Archiwum

Posts Tagged ‘Megadeth’

Lords Of The Strings w Polsce

marty friedman gus g poland poster

 

To był marzec, rok 2003, nie pachniała Saska Kępa ani żadna inna, bo ta pachnie ponoć w maju. Pogoda fatalna, zabookowałem już urlop, choć nie wiem, po jaką cholerę. Pomysłu ani środków na sensowne spędzenie go nie miałem. Okazało się, że w tym czasie, w którym będę podejmował wysiłki na rzecz skutecznego zabijania czasu, może się odbyć wywiad z nim. Jednym z tych, których w czasach fascynacji dziełami wytwórni Shrapnel podniecałem się nieziemsko.

Czytaj dalej…

Metalfest – już 27 zespołów na polskiej edycji!

Za cztery miesiące odbędzie się pierwsza polska edycja metalowego festiwalu Metalfest. Line-up przyrasta niczym masa ciała bohatera dokumentu „Supersize Me”, który ostatnio miałem okazję oglądać. Nie powiem, że przyjemność, bo bym przesadził 😉

Czytaj dalej…

Pół mega

EndgameWakacyjna posucha płytowa zbliża się do końca. I dobrze, bo na kilka premier czekam z utęsknieniem. Slayer co prawda znowu przesunął datę ukazania się „World Painted Blood”, ale na szczęście oczekiwanie na następne dzieło legendy umili (mam nadzieję) paru innych artystów, niekoniecznie metalowych. Kopacze rodzimi znów dali plamę, siatkarze ponownie zmietli z boiska rywali (tym razem Turków, co rozbiorów Polski nie uznali), tak więc nastroje są połowicznie pozytywne. Podobne mam po przesłuchaniu nowego Megadeth. Aczkolwiek jest znacznie lepiej niż na „United Abominations”, a Dave Mustaine tym razem nie posiłkował się odświeżaniem klasyka sprzed lat z udziałem zaproszonego gościa o ponętnej aparycji. No i pozwolił więcej popracować Andy’emu Sneapowi, co tylko wyszło „Endgame” na dobre. Gitary młócą aż miło, Dave i Chris „pojedynkują się” na solówki, uderzenie jest mocne soczyste, jest odpowiednia dynamika. Ale dobrze, chwilami nawet bardzo dobrze, zaczyna się dziać od piątego, szóstego numeru w dół. Wcześniejsze kompozycje jakoś przelatują przez uszy bez pozostawienia wyraźnego śladu w pamięci. Mustaine dał pograć Broderickowi, dopuścił go nawet do współkomponowania jednego kawałka, podobnie Shawna Drovera. Nie łudźmy się jednak. Przy całym szacunku do Chrisa i bębniarza, nie są to muzycy tego formatu, co Marty Friedman i Nick Menza, nie ma w zespole tej chemii, która była w czasach czwórki Mustaine/Friedman/Ellefson/Menza, co zaowocowało kilkoma wielkopomnymi produkcjami dla historii thrash metalu. Dave może chwalić obecnych kolegów pod niebiosa, co dość często i chętnie czyni, lecz póki co nie jest w stanie stworzyć z nimi dzieła na miarę choćby „Cryptic Writings”, nie mówiąc o wcześniejszych albumach. Jednakże o końcu gry nie może być mowy. Megadeth stopniowo podnosi się po nokautujących porażkach, które notował od „Risk” do „The System Has Failed” wyłącznie. A że Dave to zdolny kompozytor, mistrz riffów i inteligentny człowiek, przekreślać go nie wolno. Parę numerów z „Endgame” jest świetnych, jak choćby ujawniony jako pierwszy „Head Crusher”, kompozycja tytułowa, „Bodies”. Dopóki będą wojny, rządy będą robiły rozmaite machlojki, dopóty Mustaine’owi nie zabraknie inspiracji do tekstów i muzyki. Czasy się zmieniają, Dave mocno się zmienił w ostatnich kilku latach, ale pewne rzeczy pozostają na dłużej, jak na przykład talent kompozytorski. Rudy, co słychać, jeszcze się nie wypalił twórczo i chce pokazać swoim byłym kolegom z Metalliki, że wciąż stać go na wiele. Oby tylko jeszcze kiedyś zawitał do Polski z zespołem i dał lepszy koncert od tego na Metalmanii, bo wielki występ to niestety nie był.

juliettePrzede mną jeszcze spotkanie z artystką muzycznie dużo mniejszego kalibru niż Mustaine, ale nie mniej szaloną od niego. O Juliette Lewis piszę i jej płycie „Terra Incognita” nagranej wraz z Omarem Rodriguezem Lopezem z The Mars Volta. Mam słabość do tej kobiety, bo jest fajnie zwariowana i ma w sobie takie pozytywne zakręcenie. W filmach potrafiła zagrać niezwykle zróżnicowane role, zmieniać się od pucułowatej małolaty z remake’u „Przylądku strachu” do seksbomby z „Dziwnych dni”, no i rzecz jasna w Mallory Knox z „Urodzonych morderców”. W „Kalifornii” też była doskonała. Szkoda, że nie było mi dane widzieć jej na żywo z zespołem i równie szkoda, iż kiedyś odwołano jej koncert w Polsce z The Licks, bo przez to przepadła mi, mam nadzieję, że nie bezpowrotnie, szansa na wywiad twarzą w twarz z Juliette. Oj działoby się, działo…

Kategorie:Film, Muzyka Tagi: ,
%d blogerów lubi to: