Strona główna > Film, Muzyka, People, Show-biznes > The Meizterz – tak, „Uwikłanie” – nie

The Meizterz – tak, „Uwikłanie” – nie

The Meizters Speedwerk Chaos

Fuck you attitude” oraz będący już zadomowionym kolokwializmem w naszym coraz bardziej zmakaronizowanym języku „Fakap”, oddają w superskrótowej formie to, o czym chcę dziś Wam napisać. Czyli, o debiutanckiej płycie The Meizterz oraz filmie „Uwikłanie”.

„Fuck you attitude” przypisuję oczywiście pierwszej płycie zespołu The Meizterz „Speedwerk Chaos”. Gdy słucham tych sześciu numerów, w głowie wyświetla mi się trzech kolesi w skórach, glanach, mających wszystko w dupie, idących sobie przez miasto dziarskim krokiem i odpowiadających „Wal się na ryj” osobnikowi, którego akurat trącą łokciem i który będzie domagał się od nich przeprosin. Takie „Trainspotting” trochę, tylko po polsku. „Fuck you attitude” to coś, co zawsze kojarzyło mi się punkiem, hard core’em. Ale jak wiadomo punk, hard core i metal od lat skutecznie się łączą w pary, wydając na świat mniej lub bardziej udane pociechy. Prokreacja trwa już prawie cztery dekady, więc niedługo będzie można mówić o wnukach pionierów takich hybryd.

The Meziterz ładują bezlitośnie. Sześć kawałków trwa około kwadransa i bije z nich nieposkromiona energia. Buntownicza, można napisać, choć nie wiem, czy Dżony (wokal, gitara), Grzechu (gitara basowa) i Szuster (bębny) przeciw czemuś się buntują, czy po prostu mają w sobie nadmiar pałera, dla którego ujście znajdują właśnie w muzyce. Muzyce, w której najwięcej jest chyba inspiracji Discharge, The Explolited, Motörhead, Minor Threat, Dead Kennedys… Słucha się tego kapitalnie, o czym każdy może się przekonać na Bandcampie The Meizterz. Cieszy mnie niezmiernie, że taka muzyka wolno, ale jednak pączkuje w Polsce. The Stubs, Black Tapes są już w świadomości fanów od jakiegoś czasu. Mam nadzieję, że wkrótce nazwę tria z Gdańska będzie się wymawiało obok nich, gdy rozmowa zejdzie na polski rock z wykopem (tak najogólniej rzecz ujmując stylistycznie). Czad nieziemski, polecam!

Uwikłanie plakat

Fakap odnosi się do potworka filmowego, spłodzonego przez nie byle jakiego reżysera, Jacka Bromskiego („Zabij mnie glino”). Do „Uwikłania”, według świetnego kryminału Zygmunta Miłoszewskiego, nawiązuję. Na miejscu autora odciąłbym się od tego „dzieła” kreską tak grubą, jak Mur Chiński długi. Produkcją zajęło się między innymi Krakowskie Biuro Festiwalowe i mam wrażenie o mocy Pudziana w czasach mistrzostwa świata strongmenów, że nie pozostało to bez wpływu na to, co widzimy na ekranie. W sumie, w USA producent to na planie bóg, który może wpaść w dowolnym czasie i wyrwać na ślepo parę kartek ze scenariusza, bo uważa, że zdjęcia idą za wolno (polecam znaleźć w sieci wywiad z „Wysokich Obcasów” z pracującą w USA reżyserką Agnieszką Wójtowicz-Vosloo; sporo o tym opowiada), czemu więc u nas miałoby być inaczej, skoro w jakimś tam tempie zmierzamy do poziomu światowego? Te przedłużone pocztówkowe kadry, landszafty krakowskie i okołkrakowskie, długie ujęcia tak zwanych atrakcji turystycznych, nachalnie uwypuklone „chodźże”, „idźże” (inna sprawa, że akurat większość życia spędziłem w tym mieście i zauważam, że coraz rzadziej się takich form używa wśród lokalsów)… Czasami ma się wrażenie, że oglądamy reklamówkę dla kanału turystycznego, nie kryminał. Juliusz Machulski popełnił wraz z reżyserem scenariusz, co mnie dodatkowo przeraziło, bo w końcu to twórca, który ma na koncie parę bezwzględnie genialnych dzieł filmowych pod każdym względem. Zamiast tego „spotu reklamowego” nie lepiej było się skupić na oddaniu na ekranie fajnych, krótkich wprowadzeń do każdego rozdziału, które są w książce?

OK, swoboda twórcy, swobodą twórcy. Interpretować można na różne sposoby, a ja jestem głupi się nie znam. Ale zdanie własne mam i dostrzec potrafię jeszcze, kiedy dokonuje się gwałtu na czymś znakomitym. A film „Uwikłanie” to właśnie coś takiego jest. Dobra, akcję przeniesiono z Warszawy do Krakowa. Jestem w stanie to kupić, choć z książki Miłoszewskiego biła tak wspaniała stołeczność, że się tak wyrażę, którą warto było zostawić. Nie znam dobrze stolicy, ale coś tam o niej wiem, czasem bywam, i opisy autora rozbudzały moją wyobraźnię. Scenarzysta z tego miasta, albo ktoś dobrze je znający i czujący, mógłby naprawdę ciekawie opowiedzieć tę kryminalną historię.

Prokurator Teodor Szacki zamienił się w prokurator Agatę Szacką, która ma męża dobrotliwego naukowca (typ „ciepłe kluchy”, well, Piotr Adamczyk w tej roli) i córkę. Przebolałbym to, gdyby nadano postaci granej przez Maję Ostaszewską więcej cech książkowego odpowiednika. Tymczasem zachowuje się ona nie jak twardy stróż prawa znający blaski i cienie swojej pracy oraz mający świadomość tego, że w życiu było mu już lepiej, lecz jak mieszanka głupiutkiego napalonego podlotka, neurotycznej studentki i twardej bizneswoman, która już samym spojrzeniem mówi zbyt zuchwałemu mężczyźnie, żeby nawet sobie nie próbował niczego wyobrażać. Jakiś spec od reklamy mający doświadczenie w projektowaniu person, lepiej naszkicowałby tę postać. Nie ma Kuzniecowa, nim ma być pewnie komisarz Smolar (Marek Bukowski). Taki zdystansowany profesjonalista outsider po przejściach, który mało i cicho mówi, baby za nim szaleją, bo przystojny, ale on ma wszystkie gdzieś, bo kiedyś tam, z kimś tam, coś go łączyło. Jak myślicie, z kim? Romans Szackiego z dziennikarką Grzelką w książce był frapujący, wciągający. Człowiek się zastanawiał, czy prokurator zostawi żonę, a może jednak nie? Może coś chlapnie podczas wygasania namiętności na zmierzwionym łożu? W filmie umizgi Smolara do Szackiej to jest żenua na poziomie gimnazjalnym niemalże! Chylę czoła przed wyeksponowaniem swoich uroków w (niemalże) całej okazałości przez Ostaszewską, ale już mam trochę więcej lat niż 15 i same piękne cycki mi nie wystarczą. No na pewno nie w filmie kryminalnym. Intryga z nomenklaturowymi biznesmenami w roli głównej (Andrzej Seweryn, Krzysztof Pieczyński) też jakoś bledziutko wypada. Zaś scena na barce na Wiśle, gdzie odbywa się kluczowa rozmowa pani prokurator i prezesa Witolda (Seweryn) to jakieś megakuriozum. Bronią „Uwikłania” świetne role w drugim, a nawet trzecim planie. Choćby Krzysztof Globisz jako Henryk Telak, pacjent psychoterapeuty Rudzkiego (Olgierd Łukaszewicz), Krzysztof Stroiński jako kolekcjoner „kwitów” na powiązania z dawnym układem politycznym, Małgorzata Zajączkowska grająca przełożoną Szackiej. Podkreślam, „Uwikłanie” to kryminał. Film na podstawie książki to wiejąca nudą, kompletnie nietrzymająca w napięciu pocztówka turystyczna z Krakowa, w którym czasem dzieją się złe rzeczy. Makabra. Obchodzić szerokim łukiem. Ale KBF może prężyć się dumnie niczym paw. Pewnie dostał, co chciał.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: