Archiwum

Posts Tagged ‘Decapitated’

Metalowcy z pomocą dla Covana

 

Za mną już chyba ostatni (a może jeden z ostatnich koncertów w 2011 roku, czyli Morbid Angel, wraz z Necrophobic oraz Benighted. Wiem, że grał jeszcze Nervecell ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, o ile dobrze pamiętam, lecz przyjechałem za późno i na ich występ się nie załapałem. Benighted chwilkę owszem obejrzałem. Łoili niemalże grindowo.

Czytaj dalej…

Reklamy

Zimna broń i gorące kobiety

Newsika dostałem od pewnej miłej pani, której małżonek ma zespół rockowy. Otóż i rzeczony (news, nie małżonek) poprzedzony przez okładkę płyty:

Pochodząca z Iwonicza Zdroju  formacja Day To Come wydała właśnie debiutancki album „Lilies: The Heroic Story Of Love And Drama”, będący rockową opowieścią o miłości, zbrodni i grzechu.

Płyta składa się z 12 piosenek utrzymanych w stylistyce, którą sami muzycy nazwali love hard rock. Została nagrana w studiu New Project Production pod okiem Krzysztofa Maszoty, cenionego realizatora dźwięku (m.in. Behemoth, Kasia Cerekwicka, Molesta). Mastering płyty miał miejsce w amerykańskim studiu Marcussen Mastering Studios. Gościnnie w jednym z utworów zagrał Wacek „Vogg” Kiełtyka, lider zespołu Decapitated. Zarówno produkcję, jak i wydanie płyty zespół zrealizował samodzielnie. Na uwagę zasługuje wyjątkowa, komiksowa oprawa graficza autorstwa Grzegorza „GiP’a” Pawlaka, oddająca historię opowiedzianą w piosenkach.

„Album ma charakter koncepcyjny, przedstawia historię bohaterów żyjących w mrocznej, zbrodniczej rzeczywistości. Jedyne, na czym mogą polegać, to zimna broń i gorące kobiety. W koszmarnym i krwawym mieście Perditia City przeżywają swoje dramaty i miłości, szukają lepszego jutra, dnia, w którym wszystko ulegnie zmianie – stąd nazwa zespołu” – mówi Andrzej „Andy” Mitas, wokalista Day To Come.

Muzyka dostępna jest na oficjalnej stronie zespołu www.daytocome.com i na oficjalnych profilach formacji na portalach:  Facebook (www.facebook.com/daytocome) oraz MySpace (www.myspace.com/daytocome). Oryginalne płyty z unikatową numeracją wkrótce trafią do sklepów muzycznych. Już dziś można je kupić poprzez stronę zespołu.

Dodatkowe info:

Zespół istnieje od 2008 roku. Pełny skład ukształtował się w 2010 roku:

Andy – wokal

Gad D.  – gitary

Nail – gitary

Rafael – bas

Adam – perkusja

Day To Come wystąpił na międzynarodowym festiwalu „Krushfest 2010”, którego gwiazdą był Tim „Ripper” Owens (ekswokalista Judas Priest). Debiutancki album zespołu był płytą wieczoru w audycji „Rock Radio” w Radiu Rzeszów.

Kontakt: info@daytocome.com, +48 696 422 776

WWW: www.daytocome.com, www.facebook.com/daytocome, myspace.com/daytocome

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Tyle oficjalne info od miłej pani Katarzyny po niewielkim retuszu, a teraz parę refleksji ode mnie. Płyty przesłuchałem bodajże sześć razy. Rzadko mi się zdarza mieć czas aż na tyle, lecz szczęśliwie ze wszystkimi zleceniami uwinąłem się szybko i mogłem słuchać „na okrętkę”. Na pewno warto. Z pewnością też określenie love hard rock jest nie do końca uprawnione, lecz nie mogę ani ja, ani nikt inny odbierać artyście prawa do nazywania swojej sztuki, jak mu się żywnie podoba. Na moje ucho to więcej tu jest grania dość blisko sąsiadującego z progresem pokroju Pink Floyd, Marillion z okazjonalnymi prostszymi łupnięciami hardrockowymi, podpartymi prostym, soczystym riffem gitary.

Andrzej ponoć mówi po angielsku biegle i w Anglii nawet mieszkał, ale musi nabrać takiej maniery wokalnej, która nie wskazywałaby na jego słowiański rodowód. Inaczej, na Zachodzie na razie bym tego za mocno nie promował. Zbyt ta słowiańskość rzuca się w uszy. Titus ma taką wymowę, gdy śpiewa, że spokojnie można go wziąć za obcokrajowca. Podobnie Guzik z Flapjacka. Ale to jest spokojnie do wypracowania, więc Andrzeju nie panikuj 😉

Dynamiki brzmienia nie będę się czepiał, bo wiem, że Day To Come finansowali album sami, a gdyby mieli nieco więcej w sakiewce, to „Lillies…” ciąłby uszy aż miło. Vogg zagrał fajne solo w kawałku numer 10, czyli „As The Angels Used To”.  Na więcej ciepłych słów zasłużył Tomasz Łosowski, syn Sławomira (ongiś Kombi), który podłożył fajne, solidne bębny na całej płycie. Klasa bębniarz, o którym mówi się i pisze stanowczo za mało. Ale sądzę, że ze zleceniami problemów nie ma, a może rozgłosu wokół siebie za bardzo nie potrzebuje, pomny na to, co działo się, kiedy jego tata z Kombi szalał na listach. Dopiero studiując booklet skojarzyłem, że o zmarłym tragicznie kilka lat temu perkusiście Tomku Filu Górawskim pisałem jeszcze w czasach onetowych. Nie wiedziałem tylko, że bębnił również w Day To Come…

Powala oprawa graficzna. W starym komiksowym stylu, z mocną czarną kreską, silnie erotyczna, bo w końcu opowieść o miłości jest 😉  Grzegorz Pawlak wykonał kawał świetnej pracy. Tyczy się to nie tylko okładki i bookletu, lecz również niewielkiego plakatu, flyera, czy jak tam DTC chcą to zwać.  Chyba widziałem jakiś czas temu film animowany w podobnej kolorystycznej tonacji, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć tytułu (na pewno nie było to „Persepolis”). Klimat oprawy jest pożenieniem Dzikiego Zachodu, ekranizacji kryminałów Chandlera, „Sin City” i skid row, czyli brudnej, niebezpiecznej dzielnicy w USA 🙂 Zawodowi wykonawcy, mający ikskrotnie wyższe budżety na płyty z reguły ograniczają się do sztampy – CD, digipack z teledyskiem i remiksem, ewentualnie DVD z making ofem, wywiadem, itp. A tu debiutująca kapela i takie piękne wydanie. Dobrze to wróży, bo oznacza, że Day To Come zdają sobie sprawę, iż w tej branży ma znaczenie to, jak cię widzą. Jeśli tylko dokonają pewnych korekt i znajdą sensownego wydawcę, uzbierają więcej pieniążków mogą znaleźć to lepsze jutro, do którego jadą stylowym amerykańskim samochodem bohaterowie promocyjnego komiksu na niewielkim plakacie. Gdyby Riverside, Votum, Division By Zero, Disperse, Osada Vida lub tym podobni, których w Polsce nie brakuje, poszukiwali supportu na trasę, polecam kontakt z Day To Come.


Kategorie:Muzyka Tagi: , ,

My Favourite Colour is…

…Living Colour! Znowu w Polsce! Yeah! I to w moim rodzinnym mieście. Radość wielka będzie 29 stycznia 2010. Zwłaszcza, że będą promować absolutnie znakomity album „The Chair In The Doorway” (w Polsce Mystic Production). Ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki ci faceci bawią się konwencjami. Lekko, swobodnie ze zwinnością radzieckiej gimnastyczki sportowej skaczą z rocka w soul, z soulu w funky, pohałasują trochę elektronicznie, rozhulają tanecznym pulsem, pojazzują, rzucą coś w reggae albo, ku zaskoczeniu, zagrają po prostu prostą rockową piosenkę. Corey, Vernon, Doug i Will z upływem czasu nic nie tracą na jakości jako muzycy. Wprost przeciwnie, oni są coraz lepsi. Nie wiem, jak to robią, ale to robią.

 Bardzo mnie do siebie przekonując każdą płytą. To nie jest prosta sprawa, aby startując od takiego arcydzieła, jakim bez wątpienia był „Vivid”, zachować poziom i klasę na następnych produkcjach. Living Colour nigdy nie zawodził. Pamiętam, jak dość mocno mieszano z błotem „Stain”. Tylko niech ci, którzy to robili, pokażą mi zespół, który w tamtym czasie nagrywał takie perełki, jak „Leave It Alone”, „Ignorance Is Bliss” czy „Nothingness”. „Collideoscope” sukcesu nie odniósł, a przecież było na nim kilka fantastycznych numerów – „Holly Roller” czy wzruszająca ballada „Flying”. O kapitalnych coverach AC/DC i The Beatles nawet nie wspominam. Living Colour już od „jedynki” słynęli z doskonałych przeróbek, a najbardziej spośród nich zapadła mi w pamięć ultraszybka wersja „Should I Stay Or Should I Go” The Clash.

Living Ze smutkiem przeczytałem, że „The Chair In The Doorway” w pierwszym tygodniu sprzedał się w USA w niewiele ponad 2 tys. egzemplarzy (nasz Behemoth ponad dwa razy tyle). Świat ewidentnie schodzi na psy. Nie docenić takiego albumu… Trudno mi to pojąć. W tych kilkunastu krótkich piosenkach jest tyle fajnej treści, że trudno się nie zachwycić. Bycie ambitnym nie jest dziś opłacalne. Szczęśliwie Living Colour to doskonali muzycy, którzy wcześniej zarobili na trzeci filar i dziś mogą robić to, co chcą, mając gdzieś mainstream.

 Jednym z milszych wspomnień mojej wywiadowczej kariery na pewno pozostanie rozmowa z Vernonem na kilka tygodni przed koncertem w Stodole. Byłem zszokowany tym, jakie ten facet ma szerokie horyzonty muzyczne. Gdy wymienił jako jednego ze swoich ulubionych gitarzystów gościa z Necrophagist, myślałem że robi sobie ze mnie jaja. Nie robił. Oglądanie go w akcji powinno wejść do programu obowiązkowego w klasach gitary w szkołach muzycznych. Zresztą trójki jego kolegów z LC również. „The Chair In The Doorway” to dla mnie z pewnością ścisła czołówka płyt 2009 roku. Mam nadzieję, graniczącą dość blisko z pewnością, że koncert nowojorczyków będzie w szpicy przedniej moich wydarzeń artystycznych roku następnego.

 Charlie_WinstonDobrze, że w majorsach pozostało kilku, dosłownie, ludzi, którzy znają się na swojej robocie i na muzyce. Rzecz jasna, muszą lansować masę gównianej muzyki, aby słupki sprzedażowe utrzymały się na przyzwoitym poziomie, zachodni właściciel nie dostał piany i nie pozwalniał załogi. Ci kumaci z majorsów wiedzą, kiedy trafia w ich ręce wartościowa muzyka. Jakieś dwa z hakiem miesiące temu, będąc w siedzibie polskiego Warnera poznałem po raz pierwszy twórczość Charliego Winstona. Mariusz Lipiński, człowiek od Warnerowej promocji (bez dwóch zdań jeden z najlepszych w te klocki spośród wszystkich, jakich spotkałem na swej drodze), był tą osobą, która powiedziała mi: „Zwróć uwagę na tego faceta”. Pokazał mi wtedy klip do piosenki „Like A Hobo”. Niechlujnie ubrany koleżka, taka uwspółcześniona wersja Toma Waitsa/Nicka Cave’a/Scotta Walkera z wibrującym głosem trochę a la Anthony Hegarty, zrobił na mnie wrażenie. Ale wiadomo, po jednej piosence trudno kogoś oceniać. Dziś już jestem mądrzejszy, bo album „Hobo” poznałem w całości. I Mariuszowi niech będą dzięki po stokroć!

 Charlie pewnikiem będzie śledzony przeze mnie uważnie, bo talent ma nieprzeciętny, głos przejmujący, zdolności do aranżacji imponujące. Czego to nie ma na jego krążku – fortepian, klawisze, harmonijka, kontrabas, skrzypce, altówka, wiolonczela, puzon, dulcimer, Hammondy, jest i próbka beatboxu. Poza tym oczywiście gitary, bas i perkusja. Sporo, nieprawdaż? Ale całość jest tak zmyślnie pukładana, że nie ma mowy o barokowym przeroście, czy chaosie. Charlie dobrze śpiewa, wiele emocji potrafi przekazać głosem, głównie niestety tych smutnych. Fajnie wychodzą mu skoczne, wręcz taneczne piosenki, a także wolno płynące ballady z towarzyszeniem fortepianu, czy podniosłe piosenki (fenomenalne „Boxes”!). Jest jeszcze jedno – teksty Charliego są o czymś. Prawda, do pośmiania się nie ma w nich za wiele, żal, gorycz, zawód, tęsknota czają się pod każdą niemal linijką, ale nie żyjemy w świecie, który nie rozpieszcza nas radościami, więc taki szczery i prześlicznie podany przekaz powinien trafić do wielu. Tylko trzeba dać Charliemu szansę, więc marsz do sklepów! Straszną przyjemność sprawia mi słuchanie i recenzowanie takich płyt. Mariusz, dzięki raz jeszcze i czekam na kolejne rekomendacje 🙂

 yelloCzęść muzyczna trzecia i przedostatnia postu, i kolejne wydawnictwo, które powinno dać wiele radości. W szczególności tym, którzy zatykają uszy, gdy puszczają Lady GaGę, itp. „Touch Yello” szwajcarskiego Yello to ciekawy, wyrafinowany pop z domieszką jazzu, smooth jazzu, tanecznych rytmów, ambitnej elektroniki, ambientu. Niezwykle starannie zaaranżowany przez Borisa Blanka, z udziałem znakomitego jazzmana Tilla Brönnera, który kilka piosenek świetnie ozdobił swoją trąbką, rodaczki Borisa i Dietera Meiera, mało znanej u nas Heidi Happy (wizualnie pani/panna kojarzy mi się trochę z Sherylin Fenn, czyli niezapomnianą Audrey Horne z „Miasteczka Twin Peaks”). Do tańca jest niewiele, do przytulania całkiem sporo. Ale jesień mamy póki co chłodną, więc „Touch Yello” może okazać się całkiem dobrym podkładem.

 voggStało się. Vogg dotrzymał słowa i Decapitated wróci na scenę w 2010 roku. Gitarzysta będzie jedynym oryginalnym członkiem odrodzonego zespołu, bezsprzecznie jednego z najciekawszych deathmetalowych wykonawców w historii gatunku. Covan niestety wciąż walczy o zdrowie, z niewielkimi póki co efektami, Vitka nie ma już z nami, Martin założył rodzinę w USA. Oprócz koncertów ma być również płyta. Zanim doszło do tragedii, która zabrała z tego świata Vitka i przykuła do łóżka Covana, Decapitated mieli podpisane papiery z Nuclear Blast i – o ile pamięć mnie nie zawodzi – materiał na następcę znakomitego „Organic Hallucinosis”… Zwykle do powrotów odnoszę się z rezerwą, ale tym razem czekam niecierpliwie na to, co z tego wyjdzie. Licząc, że wyjdzie wyłącznie coś wyjątkowo dobrego.

 Gdyby nie ten cholerny wypadek Decapitated mógł już być w miejscu, w którym teraz jest Behemoth. Zwłaszcza, że miał znacznie bardziej kreatywnych i lepszych warsztatowo muzyków. Wiadomo, że miejsce Vitka zajmie Austriak Kerim „Krimh” Lechner. Resztę składu Vogg ogłosi pod koniec roku. Dobra wiadomość jest taka, że menedżmentem Decapitated będzie firma Hard Impact Music, w której działa wokalista Kataklysm (i przemiły człowiek) Maurizio Iacono. Gość zna się na tym biznesie, zna się na death metalu, więc od tej strony wszystko powinno się ułożyć, jak trzeba. Mocno trzymam kciuki za Vogga i zespół.

gottland Wpadłem może na mało odkrywczy, ale dający mi wiele radości pomysł – postanowiłem uzupełnić luki w literaturze współczesnej, w której zapuściłem się niemiłosiernie. Aż mi wstyd. Kupowanie zaległych tytułów szybko spowodowało by moje bankructwo, ale na moje szczęście okazało się, że moja osiedlowa biblioteka jest skarbnicą współczesnej polskiej książki. Na pierwszy ogień poszedł nagradzany wielokrotnie „Gottland” Mariusza Szczygła. Jeszcze kilka stron do końca zostało, ale od mniej więcej 10 wiedziałem, że to pozycja wybitna. Warto przeczytać, bo dotyczy Czech/Czechosłowacji, czyli terenów bardzo blisko Polski położonych. Historia firmy Bata jest po prostu niesamowita, podobnie Lidy Baarovej, kochanki Goebelsa. Gorąco polecam.

 saffronRównie gorąco polecam obraz „Shrink”, u nas wyświetlany pod kretyńskim tytułem „Całe życie z wariatami”. Myślę, że lepiej sprawdziło by się bardziej dosłowne tłumaczenie, bo „shrink” to w USA psychoterapeuta, po prostu. Kevin Spacey w roli głównej, mistrzowski jak zawsze. Jest sporo do śmiechu, takiego szczerego, głębokiego, i takiego przez łzy. Fajnie, i chyba wielce wiarygodnie, pokazany jest światek filmowy. Mało, ale za to konkretnie, gra Robin Williams, który nie chce się przyznać, że ma problemy z alkoholem. No i śliczna w takim starym dobrym stylu Saffron Burrows (choć śliczniej wyglądała w „Angielskiej robocie”).

 mahacekA jak ktoś chce więcej śmiechu, to trzeba obejrzeć „Do Czech razy sztuka”. Jiri Machacek, i wszystko jasne 🙂 Ten aktor jest stworzony do takich ról. Końcówka może nie do końca wyszła Janowi Hrebejkowi, ale generalnie ocena jest co najmniej dobra. Czemu u nas nie potrafią zrobić takiego filmu?! Za naszą południową granicą mam wrażenie, że obrazów na tym poziomie powstaje kilka rocznie. U nas trafi się jeden na kilka lub więcej lat. No, ale jak pakuje się pieniążki na durne seriale i jeszcze durniejsze tak zwane komedie, do obsady dodaje niekoniecznie tych, co umieją grać, lecz koniecznie takich, których jedyna zaleta, to ładniutki wizerunek, to nie ma co się dziwić, że Czesi pod względem filmowym od lat biją nas na głowę…

%d blogerów lubi to: