Archiwum

Posts Tagged ‘Immolation’

Klub Progresja – koncerty – sierpień 2012

Niezawodny dział promocji warszawskiej Progresji podesłał właśnie plan działań na sierpień 2012. A dosłownie przez kilkoma minutami zacne ziomy z Knock Out Productions ogłosili, że w tym klubie, z tym, że 18 października, zagra Lacuna Coil z piękną Cristiną Scabbią.

Czytaj dalej…

Reklamy

Majesty & grind

 

Ależ to był wieczór! Immolation i Napalm Death na jednej scenie w „Kwadracie” (11.12.2010) plus wariaci z Macabre, plus spotkanie z good ol’ friend of mine oraz z masą ludzików dawno niewdzianych 😉 Sorry, na pozostałe kapele nie zdążyłem dojechać. Hypnos ponoć wypadł zacnie, jak doniósł mi życzliwy, znający się na rzeczy.

 

Nie wiem, jak to jest, ale gdy takie koncerty organizuje Knock Out Productions to zawsze jest fajna atmosfera, wiara wesoła, sączy piwko, rozmawia, delektuje się muzyką, nie ma żadnych problemów na bramce ani z bramkarzami. Może sekret kryje się w tym, że Tomek, szef Knock Out Prod. to też muzyk, najeździł się z koncertami, pooglądał wszystko od każdej strony i wie, jak to zrobić, aby wszystko wyglądało tak, jak trzeba?

 

Ludzi tłum dziki kłębił się już zaraz za drzwiami, gdy dotarliśmy z fąflem mym, którego z racji braku zgody na publikację personaliów nazwę Di Stefano, co wiąże się dość blisko z jego ksywką 😉 Nie wiem, czy koncert był sold out, ale tyle wiary jeszcze tam nie widziałem. Musiało być minimum 800 osób, jeśli nie więcej. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Macabre, Immolation (nie wiem, jak to możliwe, ale tak było naprawdę) także. Wariaci z Chicago opiewający seryjnych morderców sprawiali wrażenie zaskoczonych miłym i dość głośnym przyjęciem. Corporate Death z upływem czasu coraz bardziej upodabnia się do Paula Giamatti, aktora wcielającego się w Pig Vomita w „Częściach intymnych” (ang. „Private Parts”). Ale gardła daje niezmiennie zawodowo, a piosenki zapowiadał zabawnie, robiąc krótki szkic okropieństw, które popełniał bohater piosenki. W jednym numerze zaśpiewał nawet z Macabre Shane Embury. No proszę, jednak ma facet ciągotki frontmeńskie 😉 Immolation po prostu zmiażdżyli! Znakomity, energetyczny i klimatyczny koncert. Wchłaniało się go kapitalnie. Było na pewno kilka numerów z doskonałej „Majesty And Decay”, a jeśli mnie pamięć nie zawodzi zagrali też dwa kawałki z „Dawn Of Possession”, w tym firmowy. Napalm Death już kiedyś widziałem i ich koncert oglądałem spokojnie. I był to występ jak zwykle megaenergetyczny, dynamiczny, z Barneyem krążącym po scenie niczym niedźwiedź wokół ula, growlującym niemiłosiernie, przybijającym piątki z ludźmi, Mitchem Harrisem, wydzierającym się do mikrofonu ustawionego tuż pod jednym z balkonów. Obcasy fanów mógł podziwiać 😉 Mnóstwo starych numerów, w sumie ponad 20 zagrali, w tym choćby „Suffer The Children” i „Nazi Punks Fuck Off” Dead Kennedys. Oj, potężne to było. Jeszcze bardziej niż rok temu w „Loch Ness”.

 

A po koncercie poza wspominek na ciepło przy zimnym piwku, przyglądaniu się żeńskim fankom mocnego łojenia, było kilka zdań z Rossem Dolanem i uścisk dłoni z mało radośnie usposobionym Bobem Vigną, który do załączonych tu zdjęć jednak się uśmiechnął. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, kim jest dziewczę na zdjęciu 😉 A szkoda, bo dobrze się prezentuje 😉

Wielkie dzięki dla Tomy i Knock Out Productions za ten wspaniały koncert, Di Stefano za to, że jechał przez śniegi i lody Kielecczyzny, by wraz ze mną spożyć co nieco piwa i o trudach życia pogadać 😉 Do następnego razu. Oby jak najszybciej!

 

Muzyczne różności

Bloga reaktywacja. Milczenie bynajmniej nie było spowodowane pochłanianiem przeze mnie transmisji z Vancouver. Aczkolwiek nie zaprzeczam, że podziwianie hokeistów z NHL, a przede wszystkim naszych „wspaniałych” komentatorów z hokejowych zawodów (w szczególności jednego) może poprawić humor nawet pogrążonym w ciężkiej depresji. Jeśli ktoś oglądał mecz Kanada-Rosja i pamięta akcję z „Luuuuuuuuu!!!!!!” to wie, o czym mówię ;))) Wyczyny Adama i Justyny też podniosły mnie na duchu.
Nagimnastykowałem się nieźle, aby pomimo chaosu w moim kalendarzu śledzić wydarzenia w kulturze popularnej. Z pewnością coś pominąłem, bo zwykle wszystko sprawdzałem na szybko, niekoniecznie dokonując dokładnej weryfikacji. Ale już wiem, że Open’era można sobie raczej w tym roku odpuścić. Jeden Kasabian to dla mnie za mało. Chyba, że Alter Art zaskoczy mnie jeszcze np. przyjazdem Soundgarden, co jest mocno wątpliwe, bo przecież już potwierdzono Pearl Jam, w którym od lat bębni znakomity Matt Cameron. Poza tym znowu mamy recycling wykonawców na imprezach alterartowych, bo po raz kolejny będzie u nas Massive Attack (słaba jest ta nowa płyta, niestety), Faithless i jak znam życie to nie koniec tego typu „niespodzianek”. Pavement to owszem legenda, ale głównie w USA i trochę w UK. W Polsce nie sądzę, by byli w stanie zapełnić średniej wielkości klub. Hot Chip? Ostatnia płyta zbiera świetne recenzje, lecz nie wydaje mi się, aby ta grupa miała u nas takie powodzenie, jak Kings Of Leon, White Lies, Editors. Czekam z niecierpliwością na Asymmetry Festival, który jak zawsze trzyma poziom i potrafi pozytywnie zaskoczyć doborem wykonawców. Podobnie Unsound, który niedawno wyruszył do NYC, żeby promować się w tym kulturalnym tyglu. Mam nadzieję, że się udało. Suicidal Tendencies, Killing Joke, Mayhem (ponoć dwie „sztuki” w maju mają zagrać, a na nich numery z nowej płyty, na którą czekam niecierpliwie) – póki co, oczekiwanie na te koncerty najbardziej podnosi mi ciśnienie.
Koncert Ulver (Kraków, 22.02.2010, Studio) był bardzo dobry, ale nie znakomity. Polecam kapitalne zdjęcia z imprezy Agnieszki Zwary, które można obejrzeć u chłopaków z Musicnews.pl oraz na stronie Agi. Wizualizacje świetne, klimat mocno mistyczny, ale za duży dystans do ludzi, jak dla mnie. Ewidentne fałsze Garma też nie przysłużyły się wysokiej jakości koncertu. Post factum miałem wrażenie, że Ulver to nie jest zespół na kluby powyżej 1 tys. osób. Oni chyba lepiej by się czuli w mniejszej bryle, bardziej mrocznej, gdzie nie ma baru z piwem, z którego światła zaburzają nieco mrok, w którym Norwegowie czują się tak świetnie. Coś, co w USA nazywa się theatre – oto idealne miejsce dla Ulver na koncert. Szacunek za to, że Garm wyszedł do ludzi i podpisywał wszystko, co mu podsunięto. Po Studio kręcił się też Attila Csihar, który jednak nie powinien dawać koncertów jako Void Of Voices. Ale człowiekiem jest przemiłym. Tak miło już nie było, gdy na stoisku zobaczyłem cenę wydanego przez Węgra „Life Eternal”, oryginalnych wersji demo „De Mysteriis…”. 120 PLN za coś takiego, to spora przesada.
Nie będę się rozpisywał o kilku znakomitych płytach, m.in. Sade, Charlotte Gainsbourg (rewelacja!), Rotting Christ, o których w czasie mojego milczenia blogowego napisano bardzo wiele słów. Cieszy, że w przewadze były pozytywne opinie. „Aealo” Greków to dla mnie póki co jedno z największych zaskoczeń in plus 2010. Nigdy nie byłem ich wielkim fanem, ale cover Diamandy Galas z ostatniej płyty to mistrzostwo świata. Zresztą sama diwa obłąkanych i mrocznych śpiewów obsypała Sakisa z kolegami komplementami na swojej stronie.
Chciałbym za to napisać parę słów na temat nowego The Dillinger Escape Plan. „Option Paralysis” znowu zaskakuje i ponownie nie jest to płyta dla tych, którzy czekają na powrót do grania z czasów „Calculating Infinity”. Ci będą psioczyć i psy wieszać na zespole, tak jak to robili po ukazaniu się „Miss Machine” i „Ire Works”. Nie zniosą prostszych, melodyjnych kompozycji, melodii, większej obecności czystych wokali i łagodnego fortepianu, na którym gra Mike Garson, współpracownik m.in. Davida Bowiego, NIN i Smashing Pumpkins. Chwilami robi się na płycie klimat, jak w mrocznych, niepokojących momentach filmów Davida Lyncha. Bez obaw, są też typowe wariactwa dla DEP, błyskawiczne zmiany tempa, łamańce, darcie się Grega Puciato. Są nawiązania do NIN i FNM, troszkę elektroniki. Po mniej więcej pięciu, sześciu przesłuchaniach największe wrażenie robią na mnie na razie numery bardziej klimatyczne – „Widower”, „Room Full Of Eyes” i „Chinese Whispers”. Coś mi mówi, że „Option…” będzie sukcesem większym niż „Ire…”. Promocja Season Of Mist działa świetnie, pisze się o płycie bardzo dużo, a materiał naprawdę wart jest posłuchania. Steve Evetts odpowiadał za brzmienie po raz kolejny, z pomocą Bena Weinmana. Miałem przyjemność uciąć sobie z nim ponad 30-minutową rozmowę, która w całości pojawi się w serwisie Muzyka.onet.pl, a we fragmentach zagości również na moim blogu. Z kolei już można się zapoznać z wcześniejszą konwersacją z Sakisem Tolisem z Rotting Christ, którą opublikowały chłopaki z Musicnews.pl. Warto choćby dlatego, co Sakis mówi o Polsce i Polakach ;-))
%d blogerów lubi to: