Strona główna > Muzyka, Show-biznes > Wrzaskółki najwspanialsze || Koszmary panny Daisy

Wrzaskółki najwspanialsze || Koszmary panny Daisy

20 Feet From Stardom

Podnieta pooscarowa wygasła na świecie zupełnie, a więc mogę się zabrać za skreślenie paru słów do najsłynniejszych nagród filmowych nawiązujących. Jedynka Raven robi podkład w uszach i nadaje dobre tempo palcom. Polecam tym, którzy nie znają (to ci bracia Gallagherowie rządzą, nie te britpopowe zarozumialce!). Odwlekałem czas długi przelanie na wordowy papier refleksji po duńskiej pełnometrażowej produkcji filmowej, która spowodowała duży wytrzeszcz moich ślepiów, a uwierzcie mi, niełatwo coś takiego spowodować. W końcu dzielę się z Wami opinią o tym, w pewnym sensie, niesamowitym filmie.

Ale po kolei, czyli od Oscarów zaczynając. Political correctness po raz kolejny zatriumfowała nad sztuką. Chyba nikt trzeźwo myślący, kto obejrzał wszystkie filmy fabularne nominowane do nagrody AAF (poza jej członkami, ofkors), nie wpadłby na pomysł, że nagrodę zgarnie przedstawienie oklepanego tematu w dość naturalistyczny i płaczliwy sposób, łzy i współczucie mający ewidentnie wywołać. „Zniewolony” aka „12 Years A Slave” to nie dramat, tylko dramacina nędzna, w której wybijają się tylko Michael Fassbender i ten angielski czarnoskóry aktor o imieniu i nazwisku nie do zapamiętania dla mej łepetyny. Serial „Korzenie” czy filmy Johna Singletona, tudzież „Missisipi w ogniu” więcej zrobiły dla czarnych mieszkańców niż ten przereklamowany gniot. Każdy rywal w tej kategorii był lepszy, każdy! A wygrać powinien „Dallas Buyers Club”, choć nie pogniewałbym się jakoś strasznie, gdyby AAF wyróżniła „Nebraskę” albo „Tajemnicę Filomeny”. Cieszy, że trafiłem w nagrody dla panów. Martwi, że zupełnie nie dla pań. Jak już sentymentami chcieli się sławetni akademicy kierować, trzeba było wyróżnić Judi Dench, a przede wszystkim panią z „Nebraski” (June Squid chyba). O ile Angielka może jeszcze niejedną nominację zdobyć z uwagi na swoją wielką pozycję w świecie aktorskim, o tyle ta druga niekoniecznie.

 

Nie oglądałem wszystkich nominowanych do Oscara dokumentów, ale jeden zobaczyłem i cieszę się, że tak się stało. Chodzi o „20 Feet From Stardom”, z polskim tytułem „O krok do sławy”. Film opowiadający o wrzaskółkach, jak mawiał mój muzykujący co nieco kumpel, czyli paniach śpiewających w chórkach. Chórkach topowych artystów. Wypowiadają się między innymi Bruce Springsteen, Sting, Mick Jagger, David Bowie, Chris Botti, Sheryl Crow, Bette Midler, zaś bohaterki to chociażby Darlene Love i Lisa Fischer. Było ich więcej, lecz imion i nazwisk nie zapamiętałem. Czyli jestem w 95 procentach populacji, która nie ma pojęcia, kim są te panie, które towarzyszą artyście i co się z nimi później dzieje. Czemu zapamiętałem akurat te dwie panie, zapytacie? Love pojawiała się w książkach muzycznych, które czytałem (choćby biografii Phila Spectora), zaś Lisę miałem okazję widzieć na żywo dwa razy i oniemiałem słuchając tego, co potrafi robić z głosem. Widziałem ją na koncertach The Rolling Stones, bo z nimi współpracuje nieprzerwanie od 1989 roku. Chociaż wcześniej dostała Grammy (tak Grammy) jako artystka solowa. Jak widać wytwórnia nie umiała tego zdyskontować, choć i dziewczyna utalentowana i wtedy naprawdę prześliczna. Trochę przykro patrzeć jak dziś jest zaniedbana, choć akurat w jej przypadku niedobór finansów nie jest raczej problemem. Niestety, w przypadku większości chórzystek vel wrzaskółek jest. Darlene poza śpiewaniem pojawiła się w serii „Zabójcza broń” grając żonę postaci granej przez Danny’ego Glovera. Jest w Rock And Roll Hall Of Fame. Ale to wyjątek, jeśli chodzi o sukces, wśród tak zwanych backup singers.

 

 

Każda chórzystka marzy o sławie solowej, o tym, aby znaleźć się te 20 stóp bliżej środka sceny, gdzie stoi mikrofon głównego śpiewającego artyty. Co więcej, wiele z gwiazd wypowiadających się przyznaje, że ich umiejętności i talent nierzadko są większe od tych, których wspierają głosem, ale… Ale brakuje tego czegoś, czynnika X, szczęścia, bycia we właściwym miejscu, we właściwym czasie… Niektóre z pań kończą mając tylko piękne wspomnienia z lat 50. i 60., kiedy ładne śpiewanie w chórkach miało znaczenie i było doceniane (jeśli nie finansowo, bo wtedy menedżerowie to były niezłe indywidua, to przynajmniej przez producentów i samych artystów). Trzeba było po prostu umieć śpiewać! Dałem wykrzyknik, bo umiejętność śpiewania nie jest dziś warunkiem sine qua non sukcesu w show-bzinesie. Jeden z producentów wypowiadających się w „20 Feet From Stardom” zdradza (nie kryjąc przy tym dezaprobaty), że wytwórniom nie opłaca się zatrudniać żywych chórzystek do overdubów. Komputer plus auto-tune załatwią sprawę. Smutne, lecz prawdziwe. I tańsze. Te młodsze panie, jak Judith Hill, która miała śpiewać na trasie z Michaelem Jacksonem, wierzą wciąż, że się przebiją i przestaną stać gdzieś z boku sceny. Inne pogodziły się z tym, że coś było i minęło. Rozkoszują się emeryturą, wspomnieniami i okolicznościowymi spotkaniami albo uczeniem hiszpańskiego w szkole. Ogląda się przednio i trochę jest naprawdę pięknego śpiewania.

 

„Daisy Diamond” – o tym filmie planowałem od dość dawna skreślić parę słów. Od czasów „Lilja Forever” (pan Witek!) żadnego do tego stopnia przerażającego i smutnego obrazu nie widziałem. Duński film ze Szwedką Noomi Rapace w roli głównej, w pewnym sensie nieźle kompiluje się z tym, co napisałem powyżej o dokumencie nagrodzonym Oscarem. Główna bohatera Ana bardzo chce zostać aktorką, ale jest jeden szkopuł. Ma malutkie dziecko, którym zajmuje się sama i niestety bobas w najmniej właściwym momencie zaczyna płakać lub się wydzierać, a najczęściej i jedno, i drugie. Przez dziecko, zmęczenie, niewystarczającą pamięć i koncentrację Ana traci kolejne szanse. Rezygnacja rośnie, ale… Tutaj muszę się pohamować, aby nie zaspoilować. Napiszę tylko tyle, że mocnych scen jest naprawdę sporo, a rozmiar poświęceń, na które decyduje się Ana, aby w końcu zdobyć wymarzoną rolę i w dalszej kolejności sławę, przytłaczająco wielki.

 

 

Tego filmu nie ogląda się łatwo, nie jest on przyjemny, a sceny seksu i nagości (trochę ich jest) raczej niewielu podniecą. Trochę casus „Intymności” Patrice’a Chareau. Koncert gry aktorskiej Noomi Rapace jest sortu najwyższego. Jeśli ktoś widział ją na przykład w ekranizacji trylogii „Millenium” Stiega Larssona jako Lisbeth Salander i uważa, że tam była świetna i nie może już zagrać lepiej, niech zmierzy się z duńską produkcją. Ale ostrzegam, humor się Wam po projekcji nie poprawi.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: