Strona główna > Muzyka > Jak ponownie dobrze się sprzedać

Jak ponownie dobrze się sprzedać

thin-lizzy-logo

To nie jest post o autoprezentacji. Nie ma też nic z wspólnego z magicznymi sztuczkami podczas job interview, które mają oczarować rekrutera/-kę. Ani ze szkoleniami ze skutecznej sprzedaży FMCG. To post o tym, jak zespół może właściwie wrócić na scenę, bez oskarżeń o skok na kasę. Choć w jego składzie nie ma tej jednej, wielkiej, charyzmatycznej postaci.

Przyznaję, że gdyby nie jeden sympatyczny osobnik z miasta nad Odrą, na 98 procent nie dotarłbym na koncert Thin Lizzy do krakowskiego Studia. Chęć zaopiekowania się kolegą (jak się okazało, również w pakiecie była koleżanka) zwyciężył i zamiast nudzić się w chłodny wieczór 7 maja, spędziłem go oglądając obecne wcielenie znakomitej irlandzkiej kapeli. Wcielenie, w którym nie ma już Viviana Campbella, ale są za to genialny showman Marco Mendoza (Twisted Sister, Whitesnake, John Sykes, Ted Nugent, i cholera wie, co jeszcze), a także Damon Johnson na wieśle, który wiosłował wcześniej między innymi dla Alice Coopera. No i ci trzej, którzy mieli przez lata okazję stać na scenie obok niezapomnianego Phila Lynotta – Scott Gorham, Darren Wharton i pamiętający samiuśki początek zespołu Brian Downey. I jeszcze last but absolutnie not least – ten, który miał cholernie ciężkie zadanie zastąpienia Phila, Ricky Warwick (The Almighty; facet, który dał nazwisko Vanessie Warwick pamiętanej z MTV Headbangers Ball).

thin_lizzy_band_photo

Setlista taka, jakiej spodziewała się chyba większość publiczności (ok. 500-600 osób; przy okazji, może ktoś mi wyjaśni, czemu w mieście nie było żadnych – sic! – plakatów reklamujących koncert?), czyli the best of Thin Lizzy. Wszystko zagrało i zabrzmiało świetnie. „Jailbreak”, „Emerald”, „Angel Of Death”, „Rosalie”, „Are You Ready”, „Don’t Believe A Word”, „Suicide”, „Black Rose”, „The Boys Are Back In Town”, i wiele innych evergreenów. Najfajniejsze było w jednak to, że sześciu panów z różnych generacji na scenie bawiło się świetnie i tworzyło zgrany kolektyw. Czuć było, że jest między nimi dobra chemia. Zero pozowania, sztucznych uśmiechów. Zabawa instrumentami (choć solówki można by wyciąć i zamiast nich dać ze 2, 3 piosenki), szczera energia, niesamowity power, poruszający wielu wśród żywo reagującej publiki. Przyznaję, że przy „Cowboy Song” miałem świeczki w oczach, tak cudownie to zabrzmiało (gdyby tak na scenę wskoczył jeszcze John Bush i zaśpiewał w duecie z Wawrickiem, niechybnie popłakałbym się ze szczęścia). Ricky z roli frontmana (a także gitarzysty) wywiązał się świetnie. Rasowy rockman, który swój fach zna na wylot. Wspomagał go showman absolutnie genialny, czyli Marco. Oldschoolowcy są w doskonałej formie, co pozwala mieć nadzieję, że pograją jeszcze długo i wrócą do nas niejednokrotnie. Wtedy żaden zbieg szczęśliwych okoliczności nie będzie konieczny, aby mnie wyciągnąć na koncert. Marcin, mam nadzieję, że też przyjedziesz😉 Dodam, że panowie nie zapomnieli o hołdach dla tych, których nie ma, czyli Phila i Gary’ego Moore’a. Przed Thin Lizzy zagrała kapela Anti Tank Nun, w której składzie jest Titus z Acid Drinkers. Ale do Krakowa nie dotarł (ciekawe dlaczego? ;)) i zespół zagrał instrumentalny set, ciepło przyjęty przez fanów. Warto zwrócić uwagę na 14-letniego Igora Gwaderę, który na wieśle wymiata, że hej! Na moje ucho, młodzian łączy w swojej grze Randy’ego Rhoadsa i Michaela Schenkera. Niebawem ma być płyta, więc jak posłucham dokładniej będę mądrzejszy.

A propos tytułu – aby dobrze ponownie sprzedać to samo, nie należy przede wszystkim myśleć o kasie, trzeba mieć w składzie facetów, którzy czują tak samo, a rock and rolla mają we krwi. Konieczna jest w zespole przynajmniej połowa muzyków ze starego składu. A celem głównym ma być celebracja wspaniałej muzy i/lub oddanie hołdu tym, którzy ją tworzyli, a których już wśród nas nie ma. Dorzućmy jeszcze zgranie, danie piosenkom nieco innego życia, nie tylko ich odegranie. Ricky, Damon i Marco z całą pewnością dali hitom Thin Lizzy swój stempel jakości. Gdyby jeszcze starym członkom udało się kiedyś namówić na udział w koncertach uwielbiającego twórczość TL Johna Noruma, byłoby po prostu cudownie. Niech Queen wezmą z Thin Lizzy przykład (albo z Alice In Chains, choć ci tworzą też nowe piosenki) i nie pakują się w kolaboracje nijak do nich nie pasujące.

***

killing joke bad photo

Zanim pogrążę się we wspominaniu koncertu Thin Lizzy przy dźwiękach „Live And Dangerous”, jeszcze setlista z innego koncertu, o którym marzyłem od lat i wreszcie zobaczyłem – Killing Joke (5 maja we Wrocławiu). To było wyczerpujące półtorej godziny w ciężkich okolicznościach przyrody, ale warto było. Bo Jaz Coleman i spółka zagrali to:

Requiem
European Super State
Sun Goes Down
Rapture
Wardance
Chop Chop
Change
Primobile
Fema Camp
Pole Shift
Asteroid
The Great Cull
Corporate Elect
The Wait
Pssyche

Bisy:
On All Hallow’s Eve
Turn to Red
Bloodsport
Love Like Blood
Pandemonium

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: