Strona główna > Muzyka, People > Koncertowe pożegnanie 2010

Koncertowe pożegnanie 2010

„Do zobaczenia na Accept!” – dużo tego typu pożegnań słyszałem po wczorajszym (18.12.2010) koncercie Helloween w krakowskim „Studiu”. Koncercie, który miło zaskoczył nie tylko mnie, który z niemiecką grupą bardzo bliski kontakt miał po raz ostatni wiele lat temu, lecz również die hard fanów. Zanim będzie o tych zaskoczeniach, chylę czoła przed fińskim Stratovarius, supportującym kapelę z Hamburga. To nigdy nie będzie granie dla mnie, ale pod względem warsztatu, kontaktu z publiką Timo Kotipelto, było bez zarzutu. Swoją ścieżką, gdyby Helloween chciał podobnie jak nie tak dawno Iron Maiden grać koncerty tematyczne, poświęcone na przykład Keeperom, czy „Walls Of Jericho”, Fin jest jednym z tych, którzy spokojnie i na właściwym poziomie poradziliby sobie z partiami Michaela Kiske i Kaia Hansena. Gdyby oczywiście Andi Deris był niedysponowany 😉

 

Teraz do tych zaskoczeń. O pierwszym dowiedziałem się zanim koncert się zaczął. Od czego są znajomi 😉 Adam Jędrysik (zdjęcia z koncertu na jego blogu, link znajdziecie po prawej stronie) ponownie pstrykał dla pewnego magazynu, więc musiał wcześniej zapoznać się z zasadami panującymi w fosie. Dzięki temu powiedział, że zacznie się od „Are You Metal?”, „Eagle Fly Free” i „March Of Time”. Generalnie zaskoczeniem było to, że zespół promując nowy materiał „7 Sinners”, zagrał z niego bodajże tylko dwie piosenki. Nie żałowałem, bo zamiast tego poleciało między innymi „I’m Alive”, „I Want Out”, „Future World”, kapitalny medley „Keeper Of The Seven Keys / King For A Thousand Years / Halloween”, „Steel Termentor”, a na sam koniec „Dr. Stein”. Przy tym ostatnim na scenie pojawili się konkursowicze przebrani za tytułowego doktora. Było ich kilkunastu, co także stanowiło dla mnie zaskoczenie. Jeden miał szczęście wyjątkowe, bo Weiki dał mu na moment swoją gitarę. Ogólnie Michael, który zazwyczaj ma minę obrażonej diwy, uśmiechnął się na scenie co najmniej cztery razy 😉 Miał powody do radości. Publika szalała, śpiewała ile sił w płucach. Deris umiejętnie ją nakręcił, wykorzystując animozje krakowsko-warszawskie. Ciekawe, kto mu o nich powiedział? 🙂 W każdy razie skutek był doskonały. Wokalista śmiał się od ucha do ucha, bił brawo publice. Generalnie dużo było interakcji (wg niektórych za dużo), klaskania, śpiewania, krzyczenia. Z rytmiką młodzieży chyba coraz lepiej, bo nie było ewidentnych wtop 😉 Kolejne zaskoczenie to Markus, najweselszy członek Dyń, który stał sobie na stoisku z merchandisem przez długi czas, spokojnie pozował do zdjęć, podpisywał, co mu podsunięto. Podszedłem tylko się przywitać i powiedzieć, że kiedyś mieliśmy okazję rozmawiać przez telefon oraz że nie mam nic do podpisania. Gość uśmiechnął się od ucha do ucha i do mnie: „Jak to nie masz? Masz kufel z piwem!”. Po czym podpisał plastikowy kubek. Niestety, w bitewnym szale zaginął, więc fortuna na aukcjach przepadła 😉 Liczyłem, że jakiś japoński maniak zapłaci mi za niego krocie, pozwalające na zakup posiadłości  nadmorskiej w ciepłym kraju i zatrudnienie atrakcyjnej służby 😉

 

Markus wyszedł do ludzi także po koncercie. Tym razem z piwkiem w ręce (wcześniej pił colę). I dalej, zdjęcia, podpisywanie. Ponownie nasze ścieżki skrzyżowały się, tym razem rozwinąłem wątek pierwszej rozmowy, dodając iż odbyła się dawno, bo podczas promocji „Rabbit Don’t Come Easy”. On znowu uśmiech i: „I co, pewnie wtedy powiedziałem ci, że spotkamy się na piwie w twoim mieście?! No i się spotkaliśmy”. Stuknął się ze mną kufelkiem, po czym poszedł socjalizować się z fanami, z których część była wyraźnie zdziwiona, że muzyk do ludzi wychodzi, śmieje się, rozmawia, fochów nie stroi, rękę poda. Może mieli do tej pory styczność z tak zwanymi polskimi gwiazdami, wśród których są robiące łaskę, że się odezwą. Jak już będę sławny i bogaty, a jakieś wydawnictwo zaoferuje mi miliony zaliczki za wspomnienia, to może opiszę moje niektóre przejścia z rodzimymi „artystami”  😉 Jeśli ich do tego czasu nie zapomnę 😉

 

Koncert Helloween to taki ładny testament zmarłego w czwartek Tomasza Dziubińskiego z Metal Mind Productions. Frekwencja zaskakująco dobra (ok. tysiąc osób) przy przecież niemałych cenach biletów (120 / 130). Ludzie bawili się przednio, zespół też. Każdy uczciwie zapracował na swoją dolę. Dziuba, gdyby żył, podobnie jak ja i wielu innych opuszczałby „Studio”, w którym zrobił mnóstwo koncertów, z uśmiechem zadowolenia. O szefie MMP napiszę jeszcze na „Buszującym…” małe post scritptum do artykułu, który znalazł się w piątek na stronach Muzyki Onetu. Ale teraz do pracy. Trzeba DVD Kultu obejrzeć 😉 Fotki z wczoraj, przypominam, będą (a może już są) na blogu Adama Jędrysika.

 

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: