Archive

Posts Tagged ‘Accept’

Pełna Accept-acja

W uszach dzwoni mi niemiłosiernie! Dawno nie byłem na tak głośnym i jednocześnie tak doskonale brzmiącym koncercie. Accept zagrał wspaniale. Szkoda, że zaporowe ceny biletów (bo na pewno nie termin) spowodowały, że frekwencja daleka była od dobrej.  W 1986 roku nie mogłem ich zobaczyć, aczkolwiek parę miesięcy po tym, jak zagrali (według relacji starych metali, genialnie) w Spodku, zainaugurowałem swoje wyjazdowe koncerty od mocnego uderzenia, Iron Maiden w Zabrzu. Nie miałem szczęścia również w 1993 roku.

Do trzech razy sztuka. W krakowskim „Studiu” zabrakło Udo Dirkschneidera. Zbuntował się też mój nowy telefon, przez co zamiast zdjęcia z koncertu zamieszczam plakat. Łysawy, konusowaty bramkarz o wielce groźnym spojrzeniu wciągnął coś chyba nie tą dziurką, co trzeba albo zastrzyk wraził w niewłaściwy mięsień, bo zabronił mi patrzeć (sic!) na listę gości klubu, która leżała mi przed oczami, do tego zwrócona tak, aby wszystko można było spokojnie odczytać. Jeśli to był sposób na wywołanie dymu i sprawdzenie, czy nielegalne dopalacze działają, to całkiem niezły. Ja na szczęście człek w pokonywaniu mikrosterydowców na bramkach zaprawiony, więc krzywda mi się nie stała, oczu nie straciłem, wszedłem bez problemów. Ale chodzi mi po głowie taki jeden osobnik, który w podobnej sytuacji chyba wyszedłby z nerw i konusowatemu dopalacze mogłyby nie pomóc…

 

Frekwencja, jak zaznaczyłem we wstępie, słaba. Około 500-600 osób na klub, w którym kiedyś zmieściło się 1300 ludzi (King Diamond), to mało. Ale wiara dała z siebie wszystko, a muzycy Accept nie sprawiali wrażenia zawiedzionych. Szwedzki Steelwing, który supportował legendę, zagrał przyzwoicie, choć odniosłem wrażenie, że za bardzo ich muzyka bliska jest Iron Maiden. Jeden numer wręcz za mocno kojarzył się z „Deja Vu”.

 

Accept zaserwował wspaniały, klasyczny metal przez ponad dwie godziny (z bisami). Wolf Hoffmann, Herman Frank i Peter Baltes robili wszystko, aby ludzie bawili się dobrze. Mark Tornillo (strasznie drobniutki jest ten facet) śpiewał wybornie, nieźle dyrygował publiką, która nie dała mu ani razu odczuć, że wlazł w cudze buty i powinien je czem prędzej zdjąć. Przypomina się casus Briana Johnsona, który musiał zastąpić wielkiego Bona Scotta. Zrobił to genialnie, dał AC/DC nową jakość. Tornillo dał ją Accept. Kapitalnie śpiewa stare numery, o tych z „Blood Of The Nations” nie wspominając.

Największym showmanem w Accept jest jednak Baltes. Nie na darmo spędził złote lata dla melodyjnego metalu w USA, zakosztował rozpusty finansowej (i nie tylko) grając z Donem Dokkenem. Nauczył się, co to znaczy dobrze bawić się na scenie. Miło było patrzyć, jak z uśmiechem przemieszcza się po scenie, wymachuje swoim basem obok synchronicznie robiących to samo z gitarami Wolfa i Hermana. Starzy fani metalu, a tych w „Studiu” nie brakowało (średnia wieku dobrze ponad 30 lat), musieli mieć „świeczki” w oczach widząc te zabawy.

 

Setlistą trudno być zawiedzionym. Płyta „Blood Of The Nations” jest naprawdę udana, a ponadto w dorobku Accept są takie killery sprzed lat, że aż miło. Po otwierającym „Teutonic Terror” zabrzmiało ich sporo. Wszystkich na gorąco nie pamiętam, ale na pewno zagrali „Princess Of A Dawn”, „Up To The Limit”, „Burning”, „Breaker”, „Restless And Wild”, „Metal Heart”, „Son Of A Bitch”, „Monsterman”, „Aiming High” (przyznam, że ten numer był dla mnie zaskoczeniem) – nie w takiej kolejności. Bisy to dwa klasyki – „Fast As A Shark” i „Balls To The Wall” – przedzielone „Pandemic” z ostatniej płyty. Był na pewno „Bucket Full Of Hate” i „New World Comin'”. Głowa będzie boleć, w uszach przestanie dzwonić pewnie dopiero w niedzielę po południu, ale co tam. Warto było koncert zobaczyć.

Accept jest w znakomitej formie. Co cieszy dodatkowo, widać że oni na scenie świetnie się ze sobą bawią muzyką, choć trochę reżyserki też w ich występach jest. Ale ta ostatnia ku uciesze fanów oldschoolwego grania (czyli dla mnie również), więc narzekać nie zamierzam. Może to i wurstmetal, jak niektórzy moi koledzy uważają, ale wurst w metalu granym przez Accept jest jakości wybornej. Kto nie posmakował, niech żałuje. Czekam na kolejną płytę i wizytę w Polsce. Mam nadzieję, że w W-wie i Wrocławiu frekwencja będzie lepsza, a fani szaleć będą na całego.

Jeśli ktoś był 4 lutego w „Studiu” będę wdzięczny jeśli podzieli się ze mną swoimi wrażeniami w komentarzu. A może zapamiętał/sfotografował całą setlistę?

 

Z plotek usłyszanych w klubie, jesienią ponoć koncert w Polsce znamienitego norweskiego zespołu, którego nazwa zaczyna się na „a” 😉 Było coś jeszcze, ale przyznaję, zapomniało mi się, co dokładnie. Jak mi pamięć wróci, podzielę się bezzwłocznie.

OK., czas na kolejny odcinek „Nip / Tuck„, wstęp do bio Vince’a Neila i w kimono. Dziś wytężony dzień pracy…

 

Polscy fani są fantastyczni

Promocyjne zamieszanie wokół polskich koncertów Accept nabiera powolutku rumieńców. Agnieszka z promocji MMP tuż przed końcem 2010 roku uraczyła nas kolejnym newsem, którego z radością publikuję poniżej (z lekkimi retuszami;) ):

 

Legendarna niemiecka formacja Accept pojawi się w Polsce na trzech koncertach w ramach europejskiej trasy promującej album „Blood Of The Nations”. Zespół, założony w 1970 roku przez wokalistę Udo Dirkschneidera, odegrał ważną rolę w rozwoju metalu, będąc podstawowym elementem niemieckiej sceny heavymetalowej w pierwszej połowie lat 80. Po rozwiązaniu działalności w 1997 roku i krótkiej reaktywacji w 2005 roku, zespół powrócił na dobre w roku 2009. Udo Dirkschneidera zastąpił eksfrontman TT Quick – Mark Tornillo, a nowy, dwunasty już w karierze album „Blood Of The Nations” wyniósł ich na szczyty.

 

W niedawnym wywiadzie dla miesięcznika „Metal Hammer”, gitarzysta Wolf Hoffmann tak mówi o reaktywacji zespołu: „Właściwie to byliśmy już na emeryturze. Nie byliśmy aktywnym zespołem przez tak wiele lat, ale ciągle, gdzieś w nas, stale było to marzenie o powrocie, o graniu, o robieniu tego, co tak bardzo kochamy… i to wszystko ziściło się, kiedy pewnego dnia spotkaliśmy Marka Tornillo. To dzięki niemu powiedzieliśmy sobie: spróbujmy jeszcze raz. To było dość ryzykowne posunięcie, bo tak wiele osób patrzyło sceptycznie na ten pomysł i było mu zdecydowanie przeciwnych. Mówili, że nic z tego nie wyjdzie, że bez Udo nie uda się nam. Mieliśmy naprawdę pod górkę, walcząc z tymi wszystkimi stwierdzeniami, ale uparliśmy się i widząc teraz, że wyszło na nasze, że osiągnęliśmy sukces, czujemy się niesamowicie dobrze. Czujemy, że nasz trud został doceniony. Czujemy się spełnieni”.

 

Album „Blood Of The Nations” zebrał olbrzymią ilość entuzjastycznych recenzji na całym świecie i jest murowanym kandydatem do zdobycia pierwszych miejsc w notowaniach hardrockowych płyt 2010 roku. W ciągu ostatnich kilku miesięcy do mediów docierają wyłącznie informacje o sukcesach zespołu. Lista osiągnięć jest naprawdę długa i imponująca.

 

Na początku 2011 roku zespół Accept idzie za ciosem i wyrusza w wielką europejską trasę koncertową promującą album „Blood Of The Nations”. W jej ramach odwiedzi takie kraje, jak: Niemcy, Szwajcaria, Hiszpania, Włochy, Grecja, Finlandia, Norwegia, Szwecja, Czechy, Węgry, Francja, Belgia, a także Rosja i Wielka Brytania. Polscy fani będą mogli obejrzeć Accept na żywo aż trzykrotnie! Zespół zagra 4 lutego w krakowskim klubie „Studio”, 5 lutego w warszawskiej „Stodole”, a na finał, 6 lutego w klubie „Eter” we Wrocławiu. Supportem będzie zespół Steelwing.

 

Wolf Hoffmann zapowiada, że każdego wieczoru możemy spodziewać się nieco innego zestawu nagrań: „Nie lubimy stagnacji w setliście. Nawet podczas samej trasy w Stanach, staraliśmy się dokonywać jakiś drobnych zmian co wieczór. Lubimy takie manewry, bo pozwalają nam zachować większą różnorodność”.

 

Accept pojawi się w Polsce w składzie: Wolf Hoffmann – gitary, Mark Tornillo – wokal, Peter Baltes – gitara basowa, Herman Frank – gitary oraz Stefan Schwarzman – perkusja. To nie lada gratka dla wszystkich fanów ponieważ poprzednim razem muzycy zagrali w Polsce tylko dwa razy – w 1986 i 1993 roku! A jak mówi Hoffmann: „Pamiętam Polskę bardzo dobrze. Polscy fani są fantastyczni! Powinno być bardzo dobrze!”.

 

Fragmenty wywiadu pochodzą ze styczniowego wydania miesięcznika „Metal Hammer”.

 

 

 

ACCEPT  + Steelwing

 

4.02.2011 – Kraków, Studio

5.02.2011- Warszawa, Stodoła

6.02.2011 – Wrocław, Eter

 

Start godz.20.00; wejście od 19.00

 

Ceny biletów:

 

Kraków – 120 zł / 130 zł (w dniu koncertu)

Warszawa – 120 zł / 130 zł (w dniu koncertu)

Wrocław – 110 zł / 120 zł (w dniu koncertu)

 

Bilety do nabycia na stronach:

 

http://www.metalopolis.pl, http://www.ticketpro.pl, http://www.ebilet.pl, http://www.ticketonline.pl, http://www.ticketportal.pl, http://www.kupbilet.pl,  http://www.eventim.pl

 

Informacje o sprzedaży biletów:

 

tel. 032/205 25 00 (wew. 101), email: koncerty@metalmind.com.pl, http://www.metalopolis.pl, http://www.metalmind.com.pl

 

Sprzedaż wysyłkowa:

 

032/205 25 00 (wew. 187), shop@metalopolis.com.pl, http://www.metalopolis.pl

 

Outsiters Part 1

Nie, nie ma żadnego błędu, nic mi się nie pomieszało. „Outsiters” będzie cykliczną nazwą postów, w których będę pokrótce opisywał płyty, filmy, które nie znajdą się na site’ach, na których zazwyczaj pojawiają się moje teksty. Innymi słowy, nie chciano, abym dane tytuły recenzował i mi za nie wybecalować fortunę (rzecz oczywista;-)). W większości będą to zachęty do zapoznania się z wydawnictwami, które uważam, że warte są poświęcenia czasu. Ale nie braknie też takich dzieł, które niestety przyniosły rozczarowanie.

W części pierwszej „Outsiters” do takich zalicza się, co piszę z wielką przykrością, „Relentless Retribution” Death Angel. Nudna ta płyta, przydługawa. Panowie za bardzo kombinują tam, gdzie kombinować nie trzeba, przedłużają piosenki, czyniąc je dla słuchacza nużącymi. Oczywiście, że Death Angel wciąż gra dobry thrash metal, lecz po twórcach „Act III” spodziewać się musimy więcej. „Truce”, „Absence Of Light” i jeszcze jedna kompozycja, której tytułu w tej chwili nie pomnę, to za mało. Na koncertach wciąż fajnie wypadają, ale skład już nie ten i najwyraźniej w tym nowym nie do końca żre w sensie kreatywności.

Zupełnie inna bajka to „Wonderlustre” Skunk Anansie. Szkoda, że nie miałem okazji wylania rzeki pochlebstw w recenzji dla źródła o większej oglądalności niż „Buszujący…” 🙂 A zrobiłbym to z wielką ochotą, bo to jeden z najlepszych comebacków, jakie słyszałem w życiu. Mniejsza o to, czemu akurat teraz się dogadali i co nimi kierowało. Moc w tej płycie jest przepotężna, a za riff do „My Ugly Boy” Ace’owi dałbym wszystkie rockowe nagrody muzyczne, które wymyślono. Numer bez dwóch zdań stanie się evergreenem Skunk Anansie, obok tych wielkich piosenek nagranych kilkanaście lat temu. Na Open’erze nie mogłem być i ich obejrzeć, ale liczę mocno na to, że Anglicy zostaną wkrótce zaproszeni do Polski ponownie. Wtedy za nic nie przegapię okazji zobaczenia.

Marzy mi się również koncert Linkin Park. Kiedyś się z nich wyśmiewałem, później zacząłem zmieniać zdanie, a dziś uważam ich na jeden z najciekawszych i najodważniejszych zespołów rockowych. Sorry, dla mnie LP metalowe ciągotki miał może na dwóch pierwszych płytach. Potem to było bardziej rockowe, rockowo-hiphopowe granie, aż do „A Thousand Suns” właśnie. Trzeba mieć jaja, żeby tak mocno skręcić z drogi, po której się bezpiecznie jechało tyle lat, zarabiając krocie. Ale Rick Rubin skutecznie wmówił panom, że jak opchnęli ponad 50 mln płyt, to sobie mogą robić co chcą. I zrobili. Zrobili płytę elektroniczną, dość minimalistyczną i leniwą, z kilkoma żywszymi momentami, choćby „When They Come For Me”, i ślicznymi balladowymi melodiami (choćby „Robot Boy”). Podejrzewam, że nawet die-hard fani LP mogą mieć problem z akceptacją materiału, bo naprawdę daleko odbiega od tego, do czego Amerykanie zdążyli przyzwyczaić. To bardziej podkład do futurystycznego filmu, gry komputerowej (jeden numer faktycznie został w niej wykorzystany), na randkę robotów, mających w sobie ludzkie odruchy i słabość do naszej cywilizacji 😉  I wchodzi nie za pierwszym razem. Przez trzy przesłuchania zastanawiałem się, czy ich nie pop… o dokumentnie, a od czwartego zastanawiałem się, jak to możliwe, że wcześniej nie odkryłem wspaniałości tego krążka.

„Wonderlustre” to nie jedyny wielki powrót w 2010 roku. Kolejny, tym razem z metalowej półki, to „Blood Of The Nations” Accept. Zupełnie w wątpiłem w możliwość nagrania przez Niemców czegokolwiek sensownego, a jak się dowiedziałem, że z projektu wypisał się Udo Dirkschneider, to położyłem na Accept krzyżyk i życzyłem powodzenia. Okazało się jednak, że Mark Tornillo to klasowy wokalista i tym razem nie będzie takiej wtopy, jak w przypadku „Eat The Heat” i Davida Reece’a. Szkoda, że panowie Wolf Hoffmann, Herman Frank, Peter Baltes i Stefan Schwarzmann nie byli w stanie dogadać się z Udo, lecz strata jest tylko po stronie wokalisty. Bo byli koledzy nagrali więcej niż solidny materiał, z dobrym, rasowym wokalem i ze świetnym, mięsistym brzmieniem, które „wykręcił” Andy Sneap. Może do żelaznej klasyki Accept tym 12 piosenkom trochę brakuje, ale słuchanie riffów Wolfa Hoffmanna to naprawdę spora radość dla zwolenników klasycznego heavy metalu. Nie mogę się doczekać koncertu, który odbędzie się na początku lutego. Coś czuję, że frekwencja będzie potężna, a show powalający.

W następnej części „Outsiters” na pewno między innymi o nowej polskiej grupie Daytocome, a  może zdążę coś skrobnąć także o Adren’N’Alin, Newest Zealand i Jazzpospolita oraz Tank i SBB.

%d bloggers like this: