Strona główna > Film, Muzyka, People > Unsound Festival – fifty-fifty

Unsound Festival – fifty-fifty

Pierwszy raz miałem okazję zawitać na Unsound Festival. Przymierzałem się w 2009 roku, gdy gościło Sunn O))) z Attilą Csiharem przebranym za drzewo, ale z powodu niestabilności budżetowej z konieczności odpuściłem. Pozostało mi potem oglądanie zdjęć Agi Zwary (link do jej witryny znajdziecie po prawej stronie). Wcześniejsze edycje jakoś za bardzo mnie nie pociągały zawartością artystyczną, więc żalu nie było.

W 2010 roku motywem przewodnim był horror. Horrory lubię od dawien dawna, muzykę do nich także, więc zastanawiać się nie było nad czym. Plusów festiwal ma kilka, w tym najważniejszy – ceny biletów. Karnet na tydzień (!) kosztował, jeśli mnie pamięć nie zawodzi, 160 zł. Na interesujące mnie koncerty Shining i Goblina, odpowiednio, 25 i 35 zł. Za Kult trzeba płacić więcej, o Comie, czy innych wielkich polskiego showbizu nie wspominam nawet. Plus kolejny, lokalizacje imprez. Wszystkie w promieniu kilometra, góra dwóch od Rynku Głównego. Megazaskoczenie – nikt (!) nie przeszukiwał przed wejściem do miejsca imprezy, can You believe it! W szoku byłem ciężkim i pozytywnym. Oczywiście nic złego nikomu się nie stało, żaden artysta nie ucierpiał, burd brak. Aga ma dzięki temu spory pakiecik zdjęć, którymi zapewne podzieli się na swojej stronie oraz za pośrednictwem prowadzonego przez Maćka Stankiewicza & Company serwisu Musicnews.pl (który rzecz jasna polecam). Sprawdzajcie, bo update’y pewnie już niebawem, skoro tylko Aga wróci do Elbląga i odpocznie po bliskich spotkaniach z PKP 🙂 Minus, na pewno plakat. Horror ma kojarzyć się z przerażeniem, wywoływać strach, spięcie mózgownicy, zimny pot na czole. Także poprzez taką formę artystyczną, jak plakat. Wiadomo, to nie to samo, co ruchomy obrazek, ale ten dziwoląg, który promował Unsound Festival 2010 zupełnie się do tego nie nadawał.

O tym, co mnie interesowało, napisałem wyżej. Lustmord odpuściłem, bo w październiku jest jeszcze parę koncertów, które chce zobaczyć, a kasa ma niestety to do siebie, że nie mnoży się tak szybko, jakbym chciał. Ale Briana Williamsa spotkaliśmy przed koncertem Goblin w sobotę. W zasadzie spotkał go Maciek, który dzień wcześniej robił z nim wywiad (again, odwiedzajcie Musicnews.pl w poszukiwaniu transkrypcji rozmowy), zagaił, Brian oczywiście pamiętał i poszło… 😉 Wbrew chłodnej, mrocznej muzyce, Lustmord jest człowiekiem wesołym, pełnym humoru i do rany przyłóż. Może wpływ na to miał fakt, iż koncert Anglika był wyprzedany? 😉 Maciek na swoim blogu (link po prawej stronie) zapewne podzieli się obszerniejszymi refleksjami na jego temat. Bądźcie więc czujni.

Zanim poszedłem na Goblin w środę (20.10.2010) wybrałem się do Centrum Kultury Japońskiej „Manggha”. Dość szybko okazało się, że sala jest za mała w stosunku do liczby ludzi. Muzycy z ochotą sprzedawali merchandise, przy okazji gadając z fanami, pozując do zdjęć, dając autografy. Najwięcej i najchętniej Jørgen Munkeby z Shining, dla którego głównie się fatygowałem. Na imprezę pofatygował się też wspomniany Lustmord, a także niespodziewanie Mała Czarna Kropka 😉 Miło Cię było zobaczyć po kilku latach przerwy bejbe 😉 Wciąż wyglądasz very cool i jesteś właściwie szurnięta 😉 Szkoda, że nie było okazji wychylić piwka, ale nadrobimy kiedyś.

Norweski Jazkamer to było szaleństwo. Perkusja, gitara i laptopowy noise. Totalna kakofonia, struktury par excellence amorficzne, free jazz, noise, drone’ów troszkę. Pałker walił jak oszalały i myślałem, że zestaw nie przetrwa. Przetrwał. Ja nie dałem rady po kilkunastu minutach. Hemophiliac to przy tym pop, jeśli daje Wam to jakieś wyobrażenie. Monno przy Jazkamer było cudownym balsamem dla uszu. Instrumentalnie, doomowo, drone’owo z saksofonem altowym. Jak dla mnie trochę zbyt jednostajnie, ale do przyjęcia. Publice się podobało. Shining pokazał klasę, ligę mistrzów wręcz. Nie grają muzyki łatwej, a potrafią sprawić, że człowiek się przy tym świetnie bawi. Emanuje z nich taka energia, że nie sposób się nie zarazić. Pod sceną kilku ludzików skakało i headbangowało, ku wielkiej radości Jørgena, który niejednokrotnie komplementował publikę za gorące reakcje. Basista Tor co pewien czas wyskakiwał na kolumnę, jakby chciał zobaczyć, co się dzieje na korytarzu przed salą 😉 Shining zagrali sporo ze wspaniałego albumu „Blackjazz”, trochę starszych rzeczy (na pewno Jørgen zapowiadał numery z płyty „Grindstone”). Świetna temperatura, mało nudy, sporo radości. Po obydwóch stronach. Warto było, a kto nie był, niech żałuje. Choć po takim przyjęciu jestem pewny, że Shining będzie chętnie do nas wracał. Piwo po 8 zetów za 0,4 l w CKJ „Manggha” to przegięcie spore. W porządnej knajpie w centrum bez trudu można dostać 0,5 l lanego za mniej.

Na Goblin nastawiałem się bardzo. Płyt kilka mam, w tym klasyczne ścieżki do „Suspirii” i „Profondo Rosso”. W połączeniu z obrazami wykreowanymi przez Dario Argento ich kompozycje robią nieprawdopodobne wrażenie. Do tego w Krakowie miał zjawić się Claudio Simonetti, jedna z najważniejszych postaci grupy (i zjawił się Kasiu G. 😉 wbrew temu, co twierdzisz, był na scenie). Oczekiwałem, że występ będzie połączeniem muzyki i wybranych obrazów z filmów Argento. Przyznaję, że po raz pierwszy byłem w sali Muzeum Komunikacji i wrażenie zrobiła na mnie jak najlepsze (polecam do imprez tak do 1000 osób pojemności). Niestety, pomimo tego, że zabrzmiały najsłynniejsze kompozycje, koncert dla mnie stracił klimat po jakichś 25 minutach. Wizualizacji nie było tylko świetnie odegrane kompozycje progresywne, zapowiadane przez niezwykle wesołego Massimo Morante. Taka włoska wersja SBB to była dla mnie. Lustmord, o którego spotkaniu przed Goblinem pisałem wyżej, też długo w środku nie wytrzymał. Mówił, że Goblin to „bad prog rock” 😉 Prog rock był całkiem good, ale klimat z pewnością very bad. Pathetic był merchandise. Jeden tytuł płytowy (!) Goblin i jeden wzór koszulki… No comments. Ale fąfel mój był do końca i podobało mu się bardzo, twierdzi stanowczo, że im bliżej końca tym było lepiej… Stałem na zewnątrz blisko wejścia, ale nawet jak Goblin zagrał słynny motyw z „Suspirii” to jakoś mnie nie ruszyło…

Dziwi mnie, że nie próbowano (chyba) ściągnąć na festiwal Johna Carpentera, który nie dość, że kilka horrorów genialnych nakręcił, to jeszcze napisał do nich muzykę. A Marek Piestrak, który nakręcił „Wilczycę i „Powrót wilczycy”? Andrzeja Pitrusa, który jest jednym z lepszych w Polsce znawców kina gore, też w programie nie zauważyłem…Wielki Jerry Goldsmith niestety już nie żyje, ale gra Tangerine Dream, który napisał całkiem fajną muzę do „Firestartera” według powieści Stephena Kinga… Można było jeszcze coś fajnego dodać, ale i tak, z tego, co słyszałem od ludzi, było nieźle pod względem poziomu i frekwencji. Jeżeli ceny biletów utrzymają się na takim poziomie, w 2011 roku ludzi nie powinno zabraknąć. Ponoć na koncert Lustmord pofatygował się sam Brian Eno, widział go ktoś? Ktoś z nim zagadał może? Dajcie znać.

Od tego tygodnia będę się starał wdrożyć nową świecką tradycję i szerzej będę pisał o płytach, których nie recenzuję, bo zbyt niszowe, zamówień nie ma, itp. O tych, które gdzieś w sieci zrecenzowane wiszą, tylko napomknę i zlinkuję. Dzięki temu więcej wykonawców pojawi się na „Buszującym…”. Jak macie newsy, podsyłajcie. Wit Dziki tak zrobił i już poza blogiem wisi na Onecie i CGM-ie 😉 Kolego sympatyczny, jak już sławę zdobędziesz, to odbierając Grammy wspomnij, jak to wszystko się zaczęło wokół „Funk Punch” 😉

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: