Archive

Posts Tagged ‘Black Label Society’

Stodoła płonęła

Zakk Wylde z pracownikami z firmy Black Label Society napakowali Stodołę do takich granic, że klub niemalże palił się od gorących głów maniakalnych fanów. Chyba nigdy w tym miejscu nie widziałem takich tłumów. Dziwić się jednak nie można. W końcu zawitał do nas jeden z najwybitniejszych gitarzystów z szeroko pojętego kręgu ciężkiego grania.

Krótko – warto było. Choćby dlatego, by zobaczyć, jak na wieśle gra mistrz. Także dlatego, by przekonać się, że Zakk ma w Polsce wielbicieli, którzy wykrzykiwali wpiekłogłosy teksty piosenek i gotowali Amerykanom tak głośne owacje po każdym numerze, że Wylde niczym King Kong walił się w geście dziękczynnym w dużą klatę. Również z tego powodu warto było do W-wy się wybrać, żeby usłyszeć miażdżące w wersji live „Fire It Up”, „Godspeed Hellbound”, „Overlord”, czy „Suicide Messiah” i zobaczyć szeroki uśmiech Johnny’ego Kelly’ego, gdy wiara odśpiewywała mu gromkie sto lat. Swoją ścieżką, ekspałkera TON widziałem w tym miejscu po raz trzeci, za każdym razem z innym pracodawcą 🙂 Poza nieistniejącymi już twórcami „Bloody Kisses” również z Danzigiem.

Czytaj dalej…

Zakk Wylde & „serialowa tragedia”

Znów szybkie wejście. Tym razem muzyczno-fimowe, a ściślej muzyczno-serialowe. Na początek pochwalę się. Wywiad z Zakkiem Wylde’em, przeprowadzony przed koncertem Black Label Society, a który delikatnie zajawiałem na BWM jakiś czas temu, znalazł swój dom w serwisie Era Music Garden (thx JS!) i można go przeczytać na tej stronie. Mam nadzieję, że znajdę się na tym koncercie, bo chciałbym mistrza zobaczyć w akcji po raz pierwszy. Nie wiem, jak to możliwe, ale tak właśnie jest 😉

Czytaj dalej…

W poszukiwaniu straconego czasu :)

Chwila wytchnienia, gra Blonde Redhead „Penny Sparkle”. Ciekawie dość gra, ale jeszcze chwilę potrwa zanim będę gotowy do zrecenzowania. Wracam więc na krótko do buszowania w innym morzu dźwięków. Pochwalę się kolejnymi doniesieniami na temat projektu „Music Master: Chopin”. Tym razem wieści dotyczące dystrybucji opublikował tuż po podpisaniu umowy „CD Projekt” i znajdziecie je na przykład na tej stronie. Pojawił się też w TVP (jeden z patronów medialnych) kolejny materiał wizualny, do obejrzenia pod tym linkiem. Wypowiada się Radek Chwieralski, główny aranżer kompozycji do gry. W tle można usłyszeć jeden z utworów z części rockowej, który znajdzie się zarówno w grze, jak i na ścieżce dźwiękowej.

Płytowych zaległości trochę się narobiło przez okres absencji piśmienniczej. Postaram się więc nadrobić w skrócie okołotelegraficznym 🙂 Zacznę wedle chronologii pisania i publikowania recenzji od Black Label Society. „Order Of The Black” to tytuł krążka, którego recenzję dla Megafonu.pl zacząłem tak: „Artysta kalibru Zakka Wylde’a z pewnością marzy o nagraniu płyty dziejowej. Jeśli chodzi o jego własny zespół, na razie kończy się tylko na marzeniach”. Album oczywiście przyzwoity, grze Zakka niczego zarzucić nie można, ale do poziomu „Stronger Than…” czy „Mafii” brakuje sporo. Swoje wrażenia skonkludowałem zaś następująco: „Reasumując, jest trochę lepiej niż dobrze, co oznacza, że Zakk będzie jeszcze musiał poczekać na swoje epokowe dzieło z Black Label Society. Może to i dobrze. Przynajmniej ma do czego dążyć, a my słuchając tych jego dążeń niejedną miłą chwilę przeżyjemy”. W Wylde’a wierzę niezmiennie, choć nie wiem, czy bez Ozza stać go na coś absolutnie i bezsprzecznie doskonałego. Pić przestał tyle, co do tej pory, wyleczył, co było do wyleczenia, z żoną i dziećmi pobył nieco dłużej, więc ma chłop czas, by skupić się na muzie.

Z zamieszaniem wokół Avenged Sevenfold i płyty „Nightmare” nie do końca wiedziałem, o co chodzi. Owszem, zmarł perkusista i tragedia jest to wielka. Ale AS to żaden wielki wykonawca, przecież. Faktem jest, że udało im się nieco oddalić od obciachowego emo punka, ale wycieczka w kierunku progresywnego grania à la Dream Theater (już eksbębniarz tychże, Mike Portnoy, dokończył nagrania z chłopakami), epickości Queen w połączeniu z mrokiem w stylu seriali „Buffy postrach wampirów”, „True Blood” czy serii „Zmierzch” udana jest średnio. To trochę tak, jakby słonia uczyć tańczyć na linie. Pewne rzeczy po prostu nie przejdą i panowie z AS muszą to  zrozumieć. Nie mam wątpliwości, że właśnie dzięki śmierci The Reva mieli pierwsze miejsce na „Billboardzie”, ale zauważcie, jak szybkie było pikowanie „Nightmare” w dół Top 200. Recenzję zakończyłem: „»Nightmare« to dużo wtórności, bardziej działanie na siłę, a nie naturalny rozwój. Taki romantyzm z Mc Donaldsa. Koncept albumy trzeba umieć tworzyć, a sztuka ta nie jest dana każdemu. Avenged Sevenfold na pewno nie”. Ale i tak boję się, że dalej będzie jeszcze gorzej.

Goo Goo Dolls to nie jest ten zespół, który omijałem z dużym dystansem, ale jakoś orbitowałem wokół niego w bezpiecznej odległości, tylko czasami pochodząc bliżej. Najbliżej oczywiście do znakomitej „Iris„. Na albumie „Something For The Rest Of Us” takich perełek nie znajdziecie, ale sporo jest niezmiernie fajnego rockowego, bezpretensjonalnego grania. John Rzeznik wciąż nieźle śpiewa, wciąż pisze niezłe teksty – proste i mądre. „Aranże są skromne. Goo Goo Dolls nie silą się na ogrom ozdobników. Stawiają na naprawdę fajny klimat” – to z recenzji, która znalazła się ostatecznie na Wirtualnej Polsce.

Horror punka pokochałem miłością bezkresną i trwam w tym uczuciu. Umacniają je takie kapele, jak na przykład Murderdolls, która powróciła po kilku ładnych latach udaną płytą. „Women And Children Last” to spleśniały miód na moje załojone uszy, coraz częściej grzęznące w alternatywie, nie zawsze wybitnej. „Pomimo blisko ośmioletniego rozbratu ze sceną Wednesday 13 i Joey Jordison nie zapomnieli jak pisać proste, krótkie, dynamiczne piosenki, zakorzenione w dokonaniach Misfits, Samhain, The Cramps, z melodyką wziętą od Kiss, Alice Coopera, Ramones. Do tego kawałki są ładnie oprawione w dynamiczne i lekko surowe brzmienie przez Chrisa »Zeussa« Harrisa (m.in. Hatebreed, Agnostic Front) i Jordisona” – napisałem w tekście dla Onetu, który znajdziecie pod tym odnośnikiem.

Również w serwisie Muzyka.onet.pl znalazło się miejsce dla recenzji nowej płyty Disturbed. „Asylum” to bodajże piąta z rzędu płyta grupy z Chicago, która zadebiutuje na szczycie listy „Billboardu”. Chylę czoła, aczkolwiek za pierona nie wiem, skąd to powodzenie Disturbed się bierze. Pewnie, łoją poprawnie, wokal ma charakterystyczny głos, choć ograniczył to skrzeczenie, niczym Indianin podczas zasadzki na blade twarze lub grubego zwierza. Wiem, naraziłem się w tym momencie młodszym melomanom, lecz nobody’s perfect, yours truly including 🙂 Zresztą, kilku już mi przyłożyło pod tekstem opublikowanym tutaj. Słucha się tego w porządku, ale żeby aż tak wpadać w zachwyt? Nie kumam, więc na żabę się nie nadaję.  A cover „I’m Still Haven’t Found What I’m Looking For” U2 średnio słaby.

Robert Plant zamiast leżeć sobie na plaży w ciepłych krajach, to albo wchodzi do władz klubu Wolverhampton, albo zaszywa się w studiu i nagrywa płyty, na których przypomina nam stare kawałki bluesowe, country, folkowe, zahaczające o gospel. Wolverhampton wciąż gra cienko i do Premiership mu daleko, ale wielki głos Led Zeppelin wciąż przeżywa renesans. Musi jednak uważać, by nie przesadzić z odkurzaniem muzycznych eksponatów. Bo „Band Of Joy” to druga z kolei, po świetnej „Raising Sand” z Alison Krauss, płyta z coverami. Wielce mi się podobająca, czemu dałem wyraz w opublikowanej na tej stronie recenzji, ale jednak wolę Planta takiego, jak na „Mighty ReArranger”, gdzie potrafił zaserwować korzennego bluesiora z mocną gitarą, a także pobawić się współczesną elektroniką. Marzę też, by choć raz zobaczyć go na żywo. O wywiadzie raczej mogę zapomnieć, choć niczego nie przekreślam. W końcu miałem kiedyś po drugiej stronie słuchawki Johna Paula Jonesa i nie zapomnę tego nigdy. W archiwum na stronie Muzyka.interia.pl powinna być do znalezienia. Wywiad dotyczył świetnej płyty „Thunderthief”.

Nadrabianie zaległości muzycznych zamykają nowe płyty Weezer i Volbeat. O ile Amerykanie nieco spuścili z tonu na „Hurley”, lecz mimo wszystko można ich słuchać z momentami nawet wielką przyjemnością, to Duńczycy na „Beyond Hell/Above Heaven” obniżyli poprzeczkę bardzo wyraźnie.

Rivers Cuomo to mądry facet i wie, czego fani Weezer oczekują i jak daleko może się posunąć. To mi wyszło nieźle: „Piosenki Weezer to nie jest lek na całe zło świata, ale z na pewno można je traktować niczym kulturysta anaboliki – masa naszego dobrego humoru dzięki nim znacząco się podniesie”. To w sumie też: „Patrzący z okładki Jorge Garcia, portretujący w serialu „Zagubieni” Hugo „Hurleya” Reyesa, ma na twarzy sympatyczny uśmiech. Słuchając krążka też będziemy go mieli”.Więcej w recenzji opublikowanej już na tej stronie.

Faceci z Volbeat mieli chyba jakiś wariant męskiego PMS-a w czasie prac nad „Beyond Hell/Above Heaven”, bo czasami dotykają na „Beyond Hell/Above Heaven” geniuszu, a mają też takie momenty, że z zażenowania po prostu człowiek zakrywa twarz albo ze zdziwienia łapie się za głowę. „Gdzieś zaginęła surowa rockowa moc charakterystyczna dla skandynawskich kapel. Energia nasycona jest dużą warstwą słodu, a spod całości wyziera wyrachowanie. Zniknęła urocza siermięga, na szczęście nie całkowicie” – stwierdziłem w recenzji. Które momenty są fajne? Poczytajcie, a potem mimo wszystko posłuchajcie: „»Heaven Nor Hell« to udany hołd dla hard rocka pokroju AC/DC z fajne wykorzystaną harmonijką, »16 Dollars« to coś pomiędzy skocznym rockabilly a »Ballroom Blitz« Sweet, »Who They Are« ociera się o dokonania Metalliki z okresu po »Czarnym albumie«, choć numer psuje kiepskawy refren. Mnóstwo uroku, niczym nie popsutego, ma żwawy »A Better Believer«”.

Niestety, nie napisałem jeszcze nic o Stone Sour, Tarji, Grindermanie, Underworld,  Accept, Iron Maiden, Acid Drinkers. Części materiałów po prostu nie słyszałem, a w przypadku pozostałych nie było zamówień, więc te za kasę miały pierwszeństwo. Ale o Iron Maiden, Accept, Acid Drinkers wspomnę na bank. A wkrótce przecież nowe krążki Killing Joke, Dimmu Borgir, o płycie Lordi też będzie.

„Repo Men”, film z Judem Lawem i Forestem Whitakerem omijajcie szerokim łukiem. Straszna nuda i nędza scenariuszowa. O wiele lepsze wrażenie zrobili na mnie czescy „Zoufalci”, co przetłumaczono jako „Desperaci”. Prawdziwy film o poważnych problemach żyjących współcześnie młodych ludzi z jednego miasteczka, którym obecna egzystencja w praskiej metropolii przestaje się podobać. Ciekawe typy ludzkie, geje pokazani nie nachalnie, odpychająco, lecz sympatycznie i paru sytuacjach zabawnie. A końcówka… Samo życie wręcz. Jest jeden wspólny wielki plan, przedyskutowane w szczegółach porozumienie, a gdy przychodzi do realizacji to… Zdradzał nie będę co, zobaczcie, warto. Obraz wyreżyserowała bliżej mi nieznana Jitka Rudolfová.

Nadrobiłem też zaległość z przeszłości w postaci „Piękności w opałach” Jana Hrebejka i chylę nisko czoła przed kunsztem mistrza. Wspaniała opowieść o kobiecie szukającej szczęścia i znajdującej je u boku starszego i bogatszego mężczyzny. Nie będącej jednak w stanie ulec zwierzęcemu urokowi seksualnemu eksmęża, z którym spotykać się jej wypada, bo mają razem dwójkę dzieci. W jednej z głównych ról Josef Abraham, czyli lubieżny Doktor Błażej z „Nemocnice na krai mesta” = „Szpitala na peryferiach”. Wspaniale główną rolę Marceli zagrała Anna Geislerová, której też jakoś nie mogę skojarzyć z innych czeskich produkcji. Choćby się waliło i paliło wybiorę się na „Czeski błąd” Hrebejka póki właśnie jest w kinach i nie spadł z grafiku wypchnięty przez jakąś pożal się boże polską komedię.

Well, wyszedł post długi, jak przemówienie Fidela Castro 🙂 Nic to, macie więcej do czytania w przerwie na kawę 😉 A wkrótce postaram się wrócić to częstszych i krótszych wpisów. Sleep tight :-> \m/

%d blogerów lubi to: