląda blisko 40 lat. Wszędzie czuję się komfortowo. Świat, jak się przekonałem, jest naprawdę mały. Ale zdecydowana większość moich spraw biznesowych związana jest z Ameryką, często tu pomieszkuję [Rob ma apartamenty w San Diego i Phoenix – red.], tak więc posiadanie obywatelstwa tego kraju ma dla mnie praktyczny sens. Poza tym naprawdę dobrze się czuję w USA, bardzo sobie cenię kontakt z Amerykanami. Niestety, biurokratyczna część procesu załatwiania obywatelstwa zajmuje wieczność i z pewnością jeszcze trochę potrwa zanim stanę się Amerykaninem. Najprawdopodobniej zachowam moje brytyjskie obywatelstwo i będę miał podwójne. Kiedy? Czas pokaże.

 

Wiem, że jesteś pożeraczem książek i pasjonujesz się literaturą militarystyczną. Czy podobnie, jak twój inny wspaniały przyjaciel Lemmy Kilmister zabierasz dużo książek na trasę i starasz się czytać w każdej wolnej chwili?

 

O tak. Dziś, o trzeciej nad ranem [rozmowa z Robem odbyła się 1 grudnia – red.] skończyłem czytać „The Passage” Justina Cronina. Fenomenalna książka, którą gorąco polecam. Gruba, ma ponad 700 stron, ale ja lubię takie obszerne powieści. Po koncercie zabieram się za kolejną pozycję, z serii „The Hunger Games”. A później zobaczymy, co znajdę pod ręką [śmiech].

 

Bardzo Ci dziękuję i mam nadzieję, że w 2011 roku zjawisz się w Polsce z Judas Priest. Akurat w tym roku wypada 20. rocznica genialnego „Painkillera”.

 

Jeśli tylko pojawi się dobra oferta z twojego kraju, na pewno z niej skorzystamy. Pamiętam, że jesteśmy winni koncert polskim fanom. O rocznicy „Painkillera” także pamiętamy. Trudno byłoby zapomnieć, bo przypomina nam o niej każdy dziennikarz [śmiech]. To naprawdę miłe.

 

W takim razie do zobaczenia w Polsce.

 

 

 

Long post muzyczno-filmowy

Sinusoidalnie zmieniał się mój nastrój po ostatnich spotkaniach z muzyką, polską i zagraniczną. Radość moja tym jest większa, że rodzimi artyści wyszli z tej „potyczki” z podniesionym czołem, dumnie i wysoko dzierżąc tarczę. Zaczęło się od długich godzin z pierwszą solową płytą Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego „Antyszanty”. Nie wiem, jak innym, ale mi zajęło trochę zanim zacząłem przysłuchiwać się tej produkcji nie mając z tyłu głowy pytania „a kiedy będzie coś w stylu Lao Che”?. Bo z muzyki twórców trzech kapitalnych płyt jest na „Antyszantach” tylko głos Spiętego. Artysta zastosował inną, bardziej minimalistyczną formułę, podpiera się głównie gitarą, bębnami, które jakby wybijały na galerze rytm wiosłującym skazańcom. Jest prosta elektronika, którą niejeden już przyrównywał do Kraftwerk, zaś ja bym dodał tutaj nową falę z początków lat 80. Skoro w tytule jest słowo szanty, to nie mogło zabraknąć drumli. Jest też banjo, chyba dla większości łączące się z country. Aranżacje są naprawdę skromne, ale ta muzyka działa mocno w połączeniu ze słownymi igraszkami Spiętego. Rockers Publishing w zapowiedziach pisał o mocno erotycznym charakterze tekstów. I faktycznie dosadnego śpiewania o paniach i panach (marynarzach i majtkach) jest sporo. Są dziecięce zdrobnienia, wyliczanki, które pozornie nie mogą wywołać innego traktowania płyty, jak zwyczajne jaja, wygłupy. Ale jeśli dokładnie wczytać się w słowa Spiętego, w to słów cięcie i gięcie, te zbitki, neologizmy, jeśli wbić się głębiej, okaże się, iż artysta nie do końca traktuje całości jako beztroskiej zabawy. Spięty zawsze miał coś do przekazania z Lao Che, ma również jako solista. Płyta trudna do sklasyfikowania, ale jak wiadomo, ja za szufladkowaniem nie przepadam. Niech stanie na tym, że to muzyka alternatywna, niekomercyjna, z dość dosadnym, frywolnym przekazem, pod powierzchnią którego jest i sporo celnych spostrzeżeń.

Drugi punkt dla Polski wywalczyła gdańska Proghma-C i debiutancką płytą „Bar-do Travel”. Ściemniać nie będę, album wciągnął mnie bardzo. Na tyle, że postanowiłem poszperać dość intensywnie w poszukiwaniu genezy tytułu i paru tytułów z krążka. Wiedzę wzbogaciłem. Wiem, że „bardo” to stan przejściowy w tybetańskim mistycyzmie i to była cenna nauka przed zabraniem się do komponowania finalnej wersji recenzji. Bo mistyki w tej muzyce jest sporo. Także hipnotyczności, momentami transowości. Trudno uciec od skojarzeń z Meshuggah, wokalista manierą chwilami przypomina Maynarda Jamesa Keenana. Elektronika i niektóre partie gitarowe wychodzą z progresywnego grania. W skojarzeniach nie ma niczego złego. Proghma-C potrafiła ze swoich inspiracji zbudować coś swojego, zostawiła na płycie swój ślad. Za wcześniej mówić, że mają swój styl, ale z pewnością wiedzą, w którą stronę zmierzają. A cover „Army Of Me” Björk nagrali naprawdę imponujący. Godzina świetnej muzyki, mocnej, ciężkiej, ale mającej przestrzeń, jakąś tajemniczość, nie przytłaczającej dla samego przytłaczania. Proghma-C nie z tych, co będą silić się na bycie najcięższymi, najbardziej pokręconymi, itp. Emocje, które chcą wyrazić, oblekają we właściwe dźwięki. I pewnie z tego powodu blisko godzina spędzona z „Bar-do Travel” mija tak miło i bezboleśnie. Głęboko się panom kłaniam i czekam na to, co będzie dalej, licząc mocno, iż będzie jeszcze lepiej, jeszcze bardziej interesująco.

Honor zagranicy znakomicie obronili weterani z Cheap Trick. Tajemnicą nie jest, że do melodyjnego rocka i hard rocka mam słabość, aczkolwiek Amerykanie nigdy nie należeli do grona moich wielkich ulubieńców. Jednak ich mocno beatlesowski, chwytliwy rock, hard rock, rock and roll może rozpogodzić nastrój każdego przytłoczonego faktem, że w listopadzie wcześniej robi się ciemno, a słońca jest jak na lekarstwo. Płyta „The Latest” zaraża radością, oczywiście jest na niej mnóstwo pięknych harmonii, ukłonów w stronę glam rocka, uwielbianych przez Cheap Trick The Beatles, rockandrollowy kopniak, a nawet ognistość żywcem wzięta z melodyjnego punk rocka. W USA Cheap Trick to legenda, u nas zespół znany raczej niewielkiemu gronu pasjonatów AOR-u, czyli rocka zorientowanego na dorosłych. Nazwa durna i nie wiem, kto za nią stoi. Co za kretynizm! Rock właśnie jest przede wszystkim dla niedorosłych, dla wiecznie zbuntowanych, młodych duchem. Dorosłość raczej odbiera człowiekowi rockandrollowość, przynosząc w jej miejsce rozleniwienie, skapcanienie, przeczulenie na punkcie współrzędnych pilota w domowym zaciszu. Dobra, nie będę się pastwił nad jakimś szufladkarzem od Wujka Sama. Czasu i palców szkoda. Wielkie dzięki Adamowi Śliwakowskiemu z krakowskiego Metal Shopu, że po udostępnieniu mi płyty ze trzy razy pytał, czy słuchałem. W końcu zrobiło mi się głupio, posłuchałem i będę miał powód, aby złożyć mu serdecznie dzięki za dobry wybór. Są jednak w sklepach muzycznych ludzie, którzy znają się na rzeczy. Nie ma jednak ich za wielu. Adam to wyjątek, a Metal Shopowi stuknie za jakiś czas 20 lat. Oj, będzie się działo J

Chad Smith’s Bombastic Meatbats, to poboczny projekt perkusisty Red Hot Chili Peppers. Projekt instrumentalny z udziałem czterech muzyków, którzy są już na tym etapie wtajemniczenia w sztukę, że jeśli mają czas, to bawią się instrumentami, nie myśląc, czy skala tej zabawy przekroczy granicę sali, w której mają próby. Tak, nie każdy może sobie na coś takiego pozwolić, a u nas to pewnie mniej niż promil. Ale Chad, Ed Roth, Jeff Kollman i Kevin Chown mogą. Powszechnie znany jest tutaj tylko Smith, ale reszta to nie byle jacy muzycy. Może nie jest to pierwsza liga pod względem znajomości przez fanów, lecz Ed, Jeff i Kevin dossier mają całkiem spore. A w co się bawią? Bawią się w funky, soul, fusion, delikatnego jazzu. Bawią się dobrze, bo pod koniec paru kompozycji słychać zabawne uwagi słowne, typu „Oj, wylałem sobie piwo”. Jest też koncertowy cover kompozycji Billy’ego Cobhama, słychać, że zarejestrowany w jakimś małym kalifornijskim klubiku. Panowie kochają to, co robią, mają z tego wyczuwalną na kilometr radochę, a ich ego nie są na tyle duże, aby zżymali się na to, iż ogląda ich 250 osób, a nie 50 tys. To nie jest płyta, która zapisze się na lata w świadomości fanów. Na pewno chętnie zaopatrzą się w nią ci, którzy lubią takie granie instrumentalne, w którym nie ma wyścigów, kto zagra szybsze i bardziej efektowne solo. Kwartet przyjął pewne reguły muzycznej zabawy i trzyma się ich. Chciałbym zobaczyć ich na żywo, bo pewnie granice zabawy wtedy się poszerzają, ale mam mało wiary w to, że ktoś odważyłby się ich do nas zaprosić. A jeszcze niewielu stać na to, aby fruwać sobie na koncerty do Japonii…

Katatonia niestety obniża loty. Zmęczyła mnie i znudziła płyta „Night Is The New Day”. Napisanie, że nie ma w tej muzyce życia nie byłoby trafne, bo Szwedzi raczej operują paletą, na której są głównie mroczne barwy, a ze śmiercią i okołośmierciowymi tematami zawsze im było do twarzy. Niefajność „Night Is The New Day” to brak tego czegoś, co powoduje, że chce się do materiału wracać. Coś, co chyba po raz ostatni pojawiło się na „Viva Emptiness” i wcześniejszych albumach. Można wylewać żale, płakać do mikrofonu, ale jeśli nie ma w tym jakiegoś haczyka, magicznego ognika, iskry bożej, szatańskiego liźnięcia, to wiele z albumu się nie wyniesie. Mikael Akerfeldt może sobie pisać hymny pochwalne na stickerze z okładki, jego prawo. Ale z radością bym się dowiedział, jak jego zdaniem „Night Is The New Day” wypada na przykład z „Last Fair Deal Go Down”?

Rob Halford niedawno określił się chrześcijańskim heavymetalowcem. Naprawdę, powiedział to w wywiadzie radiowym. Nie chcę na siłę kwestionować prawdziwości jego słów, ale jak ma się wydać album inspirowany świątecznymi piosenkami, zimą, bożonarodzeniowym zamieszaniem, a do tego zna się ten biznes od podszewki, to… Nie mam nic przeciwko takim płytom nagrywanym przez metalowców. Przeciwnie, nie jeden raz setnie się przy takowych projektach uśmiałem. Po raz pierwszy chyba z 25 lat temu, gdy w formie kasetowej zagościła u mnie świąteczna kompilacja z udziałem czołowych wtedy niemieckich kapel metalowych. Do dziś pamiętam wersję „White Christmas” Binga Crosby’ego, w której gardło darła niesamowicie Sabina Classen z Holy Moses. Rok temu weselej zrobiło mi się przy „We Wish You A Metal Xmas…”. Po „Winter Songs” nie jest mi za bardzo do śmiechu, bo to płyta nudnawa i przesadnie poważna, nadęta jak balon braci Montgolfier albo Jose Mourinho. Ratuje ją parę weselszych, luzackich, rockandrollowych momentów i otwierający całość „Get Into The Spirit”. Gdybym celebrował Wigilię, chętnie widziałbym przy stole Roba Halforda, ale wolałbym, aby zamiast piosenek z trzeciej płyty zaśpiewał mi na przykład „Resurrection”, „The One You Love To Hate”, czy jakiś kawałek Judasów. Byle nie z „Nostradamusa” J

Czym byłoby życie bez przerw na odpoczynek? W ostatnich dniach bardziej filmowy niż książkowy i niekoniecznie związany z nowościami. Adam Ś. nie tylko na muzyce się zna, lecz czasami rekomenduje niezłe filmy. Polecił mi dwa sensacyjne amerykańskie obrazy – „Władza pieniędzy” (Even Money) i „Błękitny proszek” (Powder Blue). Obydwa łączy osoba Foresta „Klapnięte Oczko” Whitakera. Pierwszy, to opowieść o uzależnieniach dwóch osób od hazardu i kłopotach, które z tego wynikają dla złotej rączki Clyde’a Snowa (Whitaker) i pisarki Carolyn Carver (bardzo dobra Kim Basinger). Kłopoty, ich sprawianie, jest tu domeną niejakiego Victora (Tim Roth, i wszystko jasne :)), za którym stoi tajemniczy Ivan. Końcówka dość łatwa do przewidzenia, ale ogląda się naprawdę miło.

Podobnie jak „Powder Blue”. Nie tylko ze względu na Jessicę Biel, która jako tancerka erotyczna musi podziałać na wyobraźnię każdego mężczyzny (swoją drogą nieźle się do tej roli przygotowała; ciekawe, kto był konsultantem merytorycznym), ale nieźle wypada też w dramatycznych scenach, kiedy rozbierać i wyginać się nie trzeba. Bo Rose-Johnny (Biel) ma synka w śpiączce i wierzy głęboko, że odzyska on zdrowie, dlatego tańczy ile się da, także w prywatnych pokojach, za co dostaje się więcej pieniędzy, ale też znacznie więcej trzeba z siebie dać. Patricka Swayze (R.I.P) można zobaczyć w ciekawej epizodycznej roli właściciela klubu, wrednego skurwiela, który wykorzystuje swoje pracownice jak się da. Jest ograny wątek dziewczyny nie znającej ojca (znakomity Ray Liotta), który po latach się odnajduje, jest nieśmiały młodzian, szukający miłości, na co dzień zajmujący się makijażem dla umarłych i mający kłopoty finansowe, jest pastor (Whitaker), który chce zapłacić za zastrzelenie go, między innymi przygodnie poznanemu transwestycie (swoją drogą przedstawienie pastorowi cennika usług jest zabawne). Co ważne, przynajmniej dla mnie, nie ma tu hollywoodzkiego happy endu, nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

%d bloggers like this: