Strona główna > Muzyka, People > Z politykiem (i nie tylko) o Klenczonie…

Z politykiem (i nie tylko) o Klenczonie…

Pisanie tekstów z okazji rocznic muzyków przypomina mi trochę kompilatorską działalność podczas tworzenia pracy magisterskiej. Różnica polega na tym, że wtedy nie było co liczyć na miłe niespodzianki. Trzeba było znaleźć to, co pasuje do tematu, odpowiednio uzasadnić i obronić. Rzadko zdarzało się odkrywanie czegoś pasjonującego…

Zbierając sobie materiały do tekstu z okazji 70. urodzin Krzysztofa Klenczona postanowiłem przepytać parę osób, które były mu bliskie albo były blisko niego. Żona, córka, siostra nie zareagowały na prośby o rozmowę. Ale zareagował, i to pozytywnie!, Andrzej Olechowski. Tak, tak, były minister finansów i spraw zagranicznych, dwukrotny kandydat na prezydenta. Wiedziałem, że polityk w przeszłości miał bardzo bliskie związki z muzyką rockową, a z Wojciechem Mannem wytrwale promował ją w PRL-u. Ale, że był menedżerem Trzech Koron dowiedziałem się niedawno.

Jakie mam zdanie o politykach i polityce co niektórzy wiedzą. Nieuświadomionych uświadamiam, że zadanie to jest jak najgorsze. Zwłaszcza o polityczkach made in Poland. Ale minister to klasa międzynarodowa, choć niestety wciąż rodzynek. Wdzięczny będę za to, że będąc na urlopie zgodził się poświęcić mi kilkanaście minut i powspominał swojego nieżyjącego już przyjaciela. Rozmowa wkrótce się pojawi (chyba w całości) na Muzyka.onet.pl, ale podobnie jak na Fejsie, na BWM zajawię ją fragmentem. Nieco dłuższym niż w „gazecie” kolegi Zuckerberga 😉

 

Pana najprzyjemniejsze wspomnienie ze współpracy z Krzysztofem Klenczonem? Może związane z jakąś zabawną anegdotą?

Mieliśmy różne szalone pomysły (śmiech). Między innymi pisaliśmy piosenkę dla Legii Warszawa. Nie wiem dziś, czyj to był wariacki pomysł, ale napisaliśmy taki kawałek. Piosenka miała tytuł „Legia, Legia gola”. Krzysztof napisał do niej muzykę, niespecjalnie skomplikowaną, a ja z kolegą popełniliśmy słowa. Później piosenka została nagrana z Kazimierzem Górskim i całym zespołem Legii w studiu na Myśliwieckiej. Samo pisanie utworu było wydarzeniem, ale takim mniej cenzuralnym. A nagranie było bardzo spektakularne. Ale coś, co powinno być sukcesem i powinno pozostać hymnem Legii Warszawa do dziś, zostało kompletnie zepsute i zniszczone przez, proszę sobie wyobrazić, politykę. Cenzurę. Niebywałe, bo piosenka nie miała nic wspólnego z dysydentami, czy coś takiego. Historia była taka, że w tekście był passus, z którego wynikało, iż mieliśmy na myśli słowo, które się zaczyna na „k”. W dzienniku, który się nazywał „Żołnierz Wolności”, ukazał się artykuł, z którego wynikało, że piosenka zachęca do chuligaństwa, bo chodzi o to, że kibic rzuci butelką. Ta „butelka” w ogóle tam nie pasowała, co wynikało z podziału muzyki i tekstu. Ale tak napisano. Ten artykuł spowodował, że Legia przestała grać piosenkę na meczach i, nie uwierzy pan, sprawą zajął się główny zarząd polityczny wojska polskiego. Ostatecznie pozwolił grać „Legia, Legia gola!”, lecz było już za późno.

 

***

 

Z tej samej okazji zgodził się ze mną porozmawiać red. Marek Gaszyński, legenda polskiego dziennikarstwa muzycznego. Jego wiedza o polskiej muzyce rockowej jest nieprawdopodobna! Słuchałem jego opowieści z wielkim zaciekawieniem, choć trudno mnie zaliczyć do pasjonatów polskiego rocka lat 60. Dowiedziałem się, jaki Klenczon był, jak się zachowywał, co się z nim stało w USA… Redaktora mógłbym słuchać godzinami. Na szczęście pisze też książki, więc część informacji tam znajdę 😉 A jako teaser wywiadu (również Muzyka.onet.pl i być może w całości) daję to, co poniżej:

 

Franciszek Walicki mówił o Klenczonie „Zbuntowany anioł”, a z uwagi na porównania Czerwonych Gitar do Beatlesów określano go też „polskim Johnem Lennonem”. Które z tych określeń bardziej pasuje do Krzysztofa Klenczona? A może ma pan jakieś inne?

Myślę, że żadne nie pasuje. Porównywanie Czerwonych Gitar do Beatlesów to był taki żart wspomagający promocję zespołu. Owszem, łączyły te grupy pewne podobieństwa. Choćby takie, że oba zespoły same dla siebie pisały swoje piosenki. Z tym, że Czerwone Gitary tylko muzykę, a Beatlesi i muzykę, i teksty. Było podobieństwo stylistyczne, czyli melodyjny pop oparty na muzyce rockandrollowej. Może nawet jakieś podobieństwo charakterów dałoby się zauważyć. Zwłaszcza jeśli chodzi o Jerzego Skrzypczyka i Ringo Starra – obaj byli takimi pogodnymi muzykami, skorymi do błazenady, wygłupów. Pamiętam, że kiedyś z Węgier przyszła informacja, że przyjechali do nich na koncerty „polscy Beatlesi”, tak ich tam odbierano. Na tej zasadzie można mówić o jakimś podobieństwie. Wtedy mniej więcej połowa muzycznego świata była opanowana przez stylistykę beatlesowską, choć przecież inne gatunki w Polsce też istniały: Niebiesko-Czarni i Czerwono-Czarni grali inne odmiany rock and rolla, a także soul /N-C/, country/C-C/. Niemniej ta poprockowo-rockandrollowa muzyka wynaleziona przez Beatlesów, trzy gitary i perkusja, czasem z dodatkiem klawisza albo organków ustnych, królowała. No i to zespołowe śpiewanie: były wokalne solówki, ale wszyscy czterej chłopcy musieli śpiewać. W Polsce oprócz Czerwonych Gitar tak naprawdę nikt czegoś takiego wtedy nie robił, może jeszcze Trubadurzy.

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: