Strona główna > Muzyka, People > Dźwięki bez laptopa | Wywiad z Rafałem Iwańskim

Dźwięki bez laptopa | Wywiad z Rafałem Iwańskim

Rozmowa o płycie X-NAVI:ET – „Soundtrack For The Dying Moments” 

Ścieżka dźwiękowa do umierających chwil

 

Z Rafałem Iwańskim, znanym przede wszystkim z toruńskiej grupy HATI, która ma na swoim koncie między innymi wspólne nagrania z legendarnym amerykańskim perkusjonistą Z’EVem, rozmawiamy w przededniu premiery jego solowego debiutu – płyty „Soundtracks for the Dying Moments”, która ukaże się nakładem krakowskiego labelu Instant Classic. W przeciwieństwie do swojej macierzystej formacji, występując pod szyldem X-naVI:et, Rafał buduje swoją muzykę  na brzmieniu modyfikowanych analogowo i cyfrowo instrumentów elektronicznych i akustycznych oraz nagrań terenowych i dźwięków znalezionych.

Jak to tak bez laptopa? Lubisz sobie utrudniać życie?

 

Najwyraźniej lubię sobie utrudniać życie. Dla mnie to oczywiste, że nie używam komputerów do generowania dźwięku, nie interesują mnie też efekty software. W dodatku nie wyobrażam sobie, by na koncercie stać lub siedzieć za laptopem i patrzeć się w ekran monitora. Niezwykle ważny jest dla mnie kontakt fizyczny z analogowymi instrumentami elektronicznymi i obiektami nagłaśnianymi przez mikrofony kontaktowe. Oczywiście zawsze też używam instrumentów akustycznych – nie odważyłbym się zastępować ich samplami odtwarzanymi z komputera. Nie czuję takiego podejścia. Nie mam nic przeciwko komputerom ani artystom, którzy opierają na nich swą muzykę, ale osobiście używam ich nieraz wyłącznie do nagrań wielośladowych przy realizacji nagrań studyjnych. W żadnym wypadku na koncertach.

 

Co spowodowało, że w dobie dominacji i powszechnej dostępności elektroniki zdecydowałeś się korzystać z organicznych źródeł dźwięku?

 

– To jakby kontynuacja poprzedniego wątku. Powiem tak: ja nie zdecydowałem, to chyba życie i muzyka zdecydowały, że to „organiczne” jest mi najbliższe. Nie potrafiłbym porzucić takiego sposobu kreacji dźwięku, komponowania. Ponad 20 lat temu zacząłem grać na gitarze akustycznej i elektrycznej, w połowie lat 90. eksperymentowałem z elektroakustyką. Później moją pasją stały się instrumenty akustyczne, co najsilniej przejawia się w twórczości zespołu HATI, wykorzystującym wyłącznie instrumentarium akustyczne (przynajmniej w ostatnich 3-4 latach jesteśmy ortodoksyjni w tej kwestii). Myślę, że duży wpływ na ukształtowanie się mojego podejścia do tworzenia muzyki miało słuchanie punk rocka, muzyki industrialnej z lat 70., etnicznej, oglądanie na żywo niezwykłych koncertów muzyki improwizowanej. Nie wyobrażam sobie własnego koncertu bez chociażby kilku akustycznych instrumentów czy obiektów, z których mogę wydobywać dźwięki w czasie realnym, poprzez dotyk, uderzanie, rytmiczne stukanie czy dmuchanie – jak to jest w wypadku instrumentów dętych.

 

Nie kryjesz się ze swoim instrumentarium, które – muszę przyznać – robi wrażenie. Jak sam wspominasz na początku swojej przygody z muzyką grałeś na gitarze. Czy to w jakiś sposób ukształtowało Twoje podejście do gry na egzotycznych instrumentach, czy może każdego z nich uczysz się osobno?

– Dlaczegóż miałbym ukrywać te instrumenty? Sam koncert jest aktem nie tylko słuchowym – ale też wizualnym. Poza tym stanowią one coś w rodzaju magicznego kręgu: gdy otoczony jestem z kilku stron instrumentami, np. zawieszonymi na statywach gongami. Lubię patrzeć na nie jak się poruszają pobudzone do gry, jak wibrują. Muszę przyznać, że to interesujące zagadnienie z tym graniem na gitarze. Jak wiadomo gitara to instrument o bardzo wielu możliwościach melodyczno- rytmiczno-brzmieniowych i nie bez powodu zyskała tak ogromną popularność na świecie w XX wieku. Wydaje mi się, że dzięki temu, iż gitara była moim pierwszym instrumentem muzycznym nabrałem dość dużej łatwości, by grać na wielu innych instrumentach, np. perkusyjnych, czy niektórych dętych. Oczywiście każdy nowy instrument, który wpadnie w moje ręce poznaję na nowo i po jakimś czasie dopiero jestem w stanie ocenić czy dam radę wydobyć z niego takie dźwięki, które by były satysfakcjonujące. Nie ukrywam, że jednym z bardziej istotnych dla mnie aspektów danego instrumentu jest jego brzmienie. Po prostu musi mnie hipnotyzować. Jeżeli ten warunek jest spełniony to nie odpuszczam dopóki nie zacznę wygrywać dźwięków, które mógłbym prezentować w kompozycjach granych na żywo czy nagrywanych na płytach.

 

Jaka jest podstawowa różnica między HATI, a Twoją działalnością solową? Jaka myśl przewodnia stoi u źródeł X-NAVI:ET?

Zespół HATI, który od 2007 roku jest duetem współtworzonym przeze mnie oraz Rafała Kołackiego (od 2006 do 2007 było to trio, nadmienię, że zespół został założony w 2001 roku przeze mnie i Dariusza Wojtasia, który odszedł od nas w 2007 roku), wzbogacanym nieraz o innych muzyków sesyjnych jak m.in. Dariusz Brzostek (z którym nagraliśmy płytę HATI „KA”) czy Sławomir Ciesielski z Republiki – tworzy muzykę graną wyłącznie na rozmaitych instrumentach perkusyjnych i dętych, etnicznych, jak i obiektach znalezionych. Podczas koncertów zespołu bardzo istotna jest akustyka pomieszczenia, gdyż generalnie nastawieni jesteśmy na koncerty bez nagłośnienia i stawiamy na czyste brzmienie instrumentów w interakcji z przestrzenią akustyczną, stanowiącą także swego rodzaju rezonujący instrument. HATI to projekt dźwiękowy nakierowany głównie na muzykę graną na żywo (płyty studyjne są nagrywane też w ten sposób), o silnych walorach transowo-medytacyjnych. Myślę, że z wielkim oddaniem kontynuujemy tradycję „ascetycznej estetyki” – której jednym z wybitniejszych znanych mi żyjących przedstawicieli jest np. Z’EV, ale też Michael Vorfeld, czy tacy minimaliści jak Charlemagne Palestine i także La Monte Young oraz zespoły w rodzaju Halo Manash z Finlandii i Osso Exόtico z Portugalii. Natomiast mój autorski projekt X-NAVI:ET opiera się na brzmieniu modyfikowanych analogowo instrumentów elektronicznych (generatory tonów, syntezatory analogowe) i akustycznych, które generalnie są nieco inne niż te używane przeze mnie w HATI, tzn. są to rozmaite drobne instrumenty perkusyjne, niezbyt dużych rozmiarów gongi, klarnety chińskie i arabskie, piszczałki, organiczne obiekty znalezione nagłaśniane za pomocą mikrofonów kontaktowych. W mniejszym stopniu używam też nieraz nagrań terenowych i dźwięków znalezionych np. z płyt winylowych nagrywanych z patefonów – sprzed II Wojny Światowej. Żeby zagrać taki koncert niezbędne jest minimum sprzętu nagłośnieniowego, mikser, kable, prąd, mikrofony – a więc jest to radykalnie inna sprawa niż w wypadku HATI. To, co łączy oba projekty to fakt, że są otwarte na improwizację, wszystkie utwory przygotowywane na płyty rozpoczynają się od etapu improwizacji na bazie jednego lub kilku instrumentów, a programy koncertowe są też kreowane w tym duchu – w większych lub mniejszych odstępstwach i wariacjach od tego, co udało się stworzyć wcześniej. Zarówno HATI jak i X-NAVI:ET nastawione są na okazjonalną współpracę koncertową i studyjną z innymi muzykami, nieraz też artystami plastykami i wideo (jak w przypadku HATI – Raymond Salvatore Hormon i w moim przypadku – Xavier Bayle, Jacek Zieliński, Anna Pilewicz, Chris Konky, Marek Tomasik). Myślą przewodnią mojej elektroakustycznej działalności mogłoby być np. to zdanie, które ułożyłem kiedyś nawiedzony po słuchaniu płyt i lekturach tekstów Karlheinza Stockhausena, Johna Cage’a i La Monte Younga: „X-NAVI:ET to medium dla strumieni dźwięków słyszalnych i niesłyszalnych, płynących z odwiecznej otchłani i nieskończonej pustki przestrzeni – ku muzyce nadświadomej kosmicznej energii”. Często towarzyszy mi silne odczucie, że to nie my ludzie jesteśmy twórcami dźwięków, muzyki – a raczej ich odbiorcami i przekaźnikami. Dźwięki są w Kosmosie, być może nawet na początku wszechświata był tylko dźwięk i z niego zrodziła się materia… Wszystko zależy od nas czy się pod te dźwięki podłączymy i słysząc je też wydamy dźwięki, czy też będziemy tylko nasłuchiwać. Na pewno warto, a nawet trzeba zaglądać w tę otchłań, nasłuchiwać odgłosów i głosów z niej płynących. Osobiście mogę powiedzieć, że ten aspekt prawdopodobnie jest jednym z głównych pobudek, dla których uprawiam tę formę twórczości. Bezcenne są momenty gdy słyszymy nawoływania z innych wymiarów. W tym kontekście mogę powiedzieć, że konstruowanie i wywoływanie dźwięków jest według mnie jedną z doskonalszych technik komunikacji.

Odnoszę wrażenie, że X-NAVI:ET jest projektem bardziej otwartym na wpływy zewnętrzne, że za jego pośrednictwem konfrontujesz swoją wizję muzyki z innymi artystami. Dlaczego dopiero teraz doczekaliśmy się w pełni autorskiego albumu?

 

Być może takie wrażenie, że ten projekt jest otwarty na wiele wpływów, powstaje dzięki rozbudowanemu brzmieniowo instrumentarium, co może budzić szersze spektrum skojarzeń z rozmaitymi nurtami współczesnej muzyki. Nie zastanawiałem się chyba wcześniej nad tego rodzaju zagadnieniem. Faktem jest, że sporo w ugruntowaniu pewnych praktyk dźwiękowych dało mi słuchanie niezliczonej ilości płyt i koncertów, rozmaitej muzyki, granie na różnych instrumentach i w różnych projektach od początku lat 90. Istotna okazała się też współpraca i konfrontacja z doświadczonym i niezwykle dynamicznymi, a wręcz często nieobliczalnymi artystami dźwięku jak Z’EV, Joke Lanz a.k.a. Sudden Infant, Peter Votava/PURE czy amerykański gitarzysta i kompozytor mieszkający w Polsce Jeff Gburek. Zagraliśmy z Jeffem razem kilkanaście koncertów w latach 2009-2011, nagraliśmy też wspólną i kontrowersyjną płytę sygnowaną jako }e{nigmaplasme & X-naVI:et „Slope/The Experience Of Losing Control”. I to była pierwsza pełnowymiarowa publikacja, na której występuję pod tym tajemniczym pseudonimem, jednakże nagrana w duecie. Myślę, że głównym powodem, iż nie byłem gotów wydać wcześniej debiutanckiej płyty była potrzeba skompletowania odpowiednio mocnego materiału na autorski album, poprzez granie od 2008 roku koncertów solo, z Jeffem i innymi artystami (czyli już nie tylko z HATI) i dokonywane nagrania dziesiątek ścieżek w moim domowym studio przez okres prawie półtora roku (od połowy 2009). Oczywiście potrzebny był też impuls ze strony konkretnego wydawcy, gdyż jakiś czas temu postanowiłem nie wydawać już samodzielnie więcej płyt w labelu Eter prowadzonym od 2003 r., który miał na celu publikowanie na płytach CD-r, a później na płytach CD albumów HATI i różnych projektów pobocznych. Możliwość wydania płyty w Instant Classic na winylu jest dla mnie wręcz wymarzona, gdyż już od jakiegoś czasu coraz częściej zastanawiałem się czy jest jeszcze sens wydawać kolejne płyty w wersji kompaktowej.

„Soundtracks for the Dying Moments”, jak sam tytuł wskazuje, jest płytą o odchodzeniu. To temat często poruszany przez muzyków operujących w bardzo odmiennych stylistykach. Nie bałeś się, że Twoja płyta będzie w jakiś sposób rozpatrywana pod tym kątem?

 

Sam tytuł przybliża tematykę jaka była dla mnie myślą przewodnią, ale szczerze mówiąc trudno mi powiedzieć czy była to bezpośrednia inspiracja do nagrania takich a nie innych dźwięków. Kiedy sobie o tym pomyślę to takie niby oczywiste powiązania nie są dla mnie całkiem oczywiste…Ten tytuł jest też co najmniej dwuznaczny i przewrotny, gdyż – przynajmniej w moim rozumieniu – sugeruje, że ta płyta może być użyta jako ścieżka dźwiękowa do czyjejś śmierci (swoją drogą nie wiem czy komukolwiek bym to zalecał, dla siebie raczej nie widziałbym jej w tej roli).  Powiedziałbym raczej, że to ścieżka dźwiękowa do życia, co nadaje temu tytułowi dość uniwersalny wymiar, gdyż wykluty z paradoksalnego założenia, że moment narodzin jest też pierwszym, w którym zaczynamy umierać. Proces ten zachodzi nieustannie, poprzez wszystkie kolejne dni naszego życia, ale też w obserwacji współczesnego świata pełnego śmierci ludzi, kultur, całych gatunków zwierzęcych i roślinnych, co odbywa się obecnie w skali nigdy wcześniej na naszej planecie niespotykanej, przynajmniej za kadencji Homo Sapiens.

Ogólnie niczego się nie bałem wybierając taką a nie inną tematykę. Robiłem po prostu to, co mam do zrobienia w dźwiękowej materii. Przy okazji dodam, że ten tytuł kiełkował we mnie kilka lat, zanim powstała muzyka na album i jest w pewnym sensie nawiązaniem do dwóch ważnych na mojej wczesnej drodze muzycznej zespołów: Swans i SPK. „Soundtracks for the Blind”, przedostatnia studyjna płyta zespołu Giry, to dla mnie naprawdę wyjątkowy album, natomiast utwór grupy SPK „In the Dying Moments” z połowy lat 80. (ukazał się m.in na płycie „Zamia Lehmanni” oraz w innej wersji na świetnej kompilacji „The Myths Collection”). W pewnym okresie mojego życia muzyka ta zapadła naprawdę głęboko w mojej głowie…

 

Co zainspirowało Cię do podjęcia takiej tematyki?

 

Śmierć to sprawa, która dotyczy naprawdę wszystkich i wszystkiego. To bardzo istotny temat i nie ma co przed nim uciekać. Zwłaszcza gdy rośnie we mnie zainteresowanie tym zagadnieniem i chęć studiowania, pobudzana jeszcze dodatkowo przez takie genialne książki, jak „Najdalsza podróż. Misterium i świadomość śmierci” Stanislava Grofa (wydana w Polsce przez wydawnictwo Okultura), Tybetańska Księga Umarłych, eseje i aforyzmy Emila Ciorana, książki Williama S. Burroughsa, jak chociażby „Cień szansy”, czy „Zachodnia kraina”, niektóre płyty Psychic TV, niezwykłe płyty Z’EV-a, jak te z dopiskami w rodzaju: „don’t be afraid to study with the dead’ (mam na myśli „Symphony #2 Elementalities”) i wiele innych tekstów, dźwięków, obrazów. Ale równie silnym impulsem była dla mnie śmierć kilku bliskich osób w ostatnich latach – spośród najbliższej rodziny, ale też spoza.

Całość – co zresztą zrozumiałe – zdominowała bardzo poważna atmosfera, jednak przyznam, że do tej pory nie dopuszczałem do siebie myśli, że można wyodrębnić tyle odcieni czerni. Dzięki tej różnorodności płyta rzeczywiście przypomina ścieżkę dźwiękową. Czy pracując nad tym materiałem od początku planowałeś zachować ciągłość między poszczególnymi ścieżkami?

 

Przyznam uczciwie, że nie myślałem o odcieniach czerni, to ciekawe skojarzenie i sformułowanie odnośnie tej płyty. Następnym razem jak będę jej słuchał pomyślę o tej muzyce w ten sposób, utwór po utworze. Raczej myślałem o świetle i jego odcieniach, ale to zapewne dwie strony tej samej materii. Jeśli chodzi o ciągłość, albo nazwijmy to nieco inaczej – spójność, to rzeczywiście bardzo istotne zagadnienie. Od początku pracy nad materiałem na ten album ważne było dla mnie by powstała swego rodzaju opowieść z wyróżniającymi się scenami, od początku do końca, coś w rodzaju „filmu do słuchania”. Trochę się nagłowiłem, żeby odnaleźć tę jedyną i właściwą logikę następstw poszczególnych scen – kompozycji. Jednakże pewien zamysł jak to wszystko ma przebiegać istniał już od samego początku – w mojej głowie. Jestem chyba zwolennikiem concept albumów i takie płyty są najczęściej goszczącymi w moim odtwarzaczu. Z tego też powodu nie jestem zbyt zainteresowany słuchaniem poszczególnych rozdrobnionych utworów w sposób wyrywkowy lub z sieci. Nagrać przemyślany album to dość angażująca sprawa i cieszy mnie, że ostatnimi laty coraz więcej ludzi wraca do słuchania muzyki w całościowy sposób – także na coraz większej ilości wydawany winyli i kaset magnetofonowych. Swoją drogą – dużą szkołą było dla mnie budowanie albumów HATI, które zawsze były przemyślane i pod względem doboru samego materiału muzycznego i kolejności. Doświadczenie w przygotowywaniu muzyki na płyty pokazało mi, że zawsze rejestruje się więcej materiału niż później się publikuje na albumie. Warto dużo nagrywać, wszystkie interesujące i chodzące po głowie pomysły, by potem dokonać selekcji. Utwory, które nie wchodzą na dany album mogą być nieraz zaczątkiem następnego, choć z reguły trafiają do archiwum lub na kompilacje jakiejś wytwórni.

Odnoszę wrażenie, że album w dużym stopniu bazuje na wspomnieniach, w tym również resentymentach, co kłóci się z popularnym obecnie nurtem chillwave, który stawia na bardziej romantyczne podejście do przeszłości i tajemnic skrywanych przez zakamarki ludzkiej pamięci. Skąd (o ile oczywiście dobrze to rozumiem) takie podejście?

 

Muszę przyznać, że trudno mi wykazać w jakim stopniu muzyka na tym albumie bazuje na wspomnieniach, albo w jakim stopniu tworząc popadam w resentymenty. Pytanie zawsze istotne jest takie samo: skąd czerpać moc? Na pewno mogę powiedzieć, to że muzyka tu zamieszczona jest owocem mojej wieloletniej ścieżki muzycznej – zarówno na poziomie praktycznym, jak i teoretycznym oraz duchowo-filozoficznym – polegającej na nieustannych poszukiwaniach i powolnym dochodzeniu do pewnej wizji świata. Tworzenie muzyki jest też dla mnie formą walki ze zdegenerowanymi formami społecznymi niefortunnie ukształtowanymi i usankcjonowanymi przez rządy jak faszyzm, technokracja czy monoteizm. W sytuacji kiedy na przykład hierarchia kościelna udaje, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, będąc już od wieków kompletnie skompromitowaną, a technokraci bombardują nas bezwzględnie nowinkami technicznymi na skale wręcz niewyobrażalną, jedyne co mogę zrobić to znaleźć i pielęgnować drogę środka, własną drogę i czynić swoją wolę, nie podporządkowując się żadnym niebezpiecznym nurtom, które prędzej czy później przeminą. Szukajmy lepszych dróg na życie niż w ramach tego, co nam proponują jako oczywiste. Muzyka i magia mogą dawać ogromną moc, a duchowe kosmiczne sygnały będą zawsze gotowe na przechwycenie i wydobycie w postaci elementarnych form życiodajnej energii. Zawsze, nawet jak nas tu już nie będzie. Andriej Tarkowski, niezwykle bliski mi twórca filmowy i myśliciel, w swych dziennikach „Czas utrwalony” napisał kiedyś te bardzo ważne dla mnie zdania, a tym bardziej w kontekście płyty „Soundtracks for the Dying Moments”: „Wbrew przyjętym opiniom – nawet samych artystów – zadanie sztuki nie polega na podawaniu myśli, szczepieniu idei i służeniu przykładem. Celem sztuki jest przygotowanie człowieka do śmierci, przeoranie i przysposobienie jego duszy, uczynienie zdolnym do zwrócenia się w stronę dobra.”

„Sountracks for the Dying Moments” kończy się dźwiękami, które automatycznie budzą skojarzenia z medytacją, przynoszą ukojenie po niepokojach, jakie budzi reszta płyty. Czy tak właśnie chcesz widzieć ten ostatni moment?

 

Nie wiem czy chciałbym by właśnie tego rodzaju medytacyjne dźwięki, jak na przykład w ostatnim utworze, towarzyszyły mi w moich ostatnich chwilach, a tym bardziej przy umieraniu innych, ale myślę, że ostatnie chwile powinny być ukojeniem, przygotowaniem na dalszą podróż, może nawet czymś w rodzaju ekstazy. Sporą inspiracją do nadania kilku kompozycjom tytułów był ten tekst:„Światło i wolność, kochanie; kieruj się przed siebie i w górę. Podążasz w kierunku światła. Podążasz ochoczo i świadomie, wspaniale ci idzie – podążasz w stronę światła – podążasz w stronę wyższej miłości – podążasz przed siebie i w górę. (…) Podążasz w stronę miłości potężniejszej niż kiedykolwiek miałeś okazję zaznać. Podążasz w stronę najpiękniejszej, najcudowniejszej miłości i przychodzi ci to z łatwością, wspaniale sobie radzisz”. (fragment napisanej przez Laurę Huxley książki pt. „This Timeless Moment: A Personal View of Aldous Huxley” zawarty w książce S. Grofa “Najdalsza podróż”). Spędziłem trochę czasu medytując nad tym krótkim fragmentem, jak i całą książką Grofa. Wydaje mi się, że ten ostatni moment życia powinien raczej przebiegać w ciszy, a ten utwór to tylko jedno z wielu możliwych dźwiękowych zobrazowań.

Dodam, że do  innego z utworów z tej płyty, nawiązującego do Huxleya – „Go Forward into the Light” powstało adekwatne video. http://youtu.be/QAaaViMWuQQ

 

W dzisiejszych czasach muzyka instrumentalna, pozbawiona słów, staje się czymś na kształt dobra rzadkiego. Jest trudniejsza do zinterpretowania, nie tak oczywista, przez co mniej popularna. Nie ułatwiasz życia słuchaczowi: zarówno okładka, jak i tytuły kompozycji nie dają jasnych sugestii, nie przynoszą odpowiedzi. Nie boisz się, że działając w ten sposób otwierasz możliwość błędnego zrozumienia tego co robisz?

 

Uwielbiam muzykę instrumentalną w różnych jej objawieniach: współczesną free improvised music, niektórych wykonawców ambient, drone music, powojenną muzykę awangardową, muzykę sakralną z Azji. Jest sporo świetnych muzyków grających muzykę instrumentalną i bardzo lubię chodzić na takie koncerty, wymagające dużej koncentracji i skupienia podczas odbioru. Żyjemy w tak bardzo przegadanym świecie, ja w muzyce szukam raczej ucieczki od słowa. Za niezwykłe uznaję pozaeuropejską muzykę wokalną np. tantry mnichów tybetańskich,  indyjskie ragi, indiańskie i syberyjskie inkantacje szamanów. Nie interesuje mnie to, co ma do przekazania większość współczesnych zespołów. Myślę, że z reguły nie mają nic interesującego do powiedzenia. Jeśli chcę się czegoś dowiedzieć o świecie wolę sobie poczytać dobrą książkę lub obejrzeć dobry film, albo jeszcze lepiej gdzieś pojechać. Powiem tyle: obecnie chcę chronić swoją twórczość muzyczną od przekazu słownego, ale w przyszłości nie wykluczam pracy w tej materii, np. z wokalistą, który traktuje głos bardziej jako instrument niż narzędzie przekazu słownego.

A jeśli chodzi o okładkę i same tytuły utworów – brak konkretów w nich jest według mnie raczej in plus niż in minus. W końcu to sztuka, a nie jakaś wykładnia, a jak wiadomo tajemnica w sztuce była zawsze najbardziej istotnym i pociągającym składnikiem. Podobnie też było kiedyś zapewne z „życiem duchowym” (mam w tym momencie na myśli chociażby szamanizm z jego wszystkimi rytualno-artystycznymi przejawami), dopóki nie zaczęto go formalizować na różne sposoby tworząc instytucje religijne. Jak wiadomo religie, zwłaszcza monoteistyczne, skłonne są do niezwykłych wypaczeń i manipulacji. Myślę, że lepiej być rozmaicie i często rozbieżnie interpretowanym na polu muzyki/sztuki niż manipulować podstępnie za pomocą słów. Swoją drogą, jakie to wspaniałe, że wciąż są dziedziny aktywności człowieka, których nie da się jednoznacznie opisać za pomocą języka pisanego czy mówionego. Gdybyśmy potrafili wszystko opisać, prawidłowo zinterpretować (o zgrozo) to byłaby dopiero fatalna sprawa. Nie boję się błędnego interpretowania mojej muzyki, rozmaitych wizji pod jej wpływem, bo ci co znają język muzyki/sztuki zawsze łączą się w swoistym porozumieniu bez słów, intuicyjnym odbiorze i współuczestnictwie. Tworzą ten magiczny krąg. Boję się raczej tego, że coraz mniej ludzi czuje i w ogóle rozumie sztukę. Oby nie nadeszły czasy gdy sztuka będzie działalnością wykluczoną. Tego bał się Witkacy, już przed II Wojną Światową.

 

Jak to możliwe, że „Soundtracks for the Dying Moments” jest Twoim pierwszym wydawnictwem, które doczekało się premiery na winylu?

 

Sprawa jest dla mnie niezwykle istotna, jak już wcześniej wspominałem. I na pewno nie chciałbym poprzestać na tym jednym wydawnictwie utrwalonym na winylowym krążku. Przypomnę, że w 2007 roku ukazało się bardzo dobrze odebrane wydawnictwo winylowe HATI czyli singiel „Recycled Magick Drones” wydany w niemieckiej wytwórni Drone Records.

 

Wiosną 2011 roku ukazała się płyta cd „VOICES OF THE COSMOS” nagrana z Infamisem (Beast of Prey). Czy mógłbyś coś o niej powiedzieć? Jak doszło do Waszej współpracy?

 

Nigdy wcześniej nie współpracowaliśmy ze sobą na polu muzycznym – tzn. nie graliśmy wspólnych koncertów, ani nie dokonywaliśmy wspólnych nagrań studyjnych. Pod koniec marca 2011 ukazał się wreszcie na płycie cd split album sygnowany jako X-NAVI:ET / ELECTRIC URANUS  “VOICES OF THE COSMOS” (wydany nakładem Beast Of Prey i Eter Records). Każdy z nas przygotował na tę publikację po trzy autorskie utwory. Co łączy wszystkie kompozycje na płycie to fakt, że w dużym stopniu wykorzystują sygnały i dźwięki pochodzenia pozaziemskiego, pozyskane m.in. za pośrednictwem radioteleskopów (promieniowanie radiowe pulsarów, gwiazd, ruchy planet) oraz z nagrań archiwalnych misji kosmicznych (bardziej w wypadku utworów Infamisa). Na płycie znalazły się też dwa artystyczne filmy video autorstwa Chrisa Konkyego,  stworzone do naszych dwóch utworów.  Wydaniu płyty towarzyszyły koncerty w planetariach i obserwatoriach astronomicznych w Polsce (Grudziądz, Częstochowa, Toruń, Piwnice pod Toruniem). Projekt podparty jest naszą współpracą z astronomem Sebastianem Soberskim z Centrum Radioastronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i Planetarium i Obserwatorium Astronomicznego w Grudziądzu. Przyświeca nam idea połączenia dokonań nauk astronomicznych ze współczesną muzyką elektroakustyczną. Natomiast – o czym warto może też wspomnieć – część nakładu płyty trafiła do prenumeratorów dwumiesięcznika poświęconego upowszechnianiu wiedzy astronomicznej „Urania. Postępy astronomii”, wzbogacona o fachowy artykuł o „dźwiękach” z Kosmosu. Album zbiera dobre recenzje, przed nami następne koncerty, które przyznaję bardzo różnią się od nagrań zawartych na płycie, chociażby dlatego, że gramy je razem, w duecie –  tworząc dobrze zgrany zespół. Wideo autorstwa Chrisa Konky’ego do jednego z utworów. http://youtu.be/-iAHJoJLH7M

Czego jeszcze możemy się spodziewać po X-NAVI:ET i HATI?

 

Po wydaniu „Soundtracks for the Dying Moments” mam zamiar grać w różnych miejscach w Polsce i poza granicami kraju, promując tę płytę. Pod koniec 2011 r. roku zrealizowałem muzykę do ponad 20-minutowego filmu traktującego o przemocy wobec zwierząt i ich konsumpcji autorstwa Xaviera Bayle pochodzącego z Barcelony i mieszkającego w Toruniu artysty, pt. „Martial Law”, który będzie prezentowany w różnych miastach i zawiera prawdopodobnie najbardziej ekstremalne oblicze X-NAVI:ET. Dodam, że na bieżąco aktualizowane daty i miejsca wszystkich koncertów HATI i moich znajdują się  na stronie www.myspace.com/xnaviet.

Jeśli chodzi o HATI to warto wspomnieć, że w maju 2011 roku zagraliśmy z  Z’EV-em  ponownie wspólną trasę koncertową po Polsce (udokumentowaną częściowo na płycie Z’EV & HATI „Heart of a Wolf” wydanej przez Zoharum Records) i w studio nagraliśmy materiał, który w przyszłości ukaże się na płycie cd. W kwietniu byliśmy w Nowym Jorku (na zaproszenie Unsound Festival i Instytutu Kultury Polskiej) – gdzie graliśmy z Z’EV-em na Unsound Festival New York Labs i z grupą PAS z Brooklynu (dwa koncerty w stanie New Jersey). Wcześniej wystąpiliśmy z grupą PAS na III CoCArt Music Festival – w związku z promocją wspólnie nagranej płyty sygnowanej jako P.H.A.S.T.I. „The Stages of Sleep – A Metaphor for Torun” i wydanej w styczniu 2011 r. na cd w Nowym Jorku w PAS Records. Płyta jest też wydana w wersji cyfrowej przez wytwórnię Alrealon www.alrealon.co.uk. Historia powstania tej płyty jest niezwykle ciekawa. Powiem tyle, że nie była to sesja planowana – a spontaniczna. 17 kwietnia 2010 r., podczas pierwszego kilkudniowego pobytu w Toruniu muzyków z Nowego Jorku, którzy przyjechali jako jedyni ze wszystkich uczestników na odwołany z powodu żałoby narodowej po „katastrofie smoleńskiej” III CoCArt Music Festival – odbyliśmy wielogodzinną sesję nagraniową w Studio Sferax w Toruniu.

W 2010 roku przez kilka miesięcy współpracowaliśmy ze Sławomirem Ciesielskim (od początku do końca perkusistą Republiki), z którym nagrywaliśmy w Forcie I w Toruniu. Fort I jest pruskim obiektem militarnym wybudowanym w drugiej połowie XIX wieku i cechuje się wspaniałymi walorami akustycznymi oraz wizualnymi. Sławek grał z nami w kilku utworach (część z nich komponowaliśmy wcześniej od podstaw wspólnie), używając takich instrumentów jak marimba, kotły i inne instrumenty perkusyjne, co bardzo wzbogaciło muzykę HATI. Płyta wyjdzie nakładem warszawskiej wytwórni Monotype Records w 2012 roku. Wspomnę przy okazji, że inżynierem dźwięku podczas obu sesji był Bartek Jaworski ze Studia Sferax przy Radio Sfera na UMK w Toruniu, współpraca z którym jest dla nas bezcenna, tym bardziej, że poznał dobrze naszą muzykę będąc naszym kierowcą na wielu koncertach w Polsce i Europie Zachodniej w latach 2009-2011. Jest on również autorem analogowego masteringu „Soundtracks for the Dying Moments”. Oprócz tego kiedy tylko mogę spędzam czas w moim domowym studio i nagrywam utwory.  W maju 2012 r. ukaże się na cd album „brain overloaded”, sygnowany również jako X-NAVI:ET – w Zoharum Records, w serii zatytułowanej IYHHH (promującej polskich artystów z kręgu postindustrialnej elektroniki i elektroakustyki).

***

Na koniec pozwolę sobie dodać kilka istotnych informacji technicznych odnośnie oprawy graficznej płyty winylowej „Soundtracks for the Dying Moments”. Autorką rysunku na okładce jest mieszkająca w Toruniu artystka Ewa Bińczyk, doktorantka Wydziału Sztuk Pięknych UMK, specjalizująca się w grafice warsztatowej: www.ewabinczyk.pl  Dla mnie jest to praca niezwykła i szukając odpowiedniego motywu spośród kilkudziesięciu innych od razu wiedzieliśmy, że tylko ta może być na okładce. W moim mniemaniu odzwierciedla w sposób graficzny (albo – jeśli ktoś woli – symboliczny) wszystkie tytuły/tematy płyty – więc ściśle koresponduje z muzyką na niej zawartą.

Twórcą ręcznie wykonanych okładek do albumu jest Infamis: www.beastofprey.com

Specjalny patronat nad płytą objęło wydawnictwo Okultura: www.okultura.pl

Rozmawiał Maciej Stankiewicz

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: