Strona główna > Muzyka, People, Show-biznes > Brat łata z Guns N’Roses

Brat łata z Guns N’Roses

ron bumblefoot thal, fot. romana makówka

Bardzo sobie cenię znajomość z Jackiem Królikiem, który jest równie fantastycznym gitarzystą, co człowiekiem. To dzięki niemu zainteresowałem się kilka lat temu muzyką Rona „Bumlefoota” Thala. Gdyby nie to, nie doświadczyłbym kapitalnego koncertu Amerykanina.

Guns N’Roses poznałem, gdy dopiero startowali do światowej sławy. Długo zdobycie jej im nie zajęło, jak wiemy. Co było potem, też wiemy. Skład się posypał, a dziś Gunsi to tak naprawdę Axl Rose i przyjaciele. Wciąż grają duże koncerty, wciąż trochę ludzi przychodzi, ale czasy zapełniania stadionów nie wrócą, jeśli Rose nie dogada się ze Slashem, Duffem, Mattem Sorumem lub Stevenem Adlerem (z Izzym chyba rozmawia bez pomocy prawników). Bumblefoot od kilku lat podróżuje z Axlem po świecie, ale nie zapomina o własnej karierze.

Teraz będzie trochę prywaty. Jors truli pracował kiedyś parę miesięcy przy projekcie związanym z Rokiem Chopinowskim. Jedną z postaci projektu miała być gra w stylu „Guitar Hero”, ale gracze mieli wymiatać Chopina. Moja rola polegała między innymi na namówieniu artystów do udziału. Ron Thal był jednym z tych, którzy wyrazili zainteresowanie. W kontakcie był tak miły, pomocny, że nie mogłem w to uwierzyć, mając wcześniejsze doświadczenie z kontaktów z rodzimymi „gwiazdami”. Maila kończył zazwyczaj krótkim „glad to help”.

Po paru miesiącach w projekcie już mnie nie było i sądziłem, że współpraca z Ronem będzie tylko miłym wspomnieniem. Pod koniec listopada 2013 pojawiło się info o koncercie Amerykanina 7 stycznia w krakowskim Lizard Kingu. Zaryzykowałem, napisałem do Bumblefoota maila przypominającego naszą współpracę. Nie dość, że odpisał, to doskonale pamiętał projekt. Wybrałem się na występ z nadzieją, że uda się choćby przybić piątkę.

Nie udało się, ale i tak koncert Bumblefoota będę pamiętał długo. Nie tylko dlatego, że facet kapitalnie wymiata na gitarze oraz znakomicie (naprawdę!) śpiewa (poniższy amatorski filmik tego nie oddaje). Ron okazał się być genialnym showmanem, z ogromnym poczuciem humoru i dystansem do siebie. Non stop żartował, uroczo udawał, że zapomina, jak jest po polsku „Thank you”, wdawał się w polemiki ze stojącymi pod sceną. Taki brat łata, tylko sławny i – pewnie – bogaty. Nie przeszkadzały mu też kłopoty ze sprzętem (awaria werbla). Niestety, z dźwiękowcami nie był w stanie się do końca dogadać, na czym ucierpiał jego świetny występ. Amerykanin oczywiście najwięcej zagrał swoich kompozycji. Dużo ze znakomitego albumu „Abnormal”. Ale co jakiś czas zabawiał się grając choćby fragment „Waysted Years” Maidenów, urywek „Creeping Death”.

Pod koniec Ron wykonał wolniutki przemarsz przez cały Lizard King, cały czas grając na dwugryfowej gitarze (nie myląc się ani razu!), przybijając piątki, pozując do słitfoci. Wszedł nawet na antresolę. Nie wiem, jak zniósł to, że paru zbyt mocno zintoksykowanym fanom po 50. (a w szczególności jednemu) wydawało się, że znajomość angielskiego, upojenie plus słitfocia oznaczają, iż mogą spoufalać się z artystą bardziej niż inni. Patrząc na to miałem ochotę walnąć tych gości w zęby. Thal miał jednak świętą cierpliwość, zapewne wypracowaną latami podczas licznych występów.

Bumblefoot obszedł klub, wrócił na scenę. Potem było już tylko „Sweet Child O’Mine” odśpiewane w stylu Iggy’ego Popa, czyli w towarzystwie kilkunastu zaproszonych na scenę osób (w tym wyraźnie wzruszonego chłopaka na wózku inwalidzkim) i koniec wspaniałej zabawy. Z numerów Gunsów był jeszcze urywek „Don’t Cry” i całość „Used To Love Her”. Rzecz jasna nie zabrakło znaku firmowego Rona, czyli solówki z motywem z „Różowej Pantery”.

Dzień później, czyli 8 stycznia, Ron grał klinikę w Bochni (ponoć był full). Zanim się tam pojawił, odpowiedział mi na maila z hymnami pochwalnymi na temat koncertu w Lizardzie: „Thank you sooooooo much for all! Had a great time, can’t wait to do it again 🙂 Big hug! Ron”. To „again” ma ponoć nastąpić w 2014 roku, jak wieść gminna niesie 😉

Przed Bumblefootem zagrał polski zespół Disperse. Zespół naprawdę bardzo dobry, ze znakomitym gitarzystą Jakubem Żyteckim (zaproszono go na NAAM, więc żartów nie ma), ale przy tak dennym nagłośnieniu, dużo gorszym od tego, które miał Ron, niewiele mogli zrobić. Wychwyciłem ciekawie przerobiony numer Prodigy „Voodoo People”. Większość kawałków pochodziło z wydanej przez Season Of Mist płyty „Living Mirrors”.

Bezwzględnie słowa wielkiego uznania należą się firmie Kubicki Entertainment, która event zorganizowała. Oby więcej takich i oby z lepszymi dźwiękowcami.

Za użyczenie fotki do wpisu podziękowania składam Romanie Makówce.

Reklamy
  1. 21/01/2014 o 9:27 pm
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: