Strona główna > Film, Muzyka > Bliżej absolutu, bliżej dna

Bliżej absolutu, bliżej dna

gars3

W BWM coś bardzo zaangażowanego i na bardzo dobrym poziomie, warte uwagi bez dwóch zdań, oraz coś, czego unikać należy ze wszech miar, chociażby z szacunku dla swojego czasu. To pierwsze zwie się „Gruzy absolutu, rewizja symboli” i zrodziło się w umysłach paru kolesi z Trójmiasta pod nazwą Gars (wcześniej pisali się z kropkami po każdej literce, teraz bez). Drugie to totalna beznadzieja ze świata filmu o tytule „Klip”.

Gars na BWM pojawili się blisko dwa lata temu. Post poświęciłem ich debiutanckiej płycie „Gdzie akcja rozwija się”, która pomimo paru mankamentów rokowała bardzo dobrze. Muzycy wcale się na mnie nie obrazili za wskazanie słabych punktów. Nie wiem, czy miałem na to jakiś wpływ, ale na pewno wyciągnęli wnioski z niedostatków debiutu i na drugiej produkcji prezentują się znacznie lepiej, o wiele bardziej przekonująco.

Inspiracje raczej im się nie zmieniły, bo teksty wciąż są zaangażowane i na poziomie, do tego podane z jeszcze większą ekspresją niż na pierwszej płycie. Kiedy słuchałem „Gruzów absolutu, rewizji symboli” czułem jakbym obcował z audiobookiem, na którym zamiast powieści zamieszczono felieton o stanie świata i stosunków międzyludzkich na nim panujących. Zmieniło się z kolei, i to na wielki plus, brzmienie Garsów. Przyłożył się do tego odpowiedzialny za mastering legendarny Jack Endino (m.in. Nirvana, Mudhoney, Soundgarden, Hole, moi ukochani kiedyś Screaming Trees, Nebula). Bębny brzmią cieplej niż na jedynce, gitary są odpowiednio wyeksponowane i surowość mają ustawioną we właściwych proporcjach. Bardzo organicznie i prawdziwie brzmi ten album.

gars_okladka

Tym razem Garsi podarowali sobie nadmiar rozmaitych sampli z przemówień czy programów, wtrętów etnicznych, dodali za to parokrotnie delikatne smyczki, a nawet żeński wokal. Bez obaw, nie ma mowy o żadnym osładzaniu muzyki. Wykop jest naprawdę solidny. Chwilami potężny niczym z najlepszych czasów amerykańskiej szkoły hard core’a. Wciąż nie brak post rocka i post metalu, a także fragmentów gitarowych przypominających trochę Down (choć więcej jest tych w stylu Neurosis, Isis, przywoływanych przez samych muzyków Amen Ra). Zespół nie ubrał się w inne piórka, lecz z głową odświeżył formułę. Dobrze się słucha Gruzów absolutu, rewizji symboli”, znacznie przyjemniej niż debiutu. Cieszę się, że nie pomyliłem się co do nich.

 

Beznadzieja filmowa, z którą miałem nieszczęście się nie tak dawno zetknąć, nosi tytuł „Klip” i jest produkcji serbskiej. Podpisała się pod tym niejaka Maja Milos. Gniot ten można w jakimś tam stopniu porównać do bardzo mocnych „Dzieciaków” z Leo Fitzpatrickiem, Rosario Dawson i Chloe Sevigny oraz drętwych rodzimych „Galerianek”. Bo i w tych tytułach, i w tym chodzi o to, że serbska młodzież płci obojga (z przewagą w obrazie tej ładniejszej) myśli jedynie o bzykaniu, piciu, ćpaniu i zabawie na całego, olewając zupełnie, co się dzieje w domu, w szkole, w rodzinie, etc.

klip_plakat

 

Bohaterka (przyznaję, bardzo odważna – chyba – aktorka Isidora Simijonovic) ma bzika na punkcie rejestrowania wszystkiego na komórkę i chwalenia się potem koleżankom. Zwłaszcza robienia dobrze sobie i chłopcom. Bzika ma też na punkcie jednego kolesia, który jest sztywny jak protokół na północnokoreańskich salonach i głównie widzi w Jasnej (bohaterka) łatwą seksualną zdobycz. Co oczywiście skwapliwie wykorzystuje, rejestruje, nie wahając się ochrzanić dzierlatkę, że nie umie mu dobrze zrobić ustami.

Pytanie jest jedno – o co tak naprawdę reżyserce chodzi? Jeśli o pokazanie, że młódź serbska myśli tylko o piciu, paleniu i p…u, to wystarczyłby do tego 20-30-minutowy dokument z sensem zmontowany. Pomijając już fakt, że jakoś nie chce mi się wierzyć, że to co robią nastolatkowie w Serbii w jakikolwiek sposób wyróżniałoby ich od rówieśników z innych nacji, polskiej nie wyłączając. Jeśli zaś pani/panna Milos coś chciała nam przekazać, pokazać jakieś drugie dno, głębię, natchnąć nas do wniosków, innego spojrzenia na współczesną młodzież, to zupełnie jej się to nie udało. Jeżeli zaś chodziło jej o wzbudzenie zamieszania, kontrowersji, to jakiś tam sukcesik mogła zanotować, bo w niewielu tak zwanych normalnych filmach można zobaczyć przyrodzenie w pełnej gotowości bojowej, ejakulat skapujący leniwie na, cztery litery, czy robienie dobrze ustami w tak dużym zbliżeniu.

 

Zaczyna się jako tako frapująco, a potem z każdą minutą spadamy w odmęty nudy i nijakości. Jest chwila w domu dziecka i podczas spotkania rodzinnego, podczas której jest nadzieja, że pojawi się jakaś ciekawa odnoga akcji, ale nic z tego. „Zabawy”, teksty, muzyka, są rangi spod imprezy w remizie. Tylko dla niepoprawnych maniaków nasty lolitas. I nikogo więcej. Dobrze, że potem zabrałem się za serial „Luther”, który jest kryminałem wysokiej klasy z doskonałym Idrisem Elbą. Dzięki niemu zapomniałem o pomyłce, jaką był „Klip”. Hasło z plakatu należy zmienić – z „Chcesz go zobaczyć, nie chcesz w nim grać” na „Nie chcesz oglądać, tym bardziej w nim grać”.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: