Strona główna > Muzyka, Show-biznes > Overdubs? No overdubs?

Overdubs? No overdubs?

Minęło już trochę czasu odkąd miałem średnią przyjemność skonsumować CD/DVD „Live At Aragon” Mastodon. średnią, bo panom z Atlanty nie udało się oddać wspaniałości choćby „Crack The Skye”, którą zagrali w całości na koncercie. Instrumentalnie bardzo OK, wokalnie znacznie gorzej. Raczej jestem zwolennikiem tego, aby jak najmniej ingerować w nagrania koncertowe w studiu, lecz jeśli zdarzają się takie słabizny, jak w paru momentach na „Live At Aragon”, nie wiem, czy nie lepiej byłoby jednak trochę pooszukiwać.

Parę razy w karierze dziennikarskiej miałem przyjemność rozmawiać z Kaiem Hansenem. W tym raz face to face, przed koncertem Gamma Ray w Spodku (gdzieś to w sieci jeszcze jest, chyba na żółtym portalu). Jak zwykle na koniec zapytałem o plany, a Niemiec odpowiedział, że będą nagrywać koncerty, w następstwie czego metalowa gawiedź dostanie CD i DVD. „Of course, there will be no overdubs” – zaznaczył i puścił do mnie oko. A po chwili powiedział już na poważnie: „Of course, there will be overdubs”, po czym wyjaśnił, że podczas koncertu zawsze zdarzy się jakaś wpadka, a on nie ma zamiaru wciskać ludziom chłamu, tylko towar najwyższej jakości. Można i tak, bo nie wszyscy kupujący płyty chodzą na koncerty i nie zdają sobie sprawy z tego, że podczas występu różne rzeczy się zdarzają, a lewizn w graniu i śpiewaniu nie tolerują. Byleby nie pójść za daleko i nie zrobić płyty sterylnej, jak atmosfera na oiom-ie😉 „Live Insurrection” Halforda mi tu przychodzi na myśl, jako jaskrawy przykład przesady. Type O Negative i ich pseudokoncertówka, to inna liga😉 Mastodon, skoro nie potrafi na żywo zaprezentować się tak dobrze, jak na płycie, to może niech bardziej posłuży się hochsztaplerką, bo od słuchania ich śpiewania (no może poza Brannem) nie robi się człowiekowi zbyt dobrze. Albo niech się podszkolą w tej sztuce. Neil Peart mając lat 39 poszedł na korepetycje z bębnienia, a wtedy był przecież w czołówce światowej perkusistów. Mogą też się pod względem wokalnym wzorować na chłopakach z Green Day😉 „Awesome As Fuck” (CD i zwłaszcza DVD) to mistrzostwo świata. Wiem, granie prostsze, nie ma tylu zmian, łamańców, itp. Mastodon w takim razie powinien mierzyć siły wokalne na zamiary, inaczej wychodzić będę to co najwyżej średnio. Green Day żadnymi wielkimi wokalistami nie są i nie będą, ale pewien wąski zakres mają opanowany znakomicie i błędów/wtop nie zaliczają. Koncertowo świetnie wypada z nieco młodszych choćby Muse, Foo Fighters ocierają się o geniusz rozsiewaną mocą, gigantyczną energią, adrenaliną lejącą się z każdej nuty, szczerością, która przyćmiewa nieliczne słabsze momenty wokalne Dave’a (wariuje za intensywnie i czasem pary mu nie starcza, patrz DVD z Wembley). Inna zupełnie kategoria to płyty koncertowe gigantów rocka. Wtedy naprawdę trzeba było umieć grać, śpiewać, sztuczek konsoletowych nie było za wiele. A wybitnych albumów live z lat 70., 80., 90. jest masa. Akurat dwa dni temu miałem ponownie okazję porozmawiać z Glennem Hughesem. Głównie a propos drugiej płyty Black Country Communion (słyszałem, polecam gorąco!). Żegnając się jak zwykle wspomniałem mu, że „Burning Japan Live” to jedna z moich płyt koncertowych wszech czasów, na co usłyszałem poza podziękowaniami głośne „Oh, yeah!”. Dla niego też jest to krążek szczególny. Choć nie widziałem tego koncertu, wiem że sztuczki studyjne nie były potrzebne, bo Glenn to wokalny mistrz, a miał obok siebie kapitalnych sidemenów, więc nie miało prawa się nie udać. Wersja „Burn” Deep Purple z tego albumu bije na głowę tę oryginalną. Zdradzę jeszcze tylko tyle zanim pojawi się pełny zapis, że nie ma szans na reaktywację Deep Purple Mark 3, bo Glenn ma kontakt tylko z Davidem Coverdale’em.

Steve Lukather mówił mi kilka miesięcy temu, że nie rozumie, skąd się bierze tyle gwiazd, które w zasadzie nie wiadomo, dlaczego nimi zostają, co robią. „Kiedy ja zaczynałem, dostanie się do show-biznesu wymagało naprawdę ciężkiej pracy i niemałych umiejętności” – mówił mniej więcej w ten deseń. Nad odpowiednim wrażeniem na koncercie naprawdę trzeba się napracować. I trzeba się dobrze zastanowić, zanim się to pokaże ludziom.

A Wy wolicie koncertówki z overdubs, czy bez? Podzielcie się swoimi uwagami i ulubionymi tytułami.

 

 

Obejrzałem też niedawno film, do którego początkowo byłem nieco uprzedzony, bo estetycznie seks dwóch mężczyzn jest dla mnie obrzydliwy. Okazało się, że strach miał wielkie oczy. Holenderski „House Of Boys” to dramat w trzech aktach, w którym motywem przewodnim jest gorąca miłość dwóch młodych mężczyzn, brutalnie przerwana przez do dziś nieuleczalną chorobę, AIDS. Tak, też mi się z „Filadelfią” skojarzyło🙂

Jest rok 1984. Tytułowy dom chłopców to klub gejowski w Amsterdamie, w którym pracę, barmana, potem erotycznego tancerza, podejmuje Frank. Pierwszą spotkaną w nim osobą jest Jake, gwiazda, ulubieniec zamożnych klientów. Deklaruje się jako hetero. W „House Of Boys” pracuje, żeby zarobić na lepsze życie z dziewczyną. Frankowi od razu wpada w oko. Gdy związek Jake’a rozpada się, między młodymi mężczyznami rodzi się gorące uczucie.

W filmie Jean-Claude’a Schlima sporo jest stereotypów, znanych z produkcji poświęconych gejom. Frank to przystojny młodzieniec jakby wycięty z magazynu dla młodzieży, z dobrej mieszczańskiej rodziny, mieszkającej w okazałym domu. Ale w 1984 roku, w takiej familii geje tolerowani nie są. Nawet w liberalnej obyczajowo Holandii. Frank musi więc uciekać z domu. Ucieka też Jake, z prowincjonalnej Ameryki, w której seksualnie wykorzystuje go ojciec. Wiąże się z kobietą, kocha ją, ale ona łamie mu serce. Po pewnym czasie dociera do niego, że pisane mu jest życie u boku mężczyzny. Stereotypy jednak nie przeszkadzają, bo reżyser wiedział, jak ciekawie zbudować postacie i podjąć pozornie oklepany wątek.

Jedni w „Domu chłopców” swojej płciowości szukają, eksplorują ją z młodzieńczym zapałem, inni ją znaleźli i tylko od uzbierania pieniędzy i zabiegów medycznych zależy, kiedy rozpoczną życie w prawdziwej skórze (kapitalna postać Angelo). Są postacie o złotym sercu, które wyłowiono z rynsztoka, które dla każdego znajdą czas, miejsce i dobre słowo, bo same wiele przeszły (Emma). Klub, poza dekadencką, perwersyjną atmosferą, nagością młodych panów, kiczowatym wizerunkiem, męskimi pieszczotami w dawce ponadprzeciętnej, jest po godzinach urzędowania miejscem, w którym rodzi się miłość i przyjaźń. W którym jest miejsce na bezinteresowną pomoc. Więzi okazują się trwałe nawet w sytuacji, gdy jednego z panów dopada gejowski rak, jak wtedy określano AIDS. Wciągająco opowiadają nam historię młodzi i mało znani aktorzy, Layke Anderson, Benjamin Northover, czy Steven Webb.

Schlim przejmująco, chwilami wzruszająco pokazał niestety do dziś skazaną na porażkę walkę z AIDS i towarzyszące tym zmaganiom oddanie, poświecenie, lojalność, solidarność i miłość do samego końca. Wyszło mu to równie przekonująco, jak sportretowanie eksplodującej seksualności i poszukiwanie tożsamości płciowej przez młodych mężczyzn.

Choć historia wesoła nie jest, nie brakuje w niej momentów do śmiechu. Przyczynia się do tego w niemałym stopniu inteligentnie zabawny i złośliwy Angelo, a także Udo Kier. Niemiecka legenda kina odtwarza postać burdeltaty „House Of Boys” o ksywce Madame, będącego jednocześnie aktorem. Przebrany za drag queen wygląda przekomicznie, jakby był babcią Lady GaGi. Obraz jest nie tylko dla przedstawicieli społeczności LGBT. Także ci, którzy są „straight” vel „normalni”, powinni go obejrzeć. Refleksje nad życiem seksualnym i konsekwencjami tegoż, zaleca się bez względu na orientację. Bez nich konsekwencje mogą być straszne. W „House Of Boys” pokazano to nad wyraz dobitnie.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: