Strona główna > Muzyka > Outsiters part 7 – Godzina Czarownic

Outsiters part 7 – Godzina Czarownic

Spłacam w dalszym ciągu dług wdzięczności wytwórni Witching Hour i jej niezawodnemu szefowi Bartowi Krysiukowi. Zgodnie z zapowiedzią z części szóstej poświęcę kilka słów kilku wydawnictwom z tej stajni. Nie będzie rozpisywania się o wznowieniach demówek Behemoth, bo recenzja tychże została, o dziwo!, zamówiona przez Onet i w dziale recenzji serwisu muzycznego możecie dowiedzieć się, co na ich temat myślę (zdradzę, że myślę całkiem dobrze). Zgodnie z przyjętym założeniem na początku cyklu, będzie o tych tytułach, które, nad czym ubolewam, szerzej opisane zostaną pewnie prawie wyłącznie w serwisach dedykowanych ekstremalnej muzie albo wortalach dopuszczających opinie o graniu, które u nas wciąż jeszcze gros uważa za coś niepoważnego. Wierzę, że ZZ, czyli Zbyś Zegler (patrz linki do blogów po prawej), popełni coś na ich temat na forum WP. O Iperyt już nawet popełnił. Sądzę, że nie przepuści też nowej płycie Azarath 😉

Okładka EP-ki

Krążka „Blasphemers’ Maledictions” jeszcze nie posiadam, ale od jakiegoś czasu mogę się rozkoszować zapowiadającą go EP-ką „Holy Possession”. I jest to miód na uszy każdego wielbiciela mrocznej ekstremy. Black metal zagrany i wyprodukowany na światowym poziomie. Nowe kawałki zespołu reprezentowane są przez numer tytułowy. EP-kę uzupełnia jeszcze jeden numer – piekielnie bezlitosny cover Damnation „Rebel Souls”. W zespole tym przed laty bębnił Inferno. Brzmi to zabijająco o co zatroszczyli się w Hertzu Sławek i Wojtek Wiesławscy. Strzępy informacji, jakie docierają do mnie na temat „Blasphemers’ Maledictions” są jednoznaczne – materiał zabija. Nie wątpię i z całością rychło się zapoznam.

Świetna okładka autorstwa XaayaNawet bracia Wiesławscy nie pomogli innemu muzykowi Behemoth, Sethowi, i jego Nomad. Nasyconemu do bólu intrami i outrami krążkowi jego kapeli – „Transmigration Of Consciousness” – mastering w wykonaniu ekspertów z Białegostoku i realizacja sesji przez też nie byle kogo, bo Maltę, na niewiele się zdała. W ogóle to nie żre, gitary zamiast łoić bez litości jakoś tak dziwnie bzyczą. To niby ma być wedle opisu transowy death metal, lecz prędzej wpadnie się przy jego słuchaniu w nudę niż przeniesie w inny wymiar. Odniesienia do Nocturnus?! No proszę Was… Amerykanie, przynajmniej na jedynce i momentami na dwójce, poza zbudowaniem klimatu postarali się o kompozycje, które siedzą w głowach do dziś! Numery, w których coś się działo i działo się z sensem. „Lake Of Fire” pamiętam do dziś. A tu wszystko jakoś tak lata bez ładu i składu. Jedynie oprawa graficzna jest świetna. Xaay wykonał robotę wręcz genialną. Ale sam artwork to za mało. Można odpuścić.

Okładka płytyZ Iperyt i płytą „No State Of Grace” mam pewien problem. Nie jestem przyzwyczajony do automatu perkusyjnego w tak ekstremalnym graniu, choć przecież takie Sarcofago stosowało go nie raz i nie dwa. W Ministry owszem, w Sisters Of Mercy, do zniesienia. Przyznaję, ciężko słuchało mi się tego odhumanizowanego, zaprogramowanego dudnienia. Na szczęście zdobyłem się na posłuchanie „No State Of Grace” parę razy, jakoś przezwyciężyłem niechęć do garów „z puszki” i stwierdzić muszę, że Iperyt potrafi pisać ciekawe, klimatyczne kawałki. Utkwiły mi w pamięci dwa pierwsze – „No State Of Grace” i „Scars Are Sexy”, i dwa ostatnie – „The Player” i „In Morbid Rapture”. Podstawowe pytanie, jakie zadaje mi zwykle Adaś Śliwakowski, szef Metal Shopu (link znajdziecie po prawej; zakupy gorąco polecam), gdy dzielę się z nim tym, że posłuchałem czegoś nowego, brzmi: „Będziesz do tego wracał?”. Pewny nie jestem, ale Iperyt na pewno będę się starał śledzić baczniej niż do tej pory.

Fajna okładka, świetna płytaAbsolutnym numerem jeden z tej paczki jest powrotny materiał Mastiphal – „Parvzya”. Znakomity, świetnie brzmiący, tętniący wściekłością i pasją materiał. Dobrze, że Flauros wziął sobie wolne od Darzamat. Wyszło to na dobre i jemu, i Nerze, która z NeraNature gościła nawet niedawno w „Teleexpressie”! Żadnego numeru nie wyróżnię, bo „Parvzya” jest niezwykle równa. To około 40 minut black metalu, jakiego zawsze słucham z przyjemnością. Są ekstremalne tempa i szaleńczy krzyk, są ciemne jak nie napiszę co klimaty, wciągające niczym akcja pierwszych dwóch „Evil Deadów”. Mam wielką nadzieję, że album zostanie zauważony nie tylko w Polsce. Pomóc w tym może fakt, że miksy odbyły się w szwedzkim studiu Necromorbus, gdzie wcześniej przebywali choćby Watain, czy Destroyer 666. Jak dla mnie, mistrzostwo, które każdemu miłośnikowi łojenia i antychrześcijańskiej retoryki na poziomie, polecam – jakże by inaczej – w ciemno.

W kolejnej części postaram się skrobnąć parę tysięcy słów o odczuciach po przesłuchaniu zamieszkałego w Polsce Walijczyka Gafyna Daviesa, The Sixpounder, NewBreed, solowego George’a Lyncha, może jeszcze Bookera T. Jonesa, Friendly Fires, The Unthanks, Battles, Thurstona Moore’a, Man Man. Stay tuned!

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: