Strona główna > Film > Life is too short…

Life is too short…

… to waste it on a lousy cars. To zdanie wypowiedziane przez jednego z dwóch głównych bohaterów przepięknego filmu The Good Heart (w Polsce „Dobre serce”) utkwiło mi w pamięci. Czekałem kilka dni, aby się za niego zabrać, bo powiedziano mi, że opowiedziana w nim historia jest smutna, a jakoś na takie nie mam ostatnio ochoty. Wystarczy, że żyję tu, gdzie żyję. To daje wystarczająco dużo smutku. Można by inne nacje obdzielić. W końcu przełamałem się i w ramach przerwy na odpoczynek dla oczu i palców, zasiadłem przed telewizorem i obejrzałem DVD ze wspomnianym obrazem. Reżyserował twórca „Zakochanych widzących słonie”, który to obraz uważałem za niezły, ale na pewno nie powalający. „The Good Heart” z kolei powala. Niby to prosta opowieść o relacji mistrz-uczeń, o kimś podającym pomocną dłoń komuś, kto nie widzi sensu życia, bo mieszka w kartonowym domku pod mostem i zajada odpadki ze śmietnika lub resztki żarcia dla małego kotka, który urozmaica samotność. O kimś, kto jest u kresu życia z powodu złego stanu serca, a także zjadającej go od wewnątrz zgryzoty, samotności, żalu do całego świata, ale żyje jakoś siłą rozpędu i przyzwyczajenia, i o kimś, kto niby biologicznie ma wszelkie podstawy, by żyć długo i przeżyć wiele szczęśliwych chwil, lecz nie widzi dla siebie żadnego sensu, dlatego próbuje linię życia przeciąć własnymi rękami. Później zaś, za sprawą wyciągniętej do siebie pomocnej dłoni, młody człowiek uczy się życia, pracy, miłości. Daje też coś w zamian. Starszego opiekuna i mentora zaraża chęcią korzystania z chwili i koniecznością ogłady, zrozumienia, przełamania myślowych stereotypów. Sprasowanie starego samochodu na złomowisku, w trakcie którego pada wypowiedziane na początku zdanie, można uznać za pewien symbol.

 

Piękna i prawdziwa jest ta historia. A że rozrywa się wśród ludzi ubogich materialnie, żyjących niezwykle skromnie, tym mocniej działa, bo jest bliska rzeczywistości. Poz skromnością, ludzi tych łączy miejsce – bar, i związane z przebywaniem w nim rytuały. Fantazja scenarzysty, ale do wyobrażenia sobie w życiu wielu z nas. Historia pięknie pokazana przez kapitalny duet aktorski Paul Dano (nawiedzony pastor z „Aż poleje się krew”) – Brian Cox. Do tego znakomita oprawa muzyczna autorstwa islandzkiego zespołu Slowblow. Akcja dzieje się w Ameryce, ale czuć, że nakręcił to Europejczyk. Bez fajerwerków kolorystycznych, efektów, za to z pięknie oddaną atmosferą, taką szaroburą, senną czasem, lecz nie wywołującą w nas nudy. Wprost przeciwnie. Opowieść wciąga coraz bardziej. Gdy zaczynałem podejrzewać, że w pewnym momencie zrobi się z tego film o miłości, akcja wykonała zwrot w kierunku dla mnie zaskakującym. Obejrzyjcie koniecznie. Żadna telewizja pewnie nie pokaże tego w normalnej porze.

 

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: