Strona główna > Film, Muzyka > Zew wolności

Zew wolności

Ponad rok minął od czasu, gdy odbyły się pierwsze pokazy dokumentu „Beats Of Freedom” Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty. W międzyczasie zdążyłem w końcu poznać osobiście Leszka i wypić z nim parę piw oraz posłuchać co nieco o losach obrazu. Fajnych, bo film miał być pokazywany za granicą, co cieszy.

Karygodną zaległość nadrobiłem kilka godzin temu i nie dziwię się, czemu dokument zbiera znakomite recenzje. Czuje się w każdej minucie, że stworzyli go ludzie, którzy muzykę kochają i którzy nią żyją. To od dawna. Wszystko pokazane chronologicznie, rzetelnie, dobór gości bez zarzutu (domyślam się, że lista nazwisk była większa, lecz pewnie nie wszyscy chcieli albo mogli się pojawić przed kamerą), a do tego koncept. Angielski dziennikarz polskiego pochodzenia o niemałej renomie (Chris Salewicz), przyjeżdża do kraju przodków, aby poznać historię polskiej muzyki rockowej do 1989 roku. Wbrew temu, co mówią i piszą różni domorośli znawcy z opcji ortodoksyjnie religijnej, muzyka – także rockowa – łagodzi obyczaje, rozwija emocjonalnie, pozwala przeżyć niezapomniane chwile, jednoczy. Tego między innymi można się dowiedzieć oglądając „Beats Of Freedom”. Lepiej jest poznać i próbować zrozumieć, znaleźć coś wartościowego niż stosować system nakazowo-rozdzielczy, bo na dłuższą metę nic dobrego taka postawa nie przyniesie. Sugerowałbym nauczycielom, oficjelom z ministerstwa oświaty, włączenie filmu do programu lekcji wychowawczych. Założę się o wszystko, że łodzi ludzie chętniej uczyliby się o tamtych beznadziejnych czasach po tym, co mają do powiedzenia Tomek Lipiński, Kazik, Lech Janerka, Wojciech Waglewski, Muniek, czy Marek Niedźwiecki, którzy są wzorcami, idolami także dla wielu współczesnych gimnazjalistów i licealistów. Sam wiele scen oglądałem z zaciekawienie, choć sporo z tego, o czym mówią bohaterowie, działo się, gdy sam dorastałem. Jako małolat pojechałem w 1986 roku na Róbrege do Warszawy wstawiając rodzicielom, jakiś niemiłosierny kit, który o dziwo został łyknięty 😉 Do końca życia nie zapomnę pogo na Moskwie, koncertu Dezertera za papierowym parawanem (chyba jest jego fragment w filmie) zadymy ze skinami na koncercie Armii, spania przez trzy dni na Dworcu Centralnym, żywienia się mlekiem i bułkami oraz piekielnie mocnego piwa (nazywało się „Warszawskie”). Nie byłem w stanie wtedy pojąć, jak to możliwe, że punki i skini śpią spokojnie jeden obok drugiego na dworcu, a potem, tuż przed namiotem Intersalto, napier…ą się aż krew na chodnikach zostawała. Wypowiedź Krzysztofa Grabowskiego z Dezertera dała mi trochę do myślenia. Trochę, bo na przykład niejaki Abadon, skin z Krakowa, którego tam widziałem, to był kibol, zadymiarz totalny. Pokręcony koleś z bogatej rodziny, który skończył marnie i nie ma go już wśród żywych. W takie filmy, jak „Beats Of Freedom”, instytucje kultury tego państwa powinni inwestować, promować je zagranicą, bo mówią ważną prawdę o naszej historii naszej rockowej muzyki w sposób dla każdego zrozumiały i czasami zabawny (anegdoty Lecha Janerki o spotkaniach z cenzorem). Wielki szacunek dla twórców za ten film i czekam na następne, bo wiem, że będą.

Advertisements
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: