Strona główna > Muzyka, People, Show-biznes > Heroin & tequila

Heroin & tequila

 

Zapowiadałem i w końcu obietnicy dotrzymuję. Krótkie refleksje po zetknięciu się z literackim próbami megaćpunów, ultramegarozpustników i gigarockandrollowców. I jak się z upływem stron okazywało, także niezłych biznesmenów.

„Heroin Diaries: A Year In The Life Of A Shattered Rock Star” Nikkiego Sixxa to głównie zapis tego, co porabiał on w 1987 roku podczas trasy promującej „Girls, Girls, Girls”. Głównie, bo Amerykanin dzieli się też tym, jak wyglądało jego życie codziennie w rezydencji Van Nyus w Kalifornii. Fajnie ów dziennik jest skonstruowany, bo pod zapiskiem z danego dnia zwykle pojawia się współczesny komentarz samego Nikkiego, kolegów z zespołu, menedżerów, siostry, mamy i byłej kochanki. Wchłania się go błyskawicznie, choć liczy sobie ponad 400 stron. Życie Sixxa w 1986 i 1987 roku było banalnie proste – strzelić działkę, pojechać na harleyu do knajpy, przelecieć jakąś pannę w kiblu, wrócić, strzelić działkę, coś pobrzdąkać na gitarze, odlecieć, zasnąć, obudzić się, mieć paranoje. Jeśli przesadzam z tym streszczeniem planu dnia, to naprawdę niewiele. Jest kupa śmiechu, gdy Nikki opisuje, jak czuwał z bronią w ręku na podłodze domu, bo wydawało mu się, że jest okrążony przez mini-Meksykanów w wojskowych hełmach😉

O kobietach jest sporo, głównie w kontekście użycia ich, bo Sixx i jego koledzy byli w opisywanych latach na tym etapie sławy, że w zdobywców niewieścich wdzięków bawić się nie musieli. Wdzięki czekały na nich wszędzie, a oni (w zasadzie w sporej mierze ich menedżerowie) bawili się jedynie w selektorów. Dowiedzieć się o Nikkim i jego kolegach z zespołu można tego, że nie było dla nich słów/zwrotów w stylu „nie”, „nie ma”, „nie da się”, „nie można”, itp. Jeśli coś chcieli, brali to, ewentualnie żądali, aby im dostarczono. Faktem jest również to, że ci, którzy kręcili się wokół nich, zjadali niezłe odpady z pańskiego stołu. Ross Halfin, ceniony w świecie muzyki fotograf, opowiada szczerze, że dzięki chłopakom nie raz zakosztował rozkoszy i nawet brał udział w gang bangu – na wyraźne życzenie napalonej panny. Panów do zaspokojenia było 43, Halfin był miło zaskoczony, że przypadł mu w udziale numerek czwarty w kolejności chędożenia. Trochę informacji powtarza się z książki „The Dirt„, choćby te o ekscesach na trasie w Japonii, o przedawkowaniu Sixxa, jego śmierci klinicznej i niemal natychmiastowym udaniu się do dilera po przebudzeniu się dzięki zastrzykowi z adrenaliny w serce. Ale nie było w bio zespołu tak wiele o niejakiej Vanity, która potem przeżyła nawrócenie religijne, a z Nikkim ćpała jak szalona, miała jeszcze większe paranoje, a wcześniej zadowalała również Prince’a.

Nie było też chyba o tym, jak Mötley Crüe odzyskali prawa do swoich płyt, właśnie dzięki Sixxowi, a konkretnie temu, że wszędzie, przy każdej okazji lżył niemiłosiernie prezes wytwórni i ta mając dość, oddała mu prawa do katalogu. Dykteryjek i ciekawostek jest jakieś 200 stron na ponad 400. Co mi się podoba, Nikki wcale nie pisze pod koniec, że był idiotą, iż tyle ćpał, że nie należy robić tego, co on, etc. Nie jest mentorski i przemądrzały. Wychodzi na kogoś, kto ma poczucie humoru, muzykę kocha na zabój i – co dla takiej gwiazdy nie jest typowe – ma spory dystans do siebie. Kiedy w kalendarium lat późniejszych, zamieszczonym na końcu dzienników pisze o sobie, wspomina choćby, że w roku xxxx poznał przyszłą byłą żonę😉 A mantrą książki jest tytuł jednego ze znakomitych kawałków z płyty Saints Of Los Angeles „Chicks = Trouble”😉

Dziś Sixx to nie tylko gwiazda sprzed lat, lecz również ceniony dziennikarz radiowy, niezły fotograf, no i celebryta, który dużo bywa (więcej niż trochę lepszego sortu niż nasi). Polecam jego audycję Sixx Sense, której można słuchać w sieci. Wiedza i elokwencja faceta, który przepuścił przez swój organizm fabrykę chemiczną, bardzo imponuje.

 

Vince Neil nie jest tak zabawny, jak Nikki. Ewidentnie nie ma tej błyskotliwości, inteligencji i takiego robaka szaleństwa w sobie. Przyznaje, że ma kłopoty z mówieniem, że w towarzystwie jest nieśmiały. Autobiografia „Tattoos & Tequila: To Hell And Back With One Of Rock’s Most Notorious Frontmen” pokazuje nam wokalistę MC jako kolesia, który jest ewidentnie opętany na punkcie kobiet i bez ich żyć nie może. O ile pozostali koledzy z zespołu sporo eksperymentowali z dragami, Neil głównie pił i chędożył. Talent do śpiewania miał, lekcji trochę pobierał, faktycznie jeździł z siostrą na łyżwach i mieszkał w dzielnicy, gdzie porachunki gangów były na porządku dziennym. Uczyć się nie chciał i nie lubił. Ale na scenie czuł się – czuje do dziś – jak ryba w wodzie. Z czasem okazało się, że sama scena nie wystarcza i trzeba mieć wiele wiedzy, aby nie zginąć w show-bizie.

Z Upływem stron poznajemy Vince’a jako zdolnego biznesmena, który w Las Vegas prowadzi bodajże pięć interesów o milionowych dochodach. Jest znana z „The Dirt” przerażająca opowieść o śmierci na raka córki Skylar i wypadku, w którym zginął Razzle z Hanoi Rocks. Sporo bluzgów pada pod adresem menedżerów MC, których Neil traktuje dziś wyłącznie jako tych, z których pomocą ma wydoić jak najwięcej kasy dla siebie, w zamian dając im jak najmniej. Dużo o wokaliście mówią byłe żony. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, co pisze o relacjach z Nikkim, Tommym i Mickiem. Okazuje się, że nie ma już między nimi przyjaźni, serdeczności. Jest tylko biznes. Jeśli pisze się o kolejnej trasie zespołu, to znaczy, że menedżer Vince’a wynegocjował odpowiednią stawkę dla szefa i wymógł na menedżmencie pozostałych panów, aby koncerty w najmniejszym nawet stopniu nie kolidowały z prowadzeniem interesów przez Neila i zawarł wszystkie inne warunki, których złamanie skutkuje natychmiastowym wycofaniem się wokalisty z tournée. Niby Vince pisze, że wciąż są jak bracia, którzy raz walczą ze sobą, raz się kochają, lecz nie sposób jest nie dostrzec tego, iż szczerej pasji, wykutej z mozołem koncertami na Sunset Strip już dawno nie ma. Została maszynka do robienia pieniędzy. Wciąż niezłych.

Szkoda, że marne (zerowe) są szanse na to, by Mötley Crüe zawitali do Polski z Poison i New York Dolls. Gdybym był ważnym politykiem (u nas to niestety same polityczki są), walczyłbym jak lew (którym zresztą jestem) o zniesienie wiz do USA, aby choć kilka osób mogło tam polecieć, zobaczyć wielkie gwiazd pudel metalu i opisać ich koncerty😉 A nuż udałoby się wkręcić na backstage (Polak w końcu potrafi) i zobaczyć, co panowie porabiają? Obydwie książki polecam gorąco. Sprowadzenie ich przez angielski Amazon kosztowało z 60 PLN, a radochę miałem ogromną. Tak, jak ci dwaj, to żaden polski rockandrollowiec nigdy bawić się nie będzie😉

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: