Archive

Posts Tagged ‘Ramones’

Opowieść o legendarnym selekcjonerze

cbgb film plakat

Wiele krajów/miast ma kogoś takiego, komu zawdzięcza rozwój muzycznej sceny, odkrycie talentów. Kogoś, kto poświęca się temu, co robi w całości. Często tracąc kontakt z bezlitosną prozą życia. Ameryka miała co najmniej parę takich osób. Jedną z nich był Hilly Kristal.

Czytaj dalej…

Ramonesmania i anihilacja

Hey ho, let’s go! Gabba gabba hey! One, two, three, four! Wszystkie magiczne zawołania Ramones pojawiły się na koncercie Marky Ramone‚s Blitzkrieg w LochNess 28 października. Czyli dziś 🙂 Takiej niesamowitej energii i takiego szaleństwa fanów dawno nie widziałem. Nie pamiętam również, kiedy byłem na koncercie, który trwał bodajże godzinę i 15 minut z bisami, a zabrzmiało na nim ponad 30 kawałków 🙂 Przedział wiekowy publiki (ponad 300 osób) 11 – 55 lat, z czego jasno wynika, że muzyka Ramonesów nigdy się nie zestarzeje i zaraża kolejne pokolenia fanów. Radosna energia ze sceny, roześmiane twarze wszędzie wokół. Mnie tylko szlag trafiał, że brzmienie było tak kiepskie, iż czasami doskonale mi znane piosenki Ramonesów rozpoznawałem dopiero po jakimś czasie. Ale w końcu koncert był w klubie, o którym parę wpisów wcześniej napisałem, co myślę, a nie myślę dobrze. Michael Graves (który jako artysta każe się pisać Michale) dawał całkiem nieźle radę. Facet nie ma łatwo. Najpierw w Misfits musiał mierzyć się z legendą Glenna Danziga, w projekcie Marky’ego „wkłada buty”, które nosił przed nim genialny Joey Ramone. Gitarzysta i basista rzetelni i niezwykle energetyczni. Basman zaczynał niemal każdy kawałek od nieśmiertelnego odliczania. A sam Marky? Facet mógłby robić za metronom. Tak równo gra. I pomimo 56 lat moc w łapach ma potężną. Ładnie przedstawił zespół, podziękował też fanom, którzy szaleli niemiłosiernie. Aż miło było popatrzyć.

Od „Rockaway Beach” się zaczęło, na „Blitzkrieg Bop” skończyło. Pomiędzy cała masa Ramonesowych evergreenów, choćby „I Wanna Be Sedated”, „53rd & 3rd”, „Psycho Therapy”, „Teenage Lobotomy”, „Sheena Is A Punk Rocker”, „Pet Sematary”, „Poison Heart”, „KKK Took My Baby Away”, „Gimme Gimme Shock Treatment”, „Rock And Roll High School”, „Beat On The Brat”. Ale zagrali też kilka coverów – choćby kapitalny „R.A.M.O.N.E.S.” Motörhead, „What A Wonderful World”, a o ile mnie słuch nie zawiódł, także „Have You Ever Seen The Rain” Creedence Clearwater Revival. Jakby to zabrzmiało lepiej, skakałbym pod sufit ze szczęścia. A tak jestem wielce rad, że zobaczyłem Marky’ego grającego piosenki Ramonesów. Za złe mam mu tylko, że wbrew zapewnieniom w wywiadzie, nie znalazł czasu, by spotkać się ze mną za kulisami i podpisać parę płyt. Zniknął w busie zaraz po koncercie. Ale to nic Marky. Będziesz musiał wrócić i dotrzymać obietnicy 🙂 Tylko błagam, w lepszym klubie i z lepszym brzmieniem.

Dzień wcześniej, w tym samym miejscu, ale ze znacznie lepszym brzmieniem, było mi dane po raz pierwszy zobaczyć na żywo kanadyjski Annihilator. Chciałem na własne uszy i oczy się przekonać, czy Jeff Waters jest tak świetnym gitarzystą, jak mi o nim różni znajomi opowiadali. Jest. A do tego całkiem niezły z niego showman i jajcarz.

Ludzi tłum (koło 500 osób mogło być, jak na LochNess to prawie masakra), reakcje więcej niż gorące. Jeff i reszta panów na scenie była pod wrażeniem. Widziałem to dobrze, bo akurat udało mi się stanąć z boku estrady, a jakbym się dobrze wyciągnął, to mógłbym Dave’owi Paddenowi trampki rozsznurować 🙂 Wokalista mnie powalił nie mniej niż Jeff Waters. Nie dość, że facet kapitalnie śpiewa na żywo, to jest też całkiem sprawnym gitarzystą. Wcześniej nie byłem do niego przekonany i tylko Randy’ego Rampage’a uznawałem. Od 27 października zmieniłem zdanie. Annihilator zagrał, i tu zdania były podzielone, między 16 a 19 numerów. Faktem jest, że parę połączyli, więc mogło być faktycznie więcej, ale na setliście, na którą mogłem patrzyć z boku, zapisanych było 16 hasełek, typu Alice, na przykład. Alicja była oczywiście na samiuśkim końcu i zabrzmiała pięknie. Z jedynki był też „WTYD”. Na pewno zagrali też „King Of The Kill”, „The Fun Palace”, „Phantasmagoria”. Więcej tytułów nie pamiętam, sorry 🙂

Przyjrzałem się też pani menedżer Annihilatora, która ponoć jest również życiową partnerką Jeffa. W życiu był nie powiedział, że dziewczę w stylu „bibliotekarka emo” może zajmować się bandą wariackich metalowców 😉 Ale miłość niejedno ma imię 🙂 Żałowałem, że nie wziąłem więcej pieniążków, bo zespół przywiózł przepiękne koszulki. Trzy wzory po prostu powalały. Ale nic to, z pewnością do Polski wrócą po takim przyjęciu. I oby do innego miejsca niż LochNess.

Hey ho, let’s go!

Jak wiedzą ci, którzy śledzą moje posty na Facebooku, miałem zaszczyt i przyjemność rozmawiać niedawno przez blisko pół godziny z Markym Ramone’em, perkusistą legendarnej formacji Ramones. To są chwile, dla których warto się męczyć, ścierać opuszki, nie dosypiać, rezygnować z piwa na mieście z fąflami, szukania drugiej połówki, itp. 😉 Marky z projektem Marky Ramone‚s Blitzkrieg za kilka dni zagra dwa koncerty w Polsce (28 października – Kraków, LochNess; 29 października – Warszawa, Proxima). Poza nim znaną postacią w grupie jest jeszcze tylko Michael „Michale” Graves, który śpiewał przez kilka lat z Misfits, z którymi notabene Marky zawitał w 2003 roku do Polski. Szkoda, że nie byłem, że podszedłem do tego z głupiej pozycji – skoro nie ma Danziga, to mam to w d… Koncert ponoć był kapitalny. Poza Markym, Jerrym i Doyle’em na scenie był jeszcze Dez Cadena z kultowego Black Flag. Cóż, mam nadzieję zobaczyć Marky’ego za kilka dni w Krakowie. A już jutro (na 90 procent) na stronach Muzyka.onet.pl będzie można przeczytać zapis mojej rozmowy z artystą. Po cichu liczę, że uda mi się wepchnąć na chwilę na backstage i wziąć od Marky’ego autograf na zajefajnym boxie Weird Tales Of The Ramones.  A poniżej teaser wywiadu, czyli kolejny materiał exclusively na „Buszującym w morzu” 😉 Enjoy it! Zdjątko pożyczyłem ze strony Go Ahead, firmy organizującej warszawski koncert Marky Ramone’s Blitzkrieg.

Wracając jeszcze do anegdot. Znalazłem pewną historyjkę w książce, którą napisał Everett True „He Ho Let’s Go: The Story Of The Ramones„, dotyczącą twojego spotkania ze Stingiem…

W przypadku tego tytułu zalecam ostrożność, bo jest w nim sporo nieścisłości i nieprawdziwych informacji. Spokojnie można polegać na przykład na książce, którą napisał Monte Melnick, także „Ramones: An American Band” Jima Bessmana oraz jeszcze jednej pozycji o Dee Dee’em.

W takim razie, ta opowieść o tym, że Sting robił sobie jaja z twojego wyglądu, ty udzieliłeś mu ciętej riposty, po której on się oddalił jak niepyszny, jest prawdziwa?

Tak, to zdarzyło się naprawdę.

Miałeś później, po latach, okazję spotkać Stinga i mu to przypomnieć?

Wtedy widziałem go z bliska pierwszy i ostatni raz. W ogóle nie przepadaliśmy za nim i za The Police. Uważaliśmy, że to dupek, a oni próbują zrzynać z punka i reggae. Uwaga, jaką wtedy do mnie skierował była mocno arogancka i pogardliwa, mówiąc eufemistycznie, więc odpowiedziałem mu taki sposób, żeby po prostu się odp….ł. I się odp….ł [śmiech].

Kategorie:Muzyka, People Tagi: ,
%d bloggers like this: