Strona główna > Muzyka, People, Show-biznes > Bóg jest gejem (Japanese bonus track) ;)

Bóg jest gejem (Japanese bonus track) ;)

Happy New Year 2011! Wszystkim zaglądającym na „Buszującego…”, czy to z radością i  ekscytacją jak u nastolatek, które dostały pukiel włosów któregoś z Kaulitzów, Jareda Leto albo otarły się o spocone koszule kolesi z Billy Talent, czy też z nieskrywaną pogardą, obrzydzeniem, paraboliczną abominacyą śledzą pamiętnik muzycznego subiekta😉 Autor nie przeszedł na drugą stronę tęczy, nie stał się ultrasem, który poza kałamarz, pióro i papier się nie wychyla, nie obraził się  na cały świat za niskie statystyki. A rebours! Państwo WordPressostwo, reprezentowane przez trzy osoby, wysłało mi nawet jakieś podsumowanie statystyczne za minione 12 miesięcy, kończąc komunikat „We think You did great!”. Well, no co ja na to poradzę, że jestem ładna, fotogeniczna, i tak dalej😉 But seriously, sprawa jest ważna, uzupełniająca. Nazwa postu ponownie nie jest chytrze zaplanowanym w trakcie burzy mózgów menedżerów z MBA atakiem na zaciągnięcie na bloga jak największej liczby cyberdusz. Co niektórzy może zdążyli w zawierusze świąteczno-noworocznej zauważyć, że na Muzyka.onet.pl pojawił się (w końcu) zapis mojej rozmowy z Robem Halfordem. Kolejne marzenie spełnione.  Ponad 40 minut konwersacji z kapitalnym wokalistą, przemiłym i przeinteligentnym człowiekiem. W „rozbiegówce” wywiadu nie napisałem wszystkiego, ale rozmowa była kilka razy przekładana. Coś Robowi wypadało, był w trasie, sprawa zrozumiała. Menedżment informował odpowiednio wcześniej, więc i wk…e me było zerowe. Bałem się tylko, bo święta zbliżały się coraz szybciej, że z wywiadu może ostatecznie nic nie wyjść. Szczęśliwie odbył się.

Zabawna sprawa. Akurat kumpel namówił mnie (nie wiem, jak on to robi,że wciąż mu się raz na kwartał udaje) na przybycie do niego i obejrzenie meczu Lecha z Juve. Futbolem w odmianie nadwiślańskiej, która w Europie Zachodniej i Wschodniej się nie przyjęła, pogardzam tak mocno, jak tymi wszystkimi sk…mi maltretującymi zwierzęta, o których pisano ostatnio na Facebooku (w tej kwestii ciemnogrodzianin ze mnie wychodzi, który kary mutylacyjne i śmierci zdecydowanie by przywrócił). Nevermind. Właśnie tego meczowego dnia Rob zadzwonił punktualnie o 21, jak zapowiadano. Ja ucinałem sobie pogawędkę z Bogiem Metalu w jednym pokoju, kampel wznosił się na szczyty sportowej ekscytacji w drugim🙂 Poczułem się naprawdę fajnie, gdy Rob naprawdę smutnym głosem powiedział: „Sorry Les, but I have to go to Madison Square Garden”. Licznik dyktafonu pokazał 41 minut. Les, to moje międzynarodowe imię, jakby ktoś nie wiedział😉 A Rob tego wieczoru występował w MSG jako support Ozzy‚ego Osbourne’a. Namawiał mnie, żebym koniecznie wybrał się na koncert Ozzy’ego, bo ponoć jest w znakomitej formie, a zespół gra tak, że tynk z sufitu leci, zaś ludzie wychodzą z siebie. Fajnie, tylko czemu Osbourne musi grać w Polsce na jej drugim końcu?! Liczę, że przyjedzie do Pragi, do której mam 600 km bliżej niż do pięknej hali nad średnio pięknym polskim morzem. Ale, I digress again, jak pisze często Lemmy w biografii…

Na potrzeby Onetu tekst pierwotny został przeze mnie skrócony. Teraz, na „Buszującym…” i tylko tu, wklejam jego pełną wersję😉 Enjoy it! I trzymajcie kciuki, żeby Judas Priest w końcu do Polski przyjechał. Szans na zobaczenie ich będzie, niestety, coraz mniej.

Bóg jest gejem

Rozmowa z Robem Halfordem

 

Życie zaczyna się po 50. Rob Halford na pewno może się to potwierdzić. Wokalista legendarnych Judas Priest chyba nigdy nie był tak bardzo aktywny, jak obecnie.

 

O wielkości muzyka świadczą jego umiejętności i kreatywność. Ważne jest także to, jakim jest człowiekiem poza sceną. Rob wokalista to niedościgniony wzór dla metalowych śpiewaków. Nie bez powodu nosi przydomek Metal God (ang. Metalowy Bóg). Jest odważny. Jako pierwszy w nasiąkniętym kultem macho świecie heavy metalu miał odwagę przyznać się do homoseksualizmu. Poza sceną Rob nie ma w sobie nic z boskiego przydomka. To dżentelmen ze starej, dobrej angielskiej szkoły. Inteligentny, uprzejmy, skromny, chętnie i ciekawie odpowiadający na pytania. A mówić ma o czym. Blisko 40 lat grania z Judas Priest, kilkanaście lat kariery solowej, mnóstwo wielkich przyjaciół wśród artystów, setki anegdot – dałoby się na tej podstawie napisać opasły wolumin, który czytałoby się z zapartym tchem.

 

Niespełna rok temu na łamach Muzyka.onet.pl Rob odpowiadał na pytania w związku z premierą świątecznej płyty „Halford III: Winter Songs”. Teraz mieliśmy zaszczyt rozmawiać z Metalowym Bogiem z powodu kolejnego studyjnego krążka zespołu Halford – „Halford IV: Made Of Metal”. Rozmowę trzeba było parę razy przekładać. W końcu się udało. Rob miał kilkadziesiąt minut czasu na rozmowę. Chętnie pogadałby drugie tyle, ale tego wieczoru supportował w Nowym Jorku swojego przyjaciela Ozzy’ego Osbourne’a. Wcześniej wyczerpująco odpowiedział między innymi na pytanie, czy jest szansa, aby zaśpiewał z Lady GaGą. Wspomniał też Dimebaga Darrella i Ronniego Jamesa Dio.

 

Kilka dni temu zakończyłeś trasę po Japonii i Ameryce Południowej, a już grasz koncerty z Ozzym Osbourne’em w USA. Najdalej co dwa, trzy dni pojawia się news o tobie lub wywiad z Tobą. Choć nie jesteś młodzieniaszkiem, zdajesz się być nienasycony i pełny energii. Skąd jej tyle u ciebie? Ponieważ robisz to, co zawsze kochałeś?

 

ROB HALFORD: Myślę, że jest tak właśnie dlatego, bo robię to, co szczerze uwielbiam. Ja nazywam to coś dla własnego użytku „metalowym duchem”. To bardzo silne, niewygasające uczucie. Mogę też powiedzieć prościej – kocham grać koncerty i uwielbiam śpiewać dla moich fanów z różnych części świata. Kiedy stoję na scenie to wiem, że takie życie było mi przeznaczone. Wtedy czuję, że spełniam rolę, którą ktoś, gdzieś dla mnie napisał. Minęło przecież tyle lat, a to, co robię wciąż mnie fascynuje. Moja pasja nigdy nie zniknęła, a dziś jest chyba silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Uważam się za szczęściarza, że mogę ciągle pracować, a do tego przeżywać tak wiele wspaniałych chwil w różnych miejscach na ziemi.

 

Gdy zaczynasz grać z metalowym zespołem, na początku zawsze jest ogromna ekscytacja. Nagrywasz płyty, jeździsz w trasy, na których zdarza się masa zabawnych i wspaniałych sytuacji. Z upływem lat, jeśli wytrwasz, takie życie staje się dla ciebie coraz ważniejsze. Zwykle jest tak, że z wiekiem zaczynasz nieco inaczej myśleć o sobie i twoim miejscu na świecie. Z wieloma metalowymi wokalistami, w tym ze mną, jest tak, że lata mijają, a nasze uczucia, nasze podejście do tego, co robimy, nie zmienia się. Przeciwnie, przybywa nam pasji i mocy, mamy niekończącą się ochotę do tworzenia więcej i więcej muzyki. To chyba najmocniejszy dowód na to, jak bardzo kochamy to, co robimy.

 

 

Wiem, że potrafisz doskonale opowiadać historie i masz ich mnóstwo w zanadrzu. Czy doszło coś do twojej kolekcji po trasie japońsko-południowoamerykańskiej? A może zdarzyło się coś wyjątkowego podczas trwającego tournée z Ozzym?

 

No tak, ciągle zdarza się coś takiego, co mi zapada w pamięć [śmiech]. W Limie, stolicy Peru, mieliśmy jedno wariackie zdarzenie. Zaczęło się od tego, że były problemy z wjazdem do kraju z powodu zamieszania wywołanego przez agencję koncertową. To na szczęście udało się szybko załatwić. Później idę przez lotnisko w Limie, na którym nigdy wcześniej nie byłem. I widzę, że są tam setki fanów metalu, które czekają na mnie. Przyznam, że tego się nie spodziewałem. Następnie okazało się, że nie za bardzo możemy opuścić terminalu i dostać się do hotelu. Wyglądało na to, że utkniemy na lotnisku na wiele godzin. I tak się stało. Do hotelu udało nam się dostać około czwartej nad ranem. Musieliśmy trochę odpocząć, bo wieczorem mieliśmy grać koncert. Na scenę wyszliśmy około dziewiątej, czyli o godzinie, o której lubię zaczynać występy. Okazało się jednak, że lokalny promotor nie zadbał wystarczająco dobrze o rozesłanie informacji o naszym koncercie. Nie narzekam, bo frekwencja i tak była więcej niż dobra, a my zagraliśmy świetnie. Ale mój tour menedżer powiedział mi, gdy już byliśmy blisko końca setu, żebyśmy za bardzo go nie przedłużali, bo istnieje poważna obawa, że pod halą pojawi się mnóstwo fanów, wk…ch tym, iż nie dostali informacji o koncercie Halford. Tak więc skończyliśmy, wzięliśmy swoje rzeczy z hotelu i pognaliśmy czym prędzej na lotnisko, aby złapać samolot do Santiago w Chile. Rzecz jasna mieliśmy policyjną eskortę. Choć przy tamtejszym ruchu, niewyobrażalnych korkach, jakich nie widziałem chyba nigdzie indziej, policja za wiele nam nie mogła pomóc. Kilka kilometrów jechaliśmy dwie godziny! Wyobrażam sobie, że w Peru zostawiliśmy fanów, którzy byli zachwyceni naszym koncertem, jak również takich, którzy mieli ochotę rozerwać nas na strzępy, choć w niczym nie zawiniliśmy [śmiech]. Promotor okazał się zbyt leniwy. Podkreślam jednak, że fani byli cudowni i na pewno będę chciał wrócić do Peru z Judas Priest, by pokazać chłopakom z zespołu, co to znaczy kochać metal.

 

Jesteś na trasie z Ozzym. Znacie się od zawsze, jesteście wielkimi przyjaciółmi. Bywało, że zastępowałeś go w Black Sabbath. Wyobrażasz sobie siebie w reality show typu „Rodzina Osbourne’ów”? Byłbyś w stanie znieść to, że jesteś pod stałą obserwacją kamer?

 

Hmmm… Wydaje mi się, że wtedy Ozzy był innym człowiekiem i dlatego się na coś takiego zdecydował. Chyba czekał na coś, na jakieś właściwe zdarzenie. Czasem wydaje mi się, że decyzja o zgodzie na show była dobra, czasem przeciwnie. Faktem jest, że program jest dość śmieszny, często bardzo zabawny. Dziś chyba nie robi to na nikim wielkiego wrażenia, bo niemal w każdej rodzinie wydaje się być ktoś z kamerą, kto wszystko kręci. Wtedy takie doświadczenie było czymś nowym. Prawda, znam Ozzy’ego całe wieki i uważam za swojego wielkiego przyjaciela. Faktem jest również to, że każdy z nas lubi od czasu do czasu spoglądać w przeszłość, bo można z niej wyciągnąć dla siebie cenne wnioski. Ja należę jednak do tych, którzy bardziej koncentrują się na tym, co jest teraz albo co będzie w bliskiej przyszłości. Teraźniejszość daje mi wiele powodów do radości. Nie wiem, czy miałeś okazję widzieć ostatnio koncert Ozzy’ego…

 

Niestety nie.

 

Jeśli będziesz miał okazję, idź koniecznie. Występuję z nim co wieczór i muszę przyznać, że wygląda fantastycznie, śpiewa rewelacyjnie. Nie widziałem go w takiej formie od lat. Ma też znakomitych muzyków towarzyszących. Każda, dosłownie każda piosenka zwala z nóg, a ludzie szaleją. Coś takiego ja przeżywam podczas koncertów z Judas Priest.

 

Jeśli miałbym odpowiedzieć konkretniej na twoje pytanie, to raczej nie wyobrażam sobie siebie w reality show. Poza sceną prowadzę skromne, dość nudne życie. Dbam o swoją prywatność. Nie za bardzo byłoby co oglądać, tak naprawdę. Jeśli właśnie nie objeżdżam świata, staram się żyć tak, jak w czasach zanim zostałem sławny. Chyba bym oszalał, gdybym nie mógł w spokoju zrobić czegoś, co lubię, na przykład przespacerować się po okolicy. Na szczęście mogę to robić i pod tym względem także jestem szczęściarzem.

 

Teraz kilka pytań dotyczących płyty „Halford IV – Made Of Metal”. Jest na niej kilka wyjątkowych piosenek, a jedna z jest dla ciebie szczególna. Chodzi o „Twenty Five Years”. Napisałeś ją, aby uczcić jubileusz 25-lecia życia w trzeźwości. Dokładna rocznica wypada 6 stycznia 2011. Czy pamiętasz, co stało się 6 stycznia 1986 roku?

 

Tak, pamiętam ten dzień. Tarzałem się po moim domu w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, waliłem pięściami w ściany wywalając w nich dziury, na przemian darłem się wniebogłosy i płakałem. Czułem, że osiągnąłem samo dno. Dziś wiem, że niektórzy z nas, aby odzyskać zdrowie, chęć do życia, muszą spaść na dno. Tego dnia, około czwartej nad ranem, jeden z przyjaciół, który był wtedy ze mną, powiedział: „Dobra Rob, dalej już chyba tak nie dasz rady. Chcesz, aby ci pomóc?”. Powiedziałem, że chcę i tak zaczęła się moja droga do trzeźwości. Podjąłem tę jedyną możliwą decyzję, a mój przyjaciel zabrał mnie do szpitala w Phoenix, który zajmuje się leczeniem uzależnień od alkoholu i narkotyków. Spędziłem tam miesiąc i zacząłem się uczyć tego, co było niezbędne do życia w trzeźwości. Moim szczęściem było to, że miałem wsparcie przyjaciół. W końcu przyszedł jednak taki moment, że musiałem troszczyć się o siebie sam. Lekarze wyposażyli mnie w odpowiednie narzędzia, a potem wszystko zależało już ode mnie. Czułem się bardzo silny i czułem, że mi się uda. Nie mogę uwierzyć, że minęło już 25 lat. To wspaniałe.

 

Wiem, że 6 stycznia 2011 spędzę w Anglii. Nie wiem jeszcze, co będę robił, bo staram się żyć z dnia na dzień, nie robię dalekosiężnych planów. Chyba to będzie spokojny dzień. Wiem, że wokół mnie będą członkowie rodziny i przyjaciele, czyli będzie miło. Wiesz, co było dla mnie przez te lata największym odkryciem? To wyda ci się śmieszne, ale była to świadomość, że mogę komponować, śpiewać na scenie i ciekawie spędzać czas poza nią bez konieczności wypicia choćby jednego drinka albo skonsumowania narkotyków. Ktoś, kto przez to nie przeszedł, nigdy nie będzie w stanie zrozumieć, jak wspaniałe jest to uczucie. Doskonale pamiętam, że pierwszy koncert z Judas Priest na trzeźwo zagrałem chyba w 1987 roku w Albuquerque, w Nowym Meksyku. Byłem tak przerażony, że myślałem, iż narobię w gacie [śmiech]! Ale wyszedłem na scenę i nagle wszystko widziałem, słyszałem, od razu reagowałem na muzykę, byłem z nią sprzężony. Wtedy zdarzyło mi się to po raz pierwszy.

 

Kolejne piosenki z płyty, które zapadły mi w pamięć, to „Till The Day I Die”, z powodu gitary, kojarzącej się z bluesowym graniem z okolic Nowego Orleanu, a także „Heartless”. Druga z powodu historii, kryjącej się za jej powstaniem. Wiem, że napisałeś ją po tym, jak Roy Z. [producent, gitarzysta i przyjaciel Roba – red.] wylądował w szpitalu z powodu problemów z sercem, wywołanych spożyciem zbyt dużej ilości mocnej kawy.

 

[Na wspomnienie tego zdarzenia Rob przez kilkanaście sekund zanosi się śmiechem].

 

Czy za jakąkolwiek twoją kompozycją solową lub piosenką Judas Priest kryje się podobnie niesamowita historia?

 

Aż tak niesamowita i dramatyczna to chyba nie [śmiech]. Sporo dziwnych rzeczy działo się, gdy siedzieliśmy w Tittenhurst Park, dawnym domu Johna Lennona, nagrywając „Living After Midnight” [jeden z wielkich hitów z płyty „British Steel” – red.]. Pamiętam, że w 1981 roku nagrywaliśmy w studiu na Ibizie kawałek „Solar Angels” i chcieliśmy wykorzystać specjalny efekt wokalny. Pamiętaj, że to było na lata przed pojawieniem się Internetu i sampli. Przeszukaliśmy studio, teren wokół niego i znaleźliśmy dużą, kilkumetrową rurę. Tom Allom, nasz producent, umieścił mikrofon na jednym końcu, a przez drugi ja wydawałem różne dziwaczne odgłosy. Jeśli wsłuchasz się uważnie w „Solar Angels”, na pewno usłyszysz, że w tym kawałku dzieje się coś dziwnego. To właśnie będą odgłosy, które robiłem przez tę długą rurę.

 

W 2001 roku pojawił się okropny film „Rock Star” [z Markiem Wahlbergiem i Jennifer Aniston – red.]. Miał być oparty na historii Judas Priest, gdy ty odchodzisz i zastępuje cię Ripper Owens. Na szczęście wycofaliście swoje poparcie dla tej produkcji. Ciekawi mnie jednak, czy później nie było propozycji nakręcenia porządnego filmu lub dokumentu o Judas Priest? Moim zdaniem już dawno powinna powstać taka produkcja.

 

Nie, nikt potem się do nas nie zwracał z taką propozycją. Dokument, o ile mi wiadomo, także nie powstał. Rzecz jasna nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ktoś nakręcił o nas porządny film. Lecz trzeba pamiętać też o tym, że wszyscy muzycy Judas Priest bardzo dbają o wizerunek i dorobek zespołu. Szanujemy się nawzajem i od lat nie mówimy o sobie w wywiadach. Pilnujemy, by nazwa Judas Priest pojawiała się w odpowiednim kontekście. W tym aspekcie Jesteśmy jak dobrze funkcjonująca rodzina. Staramy się wszystko robić świadomie. Zarówno jako członkowie zespołu, jak i poza nim w innych projektach.

 

Wszystko robimy w taki sposób, żeby nie narazić na szwank naszego dobrego imienia, bo ono jest bezcenne. Trzeba ciężko na nie pracować i można niezwykle łatwo je stracić, podejmując nieprzemyślane decyzje. Oczywiście rozumiem, i moi przyjaciele z Judas Priest także, że istnieje naturalna ciekawość, aby dowiedzieć się tego, co działo się wewnątrz zespołu. Być może ta ciekawość zostanie kiedyś zaspokojona, choć wydaje mi się, że prędzej ma szanse powstać kompletna biografia zespołu niż film. Uwielbiam to, co robię solo i z zespołem. Jest w tym wielka magia i nie jestem pewny, czy reżyser byłby w stanie uchwycić ją w filmie. Jeśli tak, to sądzę, że nie mielibyśmy nic przeciwko powstaniu obrazu o nas.

 

Zanim zdecydowałeś się na karierę wokalisty kilka lat byłeś między innymi aktorem teatralnym. Wybrałeś muzykę, bo dzięki niej łatwiej można było być zauważonym. Dziś jesteś wielką gwiazdą, legendą. Nie myślałeś o tym, aby dać aktorstwu drugą szansę?

 

Zawsze miałem wielki podziw i szacunek do wszystkich wielkich gwiazd filmowych za to, jak wspaniałe role zagrali. Miałem okazję poznać parę z nich i wiem, że z zewnątrz to wygląda tak, jakby oni tę wielką sławę i popularność osiągnęli z łatwością. A oni dokonali tego, ponieważ niezwykle ciężko na to pracowali. Na początku był oczywiście talent, a potem mnóstwo, ale to mnóstwo prób i zarwanych nocy. Nie wiem, czy dziś stać by mnie było na dobre aktorstwo. Moje jest na poziomie podstawowym. Uwielbiam oglądać aktorów za kulisami, przyglądać się, jak kręcą sceny, jak pracują nad rolą. Niedawno mój przyjaciel Jonas Akerlund [reżyser klipów m.in. Madonny – red.] zaproponował mi pojawienie się w zabawnej reklamówce, którą nakręcił dla Virgin Mobile Phone. Zagrałem z chęcią. Później Jonas zapytał mnie, czy gdyby miał jakiś pomysł na rolę dla mnie, byłbym zainteresowany. Rzecz jasna byłbym. Lubię być na planie, gdy Jonas pracuje i obserwować dokładnie, co i jak robi. Dzięki temu się uczę. Uważna obserwacja to, moim zdaniem, doskonały sposób na zdobywanie wiedzy. Czy będę jeszcze kiedyś aktorem? Nie wiem. Wiem, że chcę być metalowym wokalistą. Ale jeśli pojawi się propozycja aktorska, przyjrzę się jej dokładnie.

 

Wracając do płyty. Używasz na niej głosu nieco inaczej. Mniej jest twojego słynnego krzyku w wysokich rejestrach, pojawia się właściwie tylko w „The Mower”. Częściej śpiewasz w sposób, powiedziałbym, stonowany. Czy to było zaplanowane działanie, czy może coś, co wyniknęło już w trakcie sesji nagraniowej?

 

Na moje szczęście mam głos, którego mogę używać na kilka sposobów. W czasie sesji zawsze jest tak, że w pewnym momencie trzeba się na coś zdecydować. Gdy pracuję z Royem często eksperymentujemy, aby poszukać właściwego brzmienia, odpowiedniej mocy, intensywności piosenek. Wszystko dokładnie omawiamy, a zanim coś zostanie zarejestrowane mija czasem sporo czasu. Wybrane rozwiązanie musi idealnie pasować do mojego głosu, do tego, co chcę nim przekazać.

 

Masz rację zauważając, że nieczęsto śpiewam tak, jak słychać na płycie „Made Of Metal”. Ale są też tutaj typowe zagrywki Roba Halforda, po których można poznać od razu, że to ja śpiewam. Jako artysta wciąż poszukujący, przed każdą sesją nagraniową staram się myśleć o czymś, czego jeszcze nie robiłem wokalnie. Jeśli zaś chodzi o teksty, to w ich przypadku także poszukuję nowej formy wypowiedzenia się, nowych tematów. Na nowej płycie są piosenki, które napisałem całkowicie sam. To też było dla mnie wyzwanie. W ogóle, kiedy zabieram się za nowy materiał nie ma szans na relaks albo spokojne podejście. Zbytnio mi zależy i za bardzo kocham to, co robię, aby pozwolić sobie na luz, czy na odcinanie kuponów od dawnej sławy. Dla Roba Halforda jest jeszcze bardzo, bardzo wiele do zrobienia. I Rob Halford chce tę pracę wykonać jak najlepiej. A tak przy okazji, to cieszę się, że mogłem o tym odpowiedzieć dzięki twojemu pytaniu. Niestety, wciąż wielu osobom wydaje się, że praca w studiu to gadanie o pierdołach, imprezy i od czasu do czasu brzęczenie na instrumentach. Cóż, w moim przypadku nigdy tak nie było i nie będzie. Rejestracja piosenek, produkcja za każdym razem wiąże się ze starannymi przygotowaniami, począwszy od rzeczy najważniejszej, czyli wyboru właściwego studia. Fascynujący temat, o którym mógłbym opowiadać godzinami.

 

Jesteś kolejnym ze znanych metalowych muzyków, którzy w minionych miesiącach wyrazili swój szacunek dla Lady GaGi. Powiedz, za co ją najbardziej podziwiasz?

 

Każda generacja potrzebuje kogoś, kto przyciąga uwagę – zachwyca, odpycha, doprowadza do szału, wprawia w ekstazę. Zauważ, że w każdej dekadzie można znaleźć kogoś, kto skupiał na sobie uwagę milionów muzyką, ekstrawaganckim strojem, niechlujstwem, prowokacjami, perwersjami, i tak dalej. Obecnie dla mnie takim artystą, któremu przyglądam się regularnie i z zaciekawieniem jest właśnie Lady GaGa. Właśnie ona wypełniła lukę na scenie pop jako twórca wzbudzający skrajne emocje. Mam dla niej wielki szacunek. Jest fenomenalną showmenką, dostarczającą niesamowitych występów. Co najważniejsze, to prawdziwa artystka, nie zaś sfabrykowana gwiazdka, jakich wiele na scenie popowej. Poza tym, cenię ją ogromnie za to, jakie ma podejście do swoich fanów i za to, że nie boi się bronić tego, w co wierzy. Lady GaGa niby jest gwiazdą pop, ale jej postawa jest bardziej zbliżona do kogoś, kto jest częścią sceny rockowej. Sporo w tym buntu, bezkompromisowości. To niezwykle ważna postać świata popu w ogóle, a obecnie osobowość numer jeden.

 

Kilka dni temu Lady GaGa wystąpiła po raz pierwszy w Polsce, a show zebrał znakomite recenzje. Wspomniałeś, że jest też zdolnym muzykiem. Czy gdybyś otrzymał propozycję nagrania duetu z Lady GaGą, rozważyłbyś ją? Dodam, że macie coś wspólnego, bo oboje uwielbiacie zespół Queen.

 

Niczego nie wykluczam. Ale zawsze pamiętam o tym, że najlepsza muzyka to taka, która powstaje z potrzeby serca. Tylko ona tak naprawdę trafia do ludzi, jest przez nich szanowana. Gdyby z potrzeby serca, mojego i Lady GaGi, wynikła możliwość nagrania wspólnej piosenki, nie zawahałbym się przed skorzystaniem z takiej okazji.

Fani muszą mieć pewność, że robisz coś nie tylko dlatego, że zależy ci na kasie, lecz przede wszystkim dla jakiegoś wyższego powodu. Podobnie jak Lady GaGa staram się bardzo dbać o moich fanów. Zależy mi na nich, są dla mnie wszystkim, dzięki nim doszedłem tak daleko. Dlatego nie zrobię niczego nieprzemyślanego, co mogłoby wprawić ich w zdumienie, osłupienie, czy nie daj boże zrazić do mnie. Rzecz jasna zdaję też sobie sprawę z tego, że moi fani znajdą mnie doskonale i raczej zrozumieliby, iż jeśli decyduję się na coś, na jakąś współpracę, robię to z potrzeby serca, nie dla pieniędzy.

 

Poza byciem metalowym wokalistą jesteś też biznesmenem, prowadzącym wytwórnię płytową i firmę odzieżową. Wiem, że idzie ci całkiem nieźle. Ciekawi mnie, kiedy na poważnie zainteresowałeś się modą? Biografia Judas Priest autorstwa Neila Danielsa, którą przestudiowałem, nie daje żadnej odpowiedzi na to pytanie.

 

Zaczęło się w zasadzie dość banalnie. Judas Priest zaczęli stopniowo zdobywać popularność, a nawet zanim to nastąpiło, wielu ludzi było zainteresowanych tym, co będę nosił na scenie. Ty to wiesz, wiem to ja i wszyscy ci, którzy interesują się muzyką – w tej branży ogromne znaczenie ma to, jak wyglądasz. Naprawdę ogromne. Jeśli wybierasz się na koncert, mówisz: „Idę zobaczyć zespół X”, nie zaś: „Idę posłuchać zespołu X”. Tak więc, z upływem lat wizualna strona Judas Priest zaczęła odgrywać coraz bardziej znaczącą rolę. Ale nie było tak, że nastąpiła jakaś burza mózgów i powiedzieliśmy sobie, iż od tej pory nosimy to i tamto, wyglądamy tak, czy siak. Nasz wizerunek był częścią naturalnej ewolucji, mającej podstawy w tym, co obserwowaliśmy wokół  siebie, czyli w tym, jak wyglądały inne gwiazdy. Fanom podobało się to, co wymyślaliśmy, mnie podobało się to, że fani doceniają nasz wizerunek, który w jakimś stopniu jest też odbiciem moich pomysłów.

 

Chciałbym cię zapytać o twoich dwóch wielkich przyjaciół, których niestety nie ma już wśród nas – Dimebaga Darrella i Ronniego Jamesa Dio, który opuścił nas kilka miesięcy temu. Rocznica tragicznej śmierci Dimebaga będzie niedługo [8 grudnia – red.]. Występowałeś i nagrywałeś z Panterą, Ronniego znałeś wieki. Jakie zachowałeś wspomnienia z nimi związane?

 

Niełatwo jest mówić o ludziach, których się uwielbiało, a których już nie ma. W świecie rocka i metalu są tacy, z którymi się pracuje lekko i łatwo. Są i tacy, którzy wiecznie sprawiają kłopoty, a przez to powodują, że nie chcesz mieć z nimi wiele wspólnego. W Dimebagu i Ronnie’em najwspanialsze było to, że to byli bezpośredni, mili ludzie, którzy nigdy nie sprawiali nawet najmniejszych kłopotów. W rockandrollu ego to ważna rzecz. Gdy patrzyłem na Dime’a i Ronniego na scenie, widziałem supergwiazdy, mistrzów w swoim fachu. Po opuszczeniu estrady byli po prostu zwykłymi ludźmi. Stać ich było na to, aby pójść na spotkanie z fanami, pogadać, porobić sobie zdjęcia, wypić drinka, po prostu miło spędzić czas i uszczęśliwić tych, którzy przyszli ich podziwiać. Nie było nigdy żadnych problemów z tym, by Dime i Ronnie znaleźli parę minut dla swoich wielbicieli. Szanowali ich ogromnie. Obaj byli nieprawdopodobnymi talentami, którzy pozostawili wyjątkowy ślad w świecie muzyki. Jako artyści mieli swoją osobowość, która wpłynęła na rzesze innych. Na wieki młodzi muzycy będą szukać inspiracji w tym, jak śpiewał Ronnie i jak Dimebag grał na gitarze. To byli skończeni profesjonaliści. Wiem, że nie ma ich wśród nas, lecz na swój sposób wciąż są ze mną, wciąż czuję ich obecność. Przez to, jacy byli i co miałem okazję doświadczyć w kontaktach z nimi. Wielka to strata, że odeszli o wiele za wcześnie. Dzięki bogu muzyka jest wieczna, a ta, którą oni tworzyli, nigdy nie zostanie zapomniana.

 

O ile moje informacje są prawdziwe, starasz się o amerykańskie obywatelstwo. Czemu to robisz? Denerwuje cię konieczność odnawiania wizy co trzy lata?

 

Właściwie to od lat jestem obywatelem świata. Podróżuję nieustannie do wielu krajów i moje życie w taki właśnie sposób wygląda blisko 40 lat. Wszędzie czuję się komfortowo. Świat, jak się przekonałem, jest naprawdę mały. Ale zdecydowana większość moich spraw biznesowych związana jest z Ameryką, często tu pomieszkuję [Rob ma apartamenty w San Diego i Phoenix – red.], tak więc posiadanie obywatelstwa tego kraju ma dla mnie praktyczny sens. Poza tym naprawdę dobrze się czuję w USA, bardzo sobie cenię kontakt z Amerykanami. Niestety, biurokratyczna część procesu załatwiania obywatelstwa zajmuje wieczność i z pewnością jeszcze trochę potrwa zanim stanę się Amerykaninem. Najprawdopodobniej zachowam moje brytyjskie obywatelstwo i będę miał podwójne. Kiedy? Czas pokaże.

 

Wiem, że jesteś pożeraczem książek i pasjonujesz się literaturą militarystyczną. Czy podobnie, jak twój inny wspaniały przyjaciel Lemmy Kilmister zabierasz dużo książek na trasę i starasz się czytać w każdej wolnej chwili?

 

O tak. Dziś, o trzeciej nad ranem [rozmowa z Robem odbyła się 1 grudnia – red.] skończyłem czytać „The Passage” Justina Cronina. Fenomenalna książka, którą gorąco polecam. Gruba, ma ponad 700 stron, ale ja lubię takie obszerne powieści. Po koncercie zabieram się za kolejną pozycję, z serii „The Hunger Games”. A później zobaczymy, co znajdę pod ręką [śmiech].

 

Bardzo Ci dziękuję i mam nadzieję, że w 2011 roku zjawisz się w Polsce z Judas Priest. Akurat w tym roku wypada 20. rocznica genialnego „Painkillera”.

 

Jeśli tylko pojawi się dobra oferta z twojego kraju, na pewno z niej skorzystamy. Pamiętam, że jesteśmy winni koncert polskim fanom. O rocznicy „Painkillera” także pamiętamy. Trudno byłoby zapomnieć, bo przypomina nam o niej każdy dziennikarz [śmiech]. To naprawdę miłe.

 

W takim razie do zobaczenia w Polsce.

 

 

 

  1. DiStefano
    06/01/2011 o 10:38 pm

    Bóg jest gejem? Ciekawe, co na to Gaahl…😉

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: