Strona główna > Muzyka, People > Majesty & grind

Majesty & grind

 

Ależ to był wieczór! Immolation i Napalm Death na jednej scenie w „Kwadracie” (11.12.2010) plus wariaci z Macabre, plus spotkanie z good ol’ friend of mine oraz z masą ludzików dawno niewdzianych 😉 Sorry, na pozostałe kapele nie zdążyłem dojechać. Hypnos ponoć wypadł zacnie, jak doniósł mi życzliwy, znający się na rzeczy.

 

Nie wiem, jak to jest, ale gdy takie koncerty organizuje Knock Out Productions to zawsze jest fajna atmosfera, wiara wesoła, sączy piwko, rozmawia, delektuje się muzyką, nie ma żadnych problemów na bramce ani z bramkarzami. Może sekret kryje się w tym, że Tomek, szef Knock Out Prod. to też muzyk, najeździł się z koncertami, pooglądał wszystko od każdej strony i wie, jak to zrobić, aby wszystko wyglądało tak, jak trzeba?

 

Ludzi tłum dziki kłębił się już zaraz za drzwiami, gdy dotarliśmy z fąflem mym, którego z racji braku zgody na publikację personaliów nazwę Di Stefano, co wiąże się dość blisko z jego ksywką 😉 Nie wiem, czy koncert był sold out, ale tyle wiary jeszcze tam nie widziałem. Musiało być minimum 800 osób, jeśli nie więcej. Nigdy wcześniej nie widziałem na żywo Macabre, Immolation (nie wiem, jak to możliwe, ale tak było naprawdę) także. Wariaci z Chicago opiewający seryjnych morderców sprawiali wrażenie zaskoczonych miłym i dość głośnym przyjęciem. Corporate Death z upływem czasu coraz bardziej upodabnia się do Paula Giamatti, aktora wcielającego się w Pig Vomita w „Częściach intymnych” (ang. „Private Parts”). Ale gardła daje niezmiennie zawodowo, a piosenki zapowiadał zabawnie, robiąc krótki szkic okropieństw, które popełniał bohater piosenki. W jednym numerze zaśpiewał nawet z Macabre Shane Embury. No proszę, jednak ma facet ciągotki frontmeńskie 😉 Immolation po prostu zmiażdżyli! Znakomity, energetyczny i klimatyczny koncert. Wchłaniało się go kapitalnie. Było na pewno kilka numerów z doskonałej „Majesty And Decay”, a jeśli mnie pamięć nie zawodzi zagrali też dwa kawałki z „Dawn Of Possession”, w tym firmowy. Napalm Death już kiedyś widziałem i ich koncert oglądałem spokojnie. I był to występ jak zwykle megaenergetyczny, dynamiczny, z Barneyem krążącym po scenie niczym niedźwiedź wokół ula, growlującym niemiłosiernie, przybijającym piątki z ludźmi, Mitchem Harrisem, wydzierającym się do mikrofonu ustawionego tuż pod jednym z balkonów. Obcasy fanów mógł podziwiać 😉 Mnóstwo starych numerów, w sumie ponad 20 zagrali, w tym choćby „Suffer The Children” i „Nazi Punks Fuck Off” Dead Kennedys. Oj, potężne to było. Jeszcze bardziej niż rok temu w „Loch Ness”.

 

A po koncercie poza wspominek na ciepło przy zimnym piwku, przyglądaniu się żeńskim fankom mocnego łojenia, było kilka zdań z Rossem Dolanem i uścisk dłoni z mało radośnie usposobionym Bobem Vigną, który do załączonych tu zdjęć jednak się uśmiechnął. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, kim jest dziewczę na zdjęciu 😉 A szkoda, bo dobrze się prezentuje 😉

Wielkie dzięki dla Tomy i Knock Out Productions za ten wspaniały koncert, Di Stefano za to, że jechał przez śniegi i lody Kielecczyzny, by wraz ze mną spożyć co nieco piwa i o trudach życia pogadać 😉 Do następnego razu. Oby jak najszybciej!

 

Reklamy
  1. matziek
    14/12/2010 o 9:19 am

    aż dziwne, że się nie spotkaliśmy. myślałem, że nie dotarłeś.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: