Strona główna > Literatura, Muzyka, People > Czary i abstynenci

Czary i abstynenci

„Wkrótce” z poprzedniego postu okazało się oznaczać nieco ponad 24 godziny później. Tym razem wpis ma charakter 3 plus 1, czyli trzy płyty i jedna książka. Subdywizja płytowa jest 2 do 1, ergo, dwie płyty zagraniczne i jedna polska.

Wielokrotnie dawałem wyraz na różnych kanałach swojemu podziwowi dla szwedzkiej sceny muzycznej. I dawać nie przestanę. Bo i powodów ku temu nie mam najmniejszych. Zachodzi zjawisko odwrotne, coraz więcej wspaniałych wykonawców z drugiej strony Bałtyku się pojawia, coraz wspanialszą muzykę nagrywających. Tym razem hołd głęboki oddaję zespołowi Witchcraft i jego kapitalnej czwartej płycie „Legend”. Pierwszej dla Nuclear Blast. Ze wstydem przyznaję, że wcześniej oferta Szwedów mnie omijała, ale nadrobić zaległości zamierzam. Nie będę zdziwiony, jeśli okaże się, że pozycje wydane przez Rise Above swoją wspaniałością nie odbiegają od „Legend”. Płyty, która – nie mam co do tego większych wątpliwości – zachwyci tych, którzy kochają muzyczną estetykę późnych lat 60. oraz wczesnych 70. poprzedniego stulecia. Wrażliwość muzyków na dźwięki z tamtych lat, ich wyobraźnia, wyczucie plus ponadprzeciętny kompozytorski talent, zaowocowały dziesięcioma kapitalnymi numerami, w których jest i wczesny Black Sabbath, i Led Zeppelin, i Pentagram, i space rock, stoner, domieszka rocka progresywnego i blues rocka. Czy weźmiemy ponad 12-minutową kompozycję „Dead End”, czy najkrótszą na „Legend” piosenkę „Democracy”, wszystko pięknie żre, brzmi ciepło, analogowo. To ostatnie dziwić nie powinno, bo ponoć Witchcraft rejestrowali kompozycje oldschoolowo, czyli analogowo, a produkcję powierzyli Jensowi Bogrenowi (m.in. Opeth), które już nie raz udowodnił, że potrafi sprawić, by muzyka nie była zbyt plastikowa, syntetyczna. A wokale Magnusa Pelandera są po prostu kapitalne. Marzę o tym, by zobaczyć Witchcraft na żywo. „Legend” to kapitalne wydawnictwo, które już zachwyciło Phila Anselmo i zapewne znajdzie się w czołówce podsumowań za rok 2012. Padam na kolana.

W przypadku „Heretic”, najnowszej EP-ki pochodzącej z San Francisco grupy Orchid może na kolanach jeszcze nie jestem, ale wrażenie jakie pozostawiła w jors truli, małe nie jest. Cztery kompozycje to fajnie, oldschoolowo brzmiący hołd dla Black Sabbath, Pentagram, Saint Vitus ze szczyptą psychodelii, skąpanej w tajemniczej aurze. Tu również przyznać muszę, że aczkolwiek byłem świadomy istnienia Orchid, wcześniejsze produkcje zespołu nie były mi znane. Z informacji o wydawnictwie wiem, że znakomity numer „He Who Walks Alone” to na nowo nagana piosenka z płyty „Capricorn”. A nad kolejną Amerykanie właśnie pracują i niecierpliwie czekam na efekty. Orchid to również dziecko z rodziny Nuclear Blast, więc promocję otrzyma należytą. Dobrze, bo album będzie ciężko przeoczyć. Doom metal Amerykanów robi wrażenie. Największe w nim nawiedzone wokale Theo Mindella (w cywilu wielce uzdolnionego tatuażysty, posiadającego własne studio tatuażu). Choć i pozostałym muzykom zarzucić niczego nie można. Szczególnie gitarzyście Markowi Thomasowi Bakerowi, który wygrywa świetne riffy, a i ciekawą solówkę zagrać potrafi. Istnieje Orchid lat zaledwie pięć, a już wyrasta na kandydata do ścisłej czołówki doom metalu. Jeżeli drugi duży krążek będzie równie dobry, co omawiana EP-ka, tę nazwę będziemy pamiętać długo. Musimy uzbroić się w cierpliwość do początku 2013 roku, bo wtedy właśnie ma nastąpić premiera albumu.

Według niektórych, najważniejsze to zwrócić na siebie uwagę. Nie podpisuję się pod tym. O wiele ważniejsze i trudniejsze jest podtrzymanie zainteresowania sobą. Aczkolwiek nie zamierzam umniejszać roli pierwszego wrażenia, choć nie z procesem rekrutacyjnym mamy tu do czynienia. Z czym mamy? Z pierwszym wydawnictwem pochodzącego z Tychów zespołu The Abstinents „Punk Not Drunk”. Zwrócili moją (i nie tylko moją) uwagę supportując niedawno w Katowicach NoMeansNo. Wcześniej, na składance „Sealesia 2” Marcina Babko i jego oficyny Falami (niniejszym składam podziękowania za sprezentowanie mi składanki, jak i „Punk Not Drunk”) pojawiła się jedna piosenka zespołu „Chiny”. Lecz wtedy nie pozostała mi w pamięci, bo przyćmiły ją kawałki lepsze. Na koncercie zabrzmiała natomiast porywająco! W składzie The Abstinents jest wokalista Łukasz Tic, w przeszłości współpracujący z Pogodno, a także saksofonista Michał Sosna (Hipiersonik, Sensorry, Pasimito), perkusista Josse, gitarzysta Poldek i basista Pele. „Punk Not Drunk” wyprodukowali w czerwcu 2012. Wydawnictwo robi wrażenie… opakowaniem. Płytka znajduje się w tacce owiniętej folią, a wrażeń zapachowych dostarcza umieszczone w środku kadzidełko. Jest jeszcze naklejka, gdyby ktoś chciał akcję promocyjną prowadzić w realu. Muzycznie doświadczamy niesamowitego wariactwa, o punkowych, garażowych korzeniach (nawet fragmencik „Dazed And Confused” wpletli). Z bezkompromisowymi tekstami krzyczanymi przez Tica, w których wulgarność oraz humor sąsiadują z gorzkimi refleksjami o kondycji świata i człowieka. Siedem piosenek, niezwykle żywych, naturalnie brzmiących, ze świetnie wrażającym się solówkami w typowo rockowe instrumentarium saksofonem. Bardzom ciekaw, co będzie dalej z The Abstinents. Trzymam za nich kciuki i czekam na kolejny koncert. Dołączam też autocharakterystykę zespołu: „Mamy w naszym mieście niezłe garaże, a w jednym z nich siedzą i patrzą w niebo sax, bas, bęben i głos. A każdy z nich to jedyny w swoim rodzaju abstynent. Jeden nie pije, drugi nie pali, trzeci nie chodzi do kościoła, a czwarty się nie onanizuje. Wdzięczni za dobrodziejstwa abstynencji, niosą sobie nawzajem pomoc dźwiękową czego efektem jest radosne uniesienie w postaci wspólnoty muzycznej The Abstinents„.

Dawno nie było nic na BWM o książkach. Czas nadrobić. O „Innych pieśniach” Jacka Dukaja nie będę się rozpisywał, bo i autor doskonale znany, i tytuł. Oprócz wspomnianej cegły oraz „Ghost Ridera” Neila Pearta, zacząłem lekturę książki Andrzeja Budy „Historia kultury hip-hop w Polsce 1977 – 2012”. Edycja wznowiona i uzupełniona, ale książka znana od lat i chwalona przez czołowe postacie rodzimego hip-hopu (Rahim, Peja). Jeszcze wiele przede mną czytania, lecz już teraz wiem, że ilość informacji, detali jest niesamowita, a autor zbadał temat na wylot. Od czasów burej komuny poczynając i demaskując niefajne zachowania paru, do dziś aktywnych, ludzi mediów związanych z muzyką. Jeśli ktoś w hip-hopie rodzimym siedzi, albo chce się w nim specjalizować, polecam się zaopatrzyć. Wydawnictwu zaś sugeruję dokładniejszą korektę😉 Okładkę pożyczyłem z blogu Andrzeja Budy.

 

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: