Strona główna > Muzyka > Godzilla z Francji w gównianym klubie…

Godzilla z Francji w gównianym klubie…

… w którym czasem mogą zdarzyć się rzeczy wielkie – ot tak postanowiłem sobie wydłużyć/ urozmaicić tytuł postu. A poniżej ciąg dalszy opowieści związanej z pobytem w czołowym gównianym klubie na południu Rzeczypospolitej🙂

Nie dajcie się nabrać przewodnikom, podaniom ludowym, poczcie pantoflowej, dobrodziejstwom sieci, etc. Potwór z Loch Ness nie mieszka w Szkocji od ładnych paru lat. Oślizgłą, obleśną powłokę, płetwy, ogon, potężne kły, aparat do ziania ogniem czy śmiertelnym smrodem, zmienił w prostacką bryłę pozbawioną klimatyzacji (a jakżeby inaczej, wszak w Polszcze to standard), mającą jedno otwierane do połowy okienko, wsadził do środka rozwodniony mocz przypominający piwo i pod taką nazwą sprzedawany. I zadomowił się w Krakowie nieopodal Dworca Głównego. Niestety, nie w stronę centrum, lecz bardziej w kierunku na Kielce, Warszawę. Dlatego pijacka gawiedź z Wysp mknąca do Krakówka na weekend celem zanietrzeźwienia się maksymalnego, pochędożenia dziewek w wieku późnogimnazjalnym/ wczesnolicealnym, gdy już wyskoczy z dziarsko sunącej po torach kolejki z Balic, nie jest w stanie zauważyć tak bliskiej jej sercu i tradycji atrakcji. Szkoda. Może dawno roznieśli by ją w pył i byłby powód, żeby zbudować nowe, sensowne miejsce na koncerty albo urządzili tam hostel bądź dom angielski? Temu, kto poskąpił paru zetów i z tego powodu przeniósł koncert ze Studia do Loch Ness niniejszym pokazuję obydwa środkowe palce, piszę mu FOAD, GFY, GTFO – plus parę innych skrótów, a dupy nie pokażę, bo na przyjemności to trzeba sobie zasłużyć, podobnież na mój szacunek.

Unikam Loch Ness jak ognia. Wpadam od wielkiego dzwonu głównie, gdy jakiś artysta po raz pierwszy nawiedzi Kraków- Polskę, jest to artysta ciekawy, wyjątkowy, wybitny. A latem to w ogóle jest tam dramat. Powietrze ma konsystencję kisielu tuż po zalaniu wrzątkiem. Nawet jeśli klub jest pełny do połowy. Jeżeli zaś jest pełny na maksa, to człowiek może mieć plamy przed oczami i być bliskim omdlenia.

Można podejść też z pozytywizmem do takich uwarunkowań. Jeśli ktoś planuje szybko zrzucić parę kilogramów, nie ma lepszej diety, jak szaleństwo w młynie w Loch Ness w letni wieczór podczas koncertów. Młyn słusznych rozmiarów widziałem w Loch Ness niesamowity w czwartek, 27 sierpnia. Kiedy na scenie rządziła już niepodzielnie francuska Gojira. Ale wcześniej nie było gorzej. Drugi gig w karierze zagrał Masachist. Długi nie był, ale skoro album „Death March Fury” trwa niespełna 30 minut w wersji podstawowej, to nie ma co spodziewać się epickiego widowiska. Fajnie łoili straszliwie brutalny death metal. Pig po koncercie powiedział mi, że drugi krążek będzie. „Ale jak ukaże się za półtora roku, to będzie dobrze” – dodał.

Koncertu Lost Soul byłem bardzo ciekawy, bo płyta „Immerse In Infinity” to jedna z najwybitniejszych pozycji deathmetalowych w skali światowej w ostatnich kilkunastu miesiącach. Dobrze to zabrzmiało, bardziej zabójczo. Na albumie jest sporo smaczków urozmaicających śmiertelny klimat. Występ to dla Jacka Greckiego i jego rzeźniczej zgrai jednak nie teatrzyk pełen różnych dekoracji, lecz solidne naparzanie, chwilami ciężkie jak flota walców drogowych. I to ludziom się naprawdę podobało, a Lost Soul podobały się reakcje ludzi. Jacek & Co. byli wyraźnie zadowoleni i z radością na twarzach zaprosili na kolejny występ pod Wawelem za miesiąc, gdy będą supportować Rotting Christ. Dodam tylko, że zarówno Lost Soul, jak i Masachist nagłaśniał Malta (m.in. Behemoth).

Przesympatyczny kolega Piotrek, z którym z jakichś niewytłumaczalnych dla nas obu powodów spotykam się tylko na koncertach, i to w różnych miastach, w pewnym momencie trwania występu Gojiry powiedział mi coś w stylu, że nawet jak się nie zna na wyrywki ich twórczości, trudno nie być pod wrażeniem tego, co robią na scenie. Yours truly jeszcze podpada pod tych, którzy nie znają każdej nutki z każdej z płyt przesympatycznych Francuzów. Ale to się zmieni. Bo to, co zobaczyłem w tytułowym gównianym klubie, w którym oglądanie prawdziwej sztuki wszystkim i wszystkiemu urąga, było wielkie. Primo, wielkie było oczekiwanie fanów na Gojirę. Takiego darcia się i wiwatowania jeszcze  WTGK (=w tym gównianym klubie) nie widziałem. Secundo, Gojira szczerze wymiękła jak zobaczyła, co się dzieje. Dostali takiego kopa, że choć na scenie mieli zapewne koło 60 stopni (na płycie spokojnie koło 40), szaleli, zwijali się i wycinali numery z całej swojej twórczości. Poza Joe Duplantierem, który musiał wokalnie się produkować, reszta chłopaków machała łbami, wiła się i wyginała, mając dużego banana na twarzy. Widok, który dawał radochę i sporo energii młodzieży w młynie, który był bezwzględnie największym z wszystkich, jakie WTGK widziałem. Niewiele zaszkodziła niezbyt dobra akustyka (gitary przez cały czas były trochę za cicho, bas z kolei można było nieco przyciszyć). Energia płynęła niesamowita. Koncert ZTGK (=z tego gównianego klubu) przejdzie do historii Gojiry, bo był ostatnim solowym z cyklu promującego album „The Way Of All Flesh” (jeszcze na jakimś festiwalu nad Sekwaną mają zagrać). Widać było po nich, że nawet w tych nieludzkich warunkach mieli straszną radochę z przyjęcia, jakie im zgotowano i gdy mówili, że chcą do nas wrócić, to mówili na poważnie. Setlisty jako jeszczeniemaniak nie pomnę, ale na pewno było „Indians”, „Backbone”, chyba „Vacuity”, „Love”… Z pewnością jakiś die-hard fan szybko uzupełni w sieci listę i wszystko będzie jasne.

A propos die-hard fanów historyjka, którą opowiedział mi Piotrek, jako że dotarł do TGK (=tego gównianego klubu) przede mną: gitarzysta Christian Andreu (jego koledzy z zespołu również, ale mniej) kręcili się po klubie, szwendali się z ogródka od strony dworca (nieopodal stał nightliner chłopaków) do stoiska z „merczem” (kosmos, głównie membrany ozdobione rysunkami Mario Duplantiera za 80-100 PLN!) i  do drugiego ogródka. Nie miał chłopina szans uniknąć gojirowych ultrasów, których nie brakowało. Od razu dopadł go, wg relacji Piotra, młodzian w wieku gimnazjalnym, przedstawił się, powiedział wyrazy szacunku i kontynuował gadkę na luźne tematy. Po chwili podeszła niewiasta młodziana, z rwanym oddechem, mocną cegłą na twarzy oraz napięciem w oczach jak z czasów beatlemanii i nie mówiąc nawet swojego imienia wypaliła: „Hi, I love you so much”🙂 Strasznie mnie ubawiła ta opowieść, a Christian ponoć też śmiał się serdecznie, ale młodzieży potowarzyszył chyba z godzinę. Jak przywlokłem się do TGK rozmowa jeszcze trwała.

Chcę zobaczyć Gojirę jeszcze raz. Tylko w warunkach godnych, dla fanów i przede wszystkim dla muzyków. Nie chcę myśleć, ile musiało ich kosztować wzbicie się na takie wyżyny w takich warunkach. Czekam na nich w Studio, Rotundzie lub Kwadracie. Wierzę, że gdy przyjadą do nas ponownie TGK na mapie już nie będzie, a przynajmniej nie w takim kształcie, jak obecnie. Za występ wielkie merci beaucoup Gojira! Czegoś takiego dawno nie przeżyłem.

Kategorie:Muzyka Tags: , ,
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: