Archive

Posts Tagged ‘Death Angel’

Metalfest – już 27 zespołów na polskiej edycji!

Za cztery miesiące odbędzie się pierwsza polska edycja metalowego festiwalu Metalfest. Line-up przyrasta niczym masa ciała bohatera dokumentu „Supersize Me”, który ostatnio miałem okazję oglądać. Nie powiem, że przyjemność, bo bym przesadził 😉

Czytaj dalej…

Outsiters Part 1

Nie, nie ma żadnego błędu, nic mi się nie pomieszało. „Outsiters” będzie cykliczną nazwą postów, w których będę pokrótce opisywał płyty, filmy, które nie znajdą się na site’ach, na których zazwyczaj pojawiają się moje teksty. Innymi słowy, nie chciano, abym dane tytuły recenzował i mi za nie wybecalować fortunę (rzecz oczywista;-)). W większości będą to zachęty do zapoznania się z wydawnictwami, które uważam, że warte są poświęcenia czasu. Ale nie braknie też takich dzieł, które niestety przyniosły rozczarowanie.

W części pierwszej „Outsiters” do takich zalicza się, co piszę z wielką przykrością, „Relentless Retribution” Death Angel. Nudna ta płyta, przydługawa. Panowie za bardzo kombinują tam, gdzie kombinować nie trzeba, przedłużają piosenki, czyniąc je dla słuchacza nużącymi. Oczywiście, że Death Angel wciąż gra dobry thrash metal, lecz po twórcach „Act III” spodziewać się musimy więcej. „Truce”, „Absence Of Light” i jeszcze jedna kompozycja, której tytułu w tej chwili nie pomnę, to za mało. Na koncertach wciąż fajnie wypadają, ale skład już nie ten i najwyraźniej w tym nowym nie do końca żre w sensie kreatywności.

Zupełnie inna bajka to „Wonderlustre” Skunk Anansie. Szkoda, że nie miałem okazji wylania rzeki pochlebstw w recenzji dla źródła o większej oglądalności niż „Buszujący…” 🙂 A zrobiłbym to z wielką ochotą, bo to jeden z najlepszych comebacków, jakie słyszałem w życiu. Mniejsza o to, czemu akurat teraz się dogadali i co nimi kierowało. Moc w tej płycie jest przepotężna, a za riff do „My Ugly Boy” Ace’owi dałbym wszystkie rockowe nagrody muzyczne, które wymyślono. Numer bez dwóch zdań stanie się evergreenem Skunk Anansie, obok tych wielkich piosenek nagranych kilkanaście lat temu. Na Open’erze nie mogłem być i ich obejrzeć, ale liczę mocno na to, że Anglicy zostaną wkrótce zaproszeni do Polski ponownie. Wtedy za nic nie przegapię okazji zobaczenia.

Marzy mi się również koncert Linkin Park. Kiedyś się z nich wyśmiewałem, później zacząłem zmieniać zdanie, a dziś uważam ich na jeden z najciekawszych i najodważniejszych zespołów rockowych. Sorry, dla mnie LP metalowe ciągotki miał może na dwóch pierwszych płytach. Potem to było bardziej rockowe, rockowo-hiphopowe granie, aż do „A Thousand Suns” właśnie. Trzeba mieć jaja, żeby tak mocno skręcić z drogi, po której się bezpiecznie jechało tyle lat, zarabiając krocie. Ale Rick Rubin skutecznie wmówił panom, że jak opchnęli ponad 50 mln płyt, to sobie mogą robić co chcą. I zrobili. Zrobili płytę elektroniczną, dość minimalistyczną i leniwą, z kilkoma żywszymi momentami, choćby „When They Come For Me”, i ślicznymi balladowymi melodiami (choćby „Robot Boy”). Podejrzewam, że nawet die-hard fani LP mogą mieć problem z akceptacją materiału, bo naprawdę daleko odbiega od tego, do czego Amerykanie zdążyli przyzwyczaić. To bardziej podkład do futurystycznego filmu, gry komputerowej (jeden numer faktycznie został w niej wykorzystany), na randkę robotów, mających w sobie ludzkie odruchy i słabość do naszej cywilizacji 😉  I wchodzi nie za pierwszym razem. Przez trzy przesłuchania zastanawiałem się, czy ich nie pop… o dokumentnie, a od czwartego zastanawiałem się, jak to możliwe, że wcześniej nie odkryłem wspaniałości tego krążka.

„Wonderlustre” to nie jedyny wielki powrót w 2010 roku. Kolejny, tym razem z metalowej półki, to „Blood Of The Nations” Accept. Zupełnie w wątpiłem w możliwość nagrania przez Niemców czegokolwiek sensownego, a jak się dowiedziałem, że z projektu wypisał się Udo Dirkschneider, to położyłem na Accept krzyżyk i życzyłem powodzenia. Okazało się jednak, że Mark Tornillo to klasowy wokalista i tym razem nie będzie takiej wtopy, jak w przypadku „Eat The Heat” i Davida Reece’a. Szkoda, że panowie Wolf Hoffmann, Herman Frank, Peter Baltes i Stefan Schwarzmann nie byli w stanie dogadać się z Udo, lecz strata jest tylko po stronie wokalisty. Bo byli koledzy nagrali więcej niż solidny materiał, z dobrym, rasowym wokalem i ze świetnym, mięsistym brzmieniem, które „wykręcił” Andy Sneap. Może do żelaznej klasyki Accept tym 12 piosenkom trochę brakuje, ale słuchanie riffów Wolfa Hoffmanna to naprawdę spora radość dla zwolenników klasycznego heavy metalu. Nie mogę się doczekać koncertu, który odbędzie się na początku lutego. Coś czuję, że frekwencja będzie potężna, a show powalający.

W następnej części „Outsiters” na pewno między innymi o nowej polskiej grupie Daytocome, a  może zdążę coś skrobnąć także o Adren’N’Alin, Newest Zealand i Jazzpospolita oraz Tank i SBB.

Cool old school Titans

Męczący fizycznie był ten weekend, ale bogaty w wiele miłych spotkań (podziękowania dla warszawskiej ekipy, ze szczególnym uwzględnieniem przemiłych pań ;)) i parę koncertów.

Podczas „United Titans” w krakowskim Studiu średnia wieku była znacznie większa niż na innych koncertach metalowych (Adamie Ś., dzięki za wjazd!). Nic dziwnego. Weteranów z Deicide, Pestilence i Death Angel poznawali jako nastoletnie szczenięta dzisiejsi późni 30-latkowie, wcześni 40-latkowie. Frekwencyjnie było przyzwoicie choć bez szaleństw, ale za to temperatura reakcji bardzo wysoka. Starzy fani metalu czekali głównie na Pestilence i Death Angel. Obydwie kapele nie zawiodły i przyjęto je gorąco. Niestety, przyszedłem zbyt późno, aby zobaczyć Vadera czy Virgin Snatch. Załapałem się na Marduk, ale zdecydowanie bardziej wolę ten zespół z płyt niż na koncertach. Wracając do Pestilence, wiara gromko skandowała ich nazwę, ku wielkiej uciesze muzyków, którzy nagrywali fanów na kamerę i zapewniali, że wykorzystają to na DVD. Patrickowie – Mameli i Unterwijk – w dobrej formie, ale największą klasą i szaleństwem błysnął basista Jeroen Paul Thesseling, który na sześciostrunowym instrumencie wyczyniał cuda. Słowo daję, że niewiele razy słyszałem bas równie dobrze nagłośniony. A facet latał po całej scenie, wszędzie było go pełno. Sporo kawałków było z dwójki, parę z jedynki, za dużo numerów ze słabej „Resurrection Macabre”. Zobaczymy, jaka będzie zapowiadana na 2011 rok „Doctrine”.

Unterwijk po koncercie wyszedł do ludzi, było sporo próśb o zdjęcia i autografy. Chłop wyglądał na mile zdziwionego takim zainteresowaniem. Gdyby Pestilence przyjeżdżał wcześniej i częściej, to by nie był. Mark z Death Angel też chodził sobie po klubie, miły, serdeczny, uśmiechnięty, chętnie pozował do zdjęć, cieszył się, że ludzie się cieszą, iż Death Angel przyjechał dla nich zagrać. Fajnie zagrali, choć brzmienie było takie sobie (Pestilence też mógłby mieć lepszy sound). Deicide, jak to Deicide. Deathmetalowa maszyna do zniszczenia, która przejechała po ludziach jak walec. Glen Benton coraz obszerniejszy, Jack Owen taki sympatycznie miśkowaty, ale łoją niemiłosiernie. Mam nadzieję, że będzie kolejna edycja tej imprezy. Nie żałuję, że odpuściłem finał Ligi Mistrzów, zwłaszcza że wygrał nie ten klub, co trzeba J (w sumie żaden nie był właściwy, ale z dwojga złego wolałem BM niż tego nadętego bufona).

Pozostanę jeszcze na chwilę w kręgu metalu, bo właśnie ukazał się „Omen”, nowy album Soulfly. Do Maxa Cavalery zawsze będę miał wielki szacunek za to, co zrobił i za to jaki jest w stosunku do ludzi. Miałem okazję spotykać go w Polsce parę razy i choć widać było, że jest niesamowicie zmęczony, nigdy nie odmówił rozmowy, zawsze z szacunkiem podchodził do każdego, kogo interesowała muzyka jego zespołu.

„Omen” to płyta dobra i ciekawa z powodu mocno punkowo-hardcorowego brzmienia, którego chyba nikt się nie spodziewał. Max wybrał Logana Madera zamiast Andy’ego Sneapa i na pewno nie będzie żałował tej decyzji. Tak samo nie będzie żałował zaproszenia do studia Grega Puciato i Tommy’ego Victora. Nagrane z nimi kawałki są naprawdę bardzo dobre. Zresztą, większość numerów na albumie taka jest. Limitowana edycja zawiera trzy covery, w tym dwa – Sepultury i crossoverowego Excel, nagrane z synami Maxa na perkusji (Zyon gra w „Refuse/Resist”, Igor w „Your Life, My Life”). Całkiem ciekawie prezentuje się instrumentalna wersja Zeppelinowskiego „Four Sticks”. A w Excel, jak sprawdziłem, na wieśle grał Adam Siegel, który potem wymiatał w Suicidal Tendencies i Infectious Grooves, a dziś jest cenionym producentem i inżynierem dźwięku.

Limit „Omen” zaopatrzony jest też w skromne DVD z klipem do „Unleash” (całkiem niezłym, jak na współczesne standardy metalowe) i dobry koncert z With Full Force 2009.

W końcu posłuchałem nowego projektu Nicke Anderssona (eks-Entombed, eks-The Hellacopters i w pierony innych wykonawców) – Imperial State Electric. Jak napisał sam Nicke – grają powerpop z naciskiem na power, na rock i na roll. Imperial State Electric opisuje się jako brakujące ogniwo pomiędzy The Beatles a Alice Cooperem albo most łączący The Byrds z Sex Pitsols. Ja napiszę, że to zajefajny rock z wykopem i mnóstwem pozytywnej energii. Zresztą, co będę opuszki ścierał po próżnicy, posłuchajta se sami TUTAJ.

Mało Wam radości od Nicke i Imperial State Electric? No to sięgnijcie po odhibernowany przy użyciu współczesnych narzędzi studyjnych rock and roll rodem z lat 50. i 60. XX wieku, przy którym babcie i mamy szurały obcasami po parkiecie i zadzierały kiecki nieco powyżej kolan, czyli wysoko, jak na ówczesnej standardy. Ów retro rock and roll grają Niemcy z The Baseballs. Nie tak dawno ukazała się w Polsce ich płyta „Strike!” (Warner Music Poland), którą polecam. Bejsboliści grają współczesne popowe covery w stylu retro i robią to naprawdę niezwykle sympatycznie. Nic dziwnego, że płyta spotkała się z ciepłym przyjęciem w wielu krajach, złotem i platyną się pokrył. Panowie kręcą fajne wideoklipy, czego dowód mamy chociażby TU.

Jeśli ktoś ma dość rockandrollowych szaleństw, chce się zadumać, wyciszyć, wprowadzić w refleksyjny nastrój, polecam gorąco debiut płytowy Karen Elson, małżonki Jacka White’a, która do niedawna była znana raczej tym, którzy interesują sie modą. Ale w przeciwieństwie do na przykład Agnieszki Maciąg Karen udowadnia, że naprawdę ma papiery na zajmowanie się muzyką. Płyta „The Ghost Who Walks”, wyprodukowana przez męża, to piosenki głównie spokojne, brzmiące starodawnie wręcz, słychać oldschoolowe klawisze, na których zapewne gra Jack. Karen może nie jest wokalną mistrzynią świata, ale śpiewać umie i to całkiem nieźle. Wspominałem o tej płycie na Facebooku coś koło tygodnia temu. Od tamtej pory posłuchałem jej jeszcze kilka razy i zdania nie zmieniam – to jedno z milszych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Chciałbym usłyszeć kiedyś Karen na żywo. Scena i bezpośredni kontakt z fanami weryfikują wszystko. No i zobaczyć tak śliczną rudowłosą w realu to byłoby przeżycie ;)) Zdjęcia robią Karen naprawdę niezłą reklamę 😉

Materiałów do oglądania/słuchania przybyło trochę i można się spodziewać, że w dość bliskiej przyszłości podzielę się swoimi odczuciami na temat Pendulum, Lostboya (Jim Kerr z Simple Minds), Stone Temple Pilots, norweskiego Donkeyboy, nowego Nightwish, czyli fińskiej kapeli Indica, ścieżki dźwiękowej do dokumentu o The Doors „When You’re Strange” (narratorem jest Johnny Depp).

%d blogerów lubi to: