Strona główna > Muzyka > Outsiters 12

Outsiters 12

 

Plan był taki, aby część 12. pojawiła się znacznie wcześniej. Niestety, podobnie jak polscy piłkarze zakładałem, że będzie lepiej, wyszło jak zwykle. Mam tylko nadzieję, że ja nieco lepiej piszę niż oni grają😉 W tym cyklicznym wejściu trzy razy polska muzyka – i to świetna! The Band Of Endless Noise, Natural Mystic i Leash Eye. W kolejnym, na pewno pojawią się: Serpentia, 11, Już Nie  Żyjesz, i być może również Miasto oraz Pablopavo z Praczasem.

Jak widać, zestaw zróżnicowany stylistycznie od sasa do lasa. Ostre łojenie, alternatywne klimaty wielobarwne oraz niby reaggae, ale takie nie do końca stricte reggae’owe. Miałem zamiar zamknąć w 12. odcinku „Outsitersów” wszystkie zaległe płyty „z drugiego obiegu”, ale okazało się, że z powodu niedoczasu permanentnego krążków zebrało się tyle, że odcinek rozciągnąłby się na 7-8 stron, ergo – byłby megasprzeczny z założeniami postów blogowych, które nie powinny przekraczać długości ekranu. Jak wiecie, będąc jednostką od dziecięcia krnąbrną aż za często na to uwagi nie zwracam. Sądząc jednakże ze statystyk, nie tylko mnie długość postów nie przeszkadza. Widać trafiam do czytających, nie skanujących😉

***

Ale ad rem. Zacznijmy od zespołu, o którym już na łamach BWM było, i to parę razy. Płyty The Band Of Endless Noise po raz pierwszy słuchałem z pełną świadomością. Wiem, że przed „Blue Nun” były jeszcze dwa krążki i zapewne kiedyś mi się one o uszy musiały odbić, jednakże (wybaczcie artyści) nie zachowało mi się z nich nic w pamięci. I to zdecydowanie może być wina mojej pamięci, nie zaś twórców. The Band Of Endless Noise na swojej trójce robią wszystko (zapewne nieświadomie), aby ciężko ich było zaklasyfikować. I dobrze. Lepiej być poza jakąkolwiek sceną, bo jeśli scena idzie na dno, idzie się na nie wraz z nią. Ci co kiedykolwiek mnie czytali wiedzą, że klasyfikacje to nie jest coś, co lubię. Z The Band Of Endless Noise problem jest spory, bo gdy słucha się piosenek z „Blue Nun” to jest trochę grania romantyczno-progresywnego typu No-Man, Antimatter, niemało dudniącego bębnienia o prawie transowym charakterze, schowanej delikatnie nieśmiałej i dość minimalistycznej elektroniki, fajnego kolorowania instrumentalnego (filmowego wręcz). Pod Głównią powierzchnią utworu można wychwycić jakby przytłumioną, dochodzącą z drugiego pokoju mocniejszą gitarę, plumkanie jazzowe. Rekapitulując, zasiadając do słuchania The Band Of Endless Noise „Blue Nun” nie ma szans na to, że po pierwszej piosence wiemy wszystko i w spokoju możemy oczekiwać końca. Zmieniają się nastroje, siła emocji, wokale (męskie i żeńskie są). Wcale nie jestem zaskoczony czytając, że The Band Of Endless Noise puszczał niezapomniany John Peel, że ich nagrania masterował Bob Weston, współpracownik Steve’a Albiniego, że wydawani są poza Polską. W tej muzyce zawsze jest coś ciekawego, frapującego, a wymagający odbiorca czegoś takiego pragnie. Pozostaje mi pogratulować serdecznie materiału, a wydawcy – Falami – kolejnego znakomitego nabytku. No i oprawa graficzna jak zwykle w przypadku tej wytwórni znakomita.

***

Pozycja numer dwa z omawianych w „OU 12” to Natural Mystic i „Full Steam Ahead”. Czytający mnie wiedzą, że reggae to nie do końca moja bajka i raczej mnie nuży niż zachwyca. Ale takiej Papriki Korps, na przykład, słucham z przyjemnością. Inaczej, w reggae musi coś być, abym zatrzymał się przy nim na dłużej. Muzyka Natural Mystic coś takiego ma. I nie chodzi tylko o świetną okładkę, aczkolwiek nieco kojarzącą mi się pod względem pomysłu z oprawą ostatniej płyty Michała Jelonka. Zawarte na „Full Steam Ahead” reggae raz, że nie jest w 100 proc. czystym reggae, dwa to krążek akustyczny. Ale pary faktycznie mający sporo. O co chodzi? Choćby o to, że czasem na planie pierwszym jest jazz, słychać wpływy tanga (akordeon), trochę zalatuje mi nawet westernem, swojskim folkiem. No i, o ile mnie receptory nie zawiodły, nic nie było śpiewane o Babilonie, systemie, Zionie, Syjonie (tak, wiem, że to znaczy to samo), a to naprawdę rzadkość. Jah jest, nie przeginajmy, jakiś związek z tradycją być musi😉 Fajnie śpiewają Gabriela i Marcin, czasem po polsku, czasem po angielsku. Znakomicie, dynamicznie to brzmi i producentów, mikserów i masterów niemała zasługa w tym, że choć instrumenty są akustyczne, z niektórych numerów wypluwany jest potężny ogień. Z tak zagranym i zaaranżowanym materiałem Natural Mystic może ruszać spokojnie na koncerty, a wiara kulasy gubić będzie masowo i pląsać z rozkoszą.

 

***

Last na dziś, but absolutnie not least! Leash Eye i album „V.I.D.I.”. Wstyd mi, że aż tyle ta płyta musiała czekać i żal, iż nikt z mediów nie wyraził chęci zamówienia jej recenzji. Nic to, od czego jest BWM! Nie można dopuścić, aby o tym materiale zapomniano, by zbyt szybko pokrył go kurz. Bo jest naprawdę znakomity i trzeba go promować, wpychać, gdzie się da!
Leash Eye straciłem na pewien czas z horyzontu. Gdy znowu wpadli mi w oko, sądziłem że mają na koncie z osiem płyt, a okazuje się, że „V.I.D.I.” to dopiero dwójka. No ale Opath miał sporo zajęć z Corruption, a zapewne jeszcze jakosik na kufel chleba, szklankę łyskacza i struny gdzieś zarabia😉 Znalazł jednak czas na skomponowanie z kumplami kilkunastu zaj….ych numerów, które w ultramegaskrócie opisałbym tak – weź drugi krążek BLS, Rainbow „Rising” i Kyuss „Welcome To Sky Valley”, wymieszaj, i jest. Oczywiście nic nie ma prostego na tym świecie, a na pewno w tym kraju, zaś jeszcze pewniej w muzycznym uniwersum. Pewnie, że można tu dodać Purpli, Sabbathów, High On Fire, Allmanów, i parę innych zespołów. Inspiracje mieszają się, co plusem jest wielkim. Nic jednoznacznie się w uszy nie rzuca, wyraźnie nie przeważa. Do tego nad całością unosi się klimat harleyowi-imprezowy, mający czasem aurę odpowiednio zaokrąglonej niewiasty, która będzie gotowa na wszystko, gdy zaserwujesz jej takie dźwięki, jak na „V.I.D.I.”😉 Chyba nigdy wcześniej w polskiej metalowej kapeli nie słyszałem tak świetnie (i tak często) wykorzystanych Hammondów (wielkie brawa, Voltan). Warszawianie przekonująco wypadają w dość wolnych ciężarach, szybkich wyścigach (zajefajny „Headfin’ For Disaster”), podszytych bounce’ującą erotyką wyzwalaczach headbangingu / skakania („Open Up, Chis!”). Największe wrażenie zrobiły na mnie jednak kompozycje najdłuższe (porównanie do Rainbow pojawiło się wcześniej nie bez powodu, bo coś ze „Stargazer” w epikach Leash Eye jest). Mam na myśli „Her Rose’s Flavor” i „The Warmth”. Całość brzmi zawodowo, do czego przyczynili się walnie Heinrich i Orion (obaj Vesania, ten drugi rzecz jasna również Behemoth). W „Trucker Song” wspomógł Leash Eye Piotr Cugowski, chyba najlepszy w tej chwili rockowy wokalista w Polsce.
Liczę na to, że jak do Polski zaczną przyjeżdżać legendy oldschoolwego rocka i metalu, a koncerty będzie organizować Metal Mind, to wsadzi na suport właśnie swoich podopiecznych – Leash Eye (może też dodać Kruka, choć to bajka inna nieco). Warto byłoby taką kapelę pokazać zachodnim kolesiom, coby wiedzieli, że u nas też łoić porządnie potrafią.

  1. 28/12/2011 o 10:13 pm

    Dziękujemy ładnie za dobre słowo o Nas!!! Pozdrawiam, Sebastian Pańczyk, Leash Eye.

    • 29/12/2011 o 1:29 pm

      Dziękuję za świetną muzę, to dzięki niej to dobre słowo🙂 Czekam na więcej oraz na następne koncerty!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: