Archiwum

Posts Tagged ‘Peja’

I po zajawce ;)

ROTFL, tak to jest, jak się za szybko obsługuje CMS-a zamiast na spokojnie podejść do sprawy 😉 Dzięki temu tak zwana zajawka, która miała być szkicem, stała się postem. Wiecie więc, o czym dziś będzie pisane 😉 A że jest wątków parę, zaczynam od razu i postaram się możliwie najkrócej.

Moja miłość do czytania biografii znanych ludzi związanych z muzyką, ani trochę nie maleje. Obecnie zgłębiam życie Johna Peela w książce „Margrave Of The Marshes”, którą w dużym stopniu popełnił sam. Żona z dziećmi dopisały fragment już po niespodziewanej śmierci didżeja w 2004 roku. Nie wiem, czy jest polskie tłumaczenie, ale jak zwykle podjąłem próbę w oryginale i na szczęście po raz kolejny okazało się, że moi nauczyciele angielskiego naprawdę odwalili niezłą robotę 😉 John Peel to człowiek, którego poznać na pewno warto, a wręcz trzeba jeśli się jest radiowcem, który chce zostawić po sobie trwały ślad.

Czytaj dalej…

Postslayerowo i postmaqamowo

Miało być najpierw o Slayerze, ale jedna wiadomość telewizyjna sprzed kilku chwil zburzyła mój plan. Otóż w Olkuszu próbowano odwołać koncert Peji. Kto chciał? Ano komitet obrony przed sektami. To Peja jest teraz sektą?! Jaką? Wydawało mi się, że trochę się w tym środowisku muzycznym orientuję, ale widzę, iż nie za bardzo. Były poseł najwyraźniej się nudzi i zagubił gdzieś poczucie „misji”. Behemoth w Krakowie też próbował odwołać, lecz na szczeście mu się nie udało. Jakby dalej iść tokiem myślenia szefa komitetu, to zarząd fabryki tworzyw sztucznych mógłby domagać się części tantiem na przykład od Dody za to, że użyła sztucznego tworzywa, by powiększyć obwód w biuście i zażądać, aby zakazano jej występów póki nie zapłaci procentu od wielkości silikonowych wkładek… Nie żebym usprawiedliwiał czyn Peji, bo już pisałem, co o nim myślę, ale żeby sekciarza od razu z niego robić?

slayerDobra, wystarczy. Trochę mi ulżyło. A Slayer? Slayer dobry jest bardzo. To, że to najlepsza płyta mistrzów w XXI wieku nie mam wątpliwości. Odważyłbym się nawet napisać, że to najlepszy album jaki stworzyli od czasu „Seasons…”. Pobrzmiewają tu echa zagrywek z dawanych, wielkich krążków. Świetny numer tytułowy zaczyna się w stylu „Raining Blood”, a „Unit 731” kojarzy się z „Necrophobic”. Skojarzeń jest więcej i każdy znający dorobek kwartetu bez problemów je wychwyci. Wrażenie robi „Human Strain”, wolny, mroczny, z delikatną gitarą w tle i z krótką, przerażającą deklamacją Toma Arayi. Parę kawałków niespecjalnie się broni, lecz i tak, jak na zespół, który gra prawie 30 lat, stworzył podwaliny pod thrash metal i zawsze był mu wierny, to „World Painted Blood” musi robić wrażenie. Na mnie zrobił niemałe. Z tej płyty mogą pozostać w pamięci co najmniej trzy kawałki, może nawet cztery. Do tych z czasów od jedynki do „Seasons…” być nie dorastają poziomem, ale też nie odstają od nich tak jaskrawie.

maqamaO Maqamie pisałem poprzednio, napisze i teraz, bo wciąż jestem pod wrażeniem ich debiutu „Maqamat”. Okazało się, że na płytcie gra Tomek Krzemiński z Neumy (dzięki Mądry Tomaszu za zauważenie tego faktu), zaś zmasterował całość w Nowym Jorku Kevin Reeves, który ma na koncie nominacje do Grammy. Trudno wyróżnić którąś z piosenek. Najlepiej traktować je niczym kolejne rozdziały jednej opowieści. Nawiasem pisząc, tytuł płyty to z arabskiego zbiór krótkich opowiadań. W tej muzyce jest coś takiego, że od pierwszych dźwięków słuchamy jej, będąc zawieszonymi między ekscytacją a strachem. Mroczne napięcie towarzyszy nam niemal non stop, wyjąwszy krótki fragment z „Opium”. Potęgują je słowa śpiewane przez Haidara (w „Darfur” gościnnie wspomaga go Gutek z Indios Bravos). Nie ma ich wiele, ale niosą w sobie wiele treści. Sztuką jest mówić/śpiewać mało, niemało przy tym mówiąc. Powtarzam – Maqama. Zapamiętajcie tę nazwę koniecznie!

weezerMoje związki z Weezer nigdy nie były jakoś szczególnie bliskie, ale zawsze miło słuchało się ich płyt. Ta „zielona” podobała mi się bardzo. Rivers Cuomo, jak na absolwenta Harvardu przystało, jest niegłupim kolesiem i wie, jaka powinna być muzyka jego zespołu. Ale jedna uwaga drogi Riversie – nie idź już w kierunku eksperymentów z rapowaniem. Numer z Lil Wayne’em traci przez to wiele. Chris Cornell przekonał się boleśnie, że eksperymenty bez głowy nie opłacają się. Cuomo nie postawił na szczęście na Timbalanda, ale na Jacknife’a Lee i Jermaine’a Dupri, lubego Janet Jackson. Lider Weezer instynkt samozachowawczy ma lepiej rozwinięty niż Cornell i generalnie zaproponował na „Raditude” piosenki, które już gdzieś słyszeliśmy wcześniej. Jeśli nie na płytach zespołu, to w latach 60., 70., 80. Jak zwykle jest chwytliwie, melodyjnie, czasami nieco bardziej rockowo i zadziornie, a nad wszystkim unosi się amerykański luz, optymistyczny klimat, który tylko może pomóc w okresie jesiennych chłodów i słoty. Przy niektórych numerach spokojnie można potańczyć. Cudów nie ma, rozczarowania też nie. Po prostu, jest Weezer jakiego dobrze znamy plus w jednym momencie taki, jakiego lepiej, żebyśmy już nie słyszeli.

Kategorie:Uncategorized Tagi: , , ,

NMA, Muza i Rychu A.

nmaNigdy nie byłem wielkim fanem New Model Army, w przeciwieństwie do kilku znajomych, którzy nawet teksty na pamięć znają, dyskografię mają w małym palcu, zaś każda wizyta Justina Sullivana w kraju zmusza ich do rewizji budżetowej. Ale zawsze zespół szanowałem. „Thunder And Consolation” uważam za świetną płytę i zdania nie zmienię. „Carnival” mnie znudził niemiłosiernie, kilka wcześniejszych również, ale nowa produkcja NMA „Today Is A Good Day” to kawał dobrego grania. Uśpiona przez jakiś czas pasja Sullivana została wyrwana z letargu, powróciła moc, ponownie rozkwitła wena twórcza Brytyjczyka. Jest tu sporo ciekawej rockowej muzyki, chwilami bardzo ostrej, ubarwionej klawiszami, chórkami. Wrażenie zrobiła na mnie naturalnie brzmiąca sekcja rytmiczna, w szczególności basista. NMA potrafi przyłożyć, umie też i wprowadzić nas w nieco łagodniejsze, akustyczne obszary. Justin chwilami śpiewa jakby miał ochotę porządnie przyłożyć komuś między oczy (tytułowa piosenka), by za moment przejść do kojącej, niemal ogniskowej interpretacji ze wspomaganiem radosnego chóru („Autumn”). W zróżnicowaniu klimatu tkwi duża siła albumu. Warto dać tej płycie szanse. Szczera muzyka z naturalnym brzmieniem zawsze trafi do słuchacza i pozostawi po sobie wrażenie. Tym razem będzie ono pozytywne, bo Justin po prostu napisał dobre piosenki, a do tego miał w studiu wsparcie muzyków, którzy doskonale czuli, czego chce od nich lider formacji z Bradford.

museMuse to jeden z tych zespołów, który nie wypłynął na fali histerii krytyków na Wyspach, po czym wytopił się masę wykonawców, z której ciężko byłoby wyłowić kogoś wartościowego. Trio miało coś do zaproponowania i dlatego przetrwało, dziś będąc jednym z najciekawszych wykonawców nie tylko w UK, lecz w skali światowej. Pamiętam jak „Origin Of Symmetry” powaliło mnie na glebę, w takiej pozycji utrzymała mnie „Absolution”. „Black Holes…” początkowo mnie odrzuciła, a później się w niej zakochałem. Trwa moje pierwsze spotkanie z „The Resistance” i oczy mam coraz szersze, a czoło marszczy się ze zdziwienia. Pożenienie lekko dyskotekowej estetyki sprzed ponad ćwierćwiecza z elementami klasyki i rozdętych aranżacji w stylu Queen, do tego dynamiczny hard rock. Ani chybi trzeba będzie poświęcić parę dni, żeby ten materiał objąć umysłem i wypracować własny pogląd. Lubię płyty niejednorodne stylistycznie, więc są wszelkie podstawy ku temu, abym zachwycił się „The Resistance”.

Peja i wywołana przez niego zadyma na koncercie. Wszyscy robią z tego sensację i słusznie. Ale pamiętajmy, że to nie pierwszy wybryk tego ziomala, choć pierwszy tego kalibru. Jeśli ktoś widział film Sylwestra Latkowskiego sprzed lat z udziałem Ryśka A., chyba nie miał wątpliwości co do tego, że nie obcuje z osobnikiem o nietuzinkowej inteligencji, szlachetnej osobowości, umiejącym pogodzić się z faktem, iż nie wszystkim musi się podobać to, co robi. Tymon Tymański w uśmierconym przez bałwanów z TVP genialnym „Łossskocie” użył kiedyś określenia „osoby o proweniencji rustykalnej”. Nie dotyczyło ono Pei, lecz jak ulał do niego pasuje. Z rapem jest tak, jak na przykład z futbolem – tworzony/grany przez ludzi myślących ma odpowiednią estetykę, siłę oddziaływania, przekazuje coś ważnego, pięknego, fajnego.

Poziom Pei porównywalny jest z jakością polskich kopaczy. Nie wygrywają nie tylko dlatego, że nie grają w swoich klubach za granicą, mają za małe umiejętności, lecz również z tego powodu, że nie myślą na boisku. Rychu jest z tych, którym w głowie hajs, bryki, laski, itp. Myślenie jest mu obce. Gdyby nie było, nie namawiał by do linczu, wiedząc że jest na to paragraf w kodeksie. I oby ten paragraf zastosowano i wyegzekwowano.

Kategorie:Muzyka, People Tagi: , ,
%d blogerów lubi to: