Strona główna > Film > Triple movie treat

Triple movie treat

Burą nocą zebrało mi się na update blogu. Wybrałem pozbawienie się cennych minut wypoczynku, by nie narobić zaległości, które potem będą nie do nadrobienia. Akurat końcówka miesiąca i początek następnego to dla mnie, poza ściganiem dłużników i wyrywaniem kolejnych zleceń, również czas delikatnego luzu. Więcej oglądam i słucham czego chcę, a nie tego, co muszę. By nie zarywać całej nocy napiszę o filmach, które obejrzałem ze sporą ciekawością lub będąc kompletnie nie uświadomionym, na co się porywam.

Anton Corbijn zyskał u mnie wielki szacunek po „Control” i ciekawy byłem, jak wypadnie jego pierwsza fabuła. Dobrze wypadła. „Amerykanin” jest sporą ciekawostką, bo zapowiadany jest jako film akcji. Czyli z założenia każdy z nas, kto takowe filmy widział, spodziewa się wartko mknącej sekwencji zdarzeń, pościgów, wybuchów, strzelaniny, spiętrzenia efektów specjalnych. A tu nic takiego nie ma. Historia płynie spokojnie, pokazana jest momentami tak ładnie i plastycznie, jakby Holender szukał plenerów do zdjęć dla renomowanego biura turystycznego. Krajobraz włoski, bo we Włoszech dzieje się gros filmu, monetami urzeka swoim kolorowym pięknem. Czuć, że kadry dopieszczał rasowy fotograf. Sceny erotyczne są pokazane elegancko, a pani do nich dobrana (na nazwisko ma Placido, jak Michele z niezapomnianej „Ośmiornicy”, na imię Violante, co z przemocą, czuli violence mi się skojarzyło) to seksualne marzenie każdego faceta uczulonego na silikon 😉 George Clooney jest jedyną wielką postacią w obsadzie i całkiem nieźle wypada jako seryjny morderca chcący odejść na emeryturę, bo w dzieweczce lekkich obyczajów odnalazł wielką miłość, której wcześniej z uwagi na mordercze obowiązki musiał unikać. Opowieść może trochę banałem trąci, ale obraz ogląda się to naprawdę dobrze. Świetne są krótkie, lecz pełne treści rozmowy głównego bohatera z miejscowym proboszczem. No i zakończenie nie jest oczywiste, co tylko wywołuje niepokój umysłu i nie pozwala o filmie zapomnieć tak szybko.

We Włoszech również dzieje się akcja kolejnego godnego polecenia filmu, który nie trafiłby do mojego odtwarzacza, gdyby nie jeden „życzliwy”. Chodzi o „Jestem miłością”. Nie przepadam za dramatami obyczajowymi, zwłaszcza dobrymi, bo zwykle mają niemało wspólnego z tym, co dzieje się lub działo się w moim życiu. Ale nawet jeśli się tego gatunku nie lubi, warto poświęcić czas obrazowi Luki Guadagnino ze względu na kapitalną kreację Tildy Swinton. To, podobnie jak Clooney w „Amerykaninie”, jedyna znana mi postać w obsadzie. Pomijam już, że Swinton w filmie całkiem zgrabnie posługuje się włoskim i rosyjskim. O geniusz ociera się pokazanie przez nią postaci, która ma wszystko i może mieć jeszcze więcej, lecz kiedy pojawia się szansa na rozbudzenie w sobie namiętności i szaleństwa, korzysta z niej, choć potem potępi ją za to nawet ukochany syn. Dlaczego? Ano dlatego, że ujście namiętności i szaleństwa pomaga granej przez nią signorze Recchi znaleźć najbliższy przyjaciel syna. Do tego dochodzi tragedia rodzinna, niechcący sprokurowana przez główną bohaterkę. Więcej zdradzać nie będę, żeby nie odbierać przyjemności oglądania. Dodam jedynie, że jeśli istnieje coś takiego, jak raj, to chciałbym, by choć w części wyglądał tak, jak widok z okolic San Remo. Tilda Swinton chyba bardzo wierzyła, że film się uda i musiała urzec ją historia, bo poza wielkim talentem dała obrazowi również swoje pieniążki. Figuruje jako jeden z jego producentów. Namówiła też Johna Adamsa, by skomponował muzykę do filmu. Skutecznie. Ale ja też bym się jej nie oparł 😉

Inny znany aktor, laureat Oscarów Kevin Spacey, uszczuplił nieco ze swego majątku, aby David Fincher mógł nakręcić The Social Network. Po projekcji rozumiem, czemu mój serdeczny kumpel, programista z zawodu i zamiłowania, a przy tym osobnik o genialnym humanistycznym umyśle oraz uczciwym podejściu do świata (wielka rzadkość, moim zdaniem) kręcił nosem, gdy pojawiły się zapowiedzi obrazu. Mark Zuckerberg, sportretowany przez Finchera prezes Facebooka, to dużej klasy szuja, aczkolwiek nie pozbawiona ponadprzeciętnych zdolności w temacie programowania. Pomysł na Facebooka ewidentnie zerżnął i opatentował jako swój, do czego nakłoniła go ponoć, niewiele mniejsza szuja, Sean Fanning. Ten sam, który walnie przyczynił się do tego, że branża muzyczna nie bardzo wie, jak się pozbierać, tworząc Napstera. W Fanninga udanie wcielił się Justin Timberlake. To jego kolejna dobra rola, po „Alpha Dog„. Nie dołączam do piewców geniuszu Finchera po tym filmie, ale z pewnością głęboko ukłonię się, jeśli tylko nadarzy się sposobność, Trentowi Reznorowi, który idealnie dobrał syntetyczne i energetyczne dźwięki do opowieści. Kiedy geeki gadają grypserą, ciężko się połapać. Ale historia o tym, jak potężną moc ma Internet i w jak krótkim czasie można dzięki niemu zostać miliarderem, z pewnością zalicza się do frapujących i pouczających. Świetnie do roli zakręconego na punkcie cyberprzestrzeni i programowania prezesa Faceboka dobrano kompletnie mi nieznanego Jesse’ego Eisenberga. Ale i tak numerem jeden jest Andrew Garfield jako wykołowany przez Zuckerberga i Fanninga Eduardo Saverin. Ironią losu jest to, że film Finchera, choć pokazuje szefa Facebooka w ewidentnie złym świetle, przyczyni się na pewno do tego, że imperium najmłodszego miliardera na świecie jeszcze się powiększy. Zła wiadomość, to dobra wiadomość. W USA szczególnie. Obawiam się też, że bezwzględność Zuckerberga może znaleźć naśladowców. W końcu facet ustawił się na kilkanaście pokoleń do przodu, więc pokusa, by podobnym postępowaniem zapewnić sobie spokojny byt, pojawi się u niejednego zdolnego i pomysłowego studenta. Niekoniecznie Harvardu.

Powyższy post post uzupełniłem dzień po Święcie Niepodległości. Ledwo włączyłem komputer i już smutna wiadomość. Zmarł Henryk Mikołaj Górecki, jeden z największych polskich kompozytorów w historii. Artysta podziwiany nie tylko w świecie muzyki klasycznej. Jego „Symfonię pieśni żałobnych” cenili ogromnie również artyści z kręgu muzyki popularnej. Pamiętam, jak miałem kiedyś okazję rozmawiać z Lou Rhodes, wokalistką Lamb i solistką, która wręcz uwielbiała Góreckiego (na stronie 3 mówi o tym). To właśnie na cześć mistrza Lamb napisał piosenkę „Gorecki”. Wielka strata dla świata muzyki [‚]

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: