Strona główna > Film, Muzyka > Byłem raz w więzieniu…

Byłem raz w więzieniu…

Zawsze lubiłem książki i filmy o więźniach i więzieniach. Raz nawet byłem jakiś czas na Monte, czyli na słynnym Montelupich w Krakowie.

Spokojnie, nie jako więzień 🙂 Mój rodziciel był lekarzem, a za poprzedniego reżimu, jak kogoś do czegoś oddelegowano, to trzeba było owo zaszczytnie zadanie odbębnić. I rodziciel oprócz tego, że chirurgiczne zadania wykonywał na co dzień w jednym ze szpitali, dostał propozycję nie do odrzucenia – dyżury w przychodni więziennej, tak to się chyba nazywało. Jako szkrab zostałem, z braku możliwości opieki nade mną przez kogokolwiek,  zabrany na Monte jako osobnik towarzyszący. Pamiętam niewiele, bo miałem może 5, 6 lat. Utkwiła mi w pamięci niesamowita czystość, w posadzkach można było się niemal przejrzeć, a także uprzejmość względem rodziciela mijanych ludzi, w tym osadzonych. Może dawał im skierowania do szpitala albo jakieś piguły na łatwiejsze znoszenie izolacji? Nie wiem. Lata później, podczas jakichś spędów rodzicielowi zdarzało się powiedzieć co nieco o tej pracy, o pomysłowości więźniów w dziedzinie samookaleczeń. Pamiętam, że to z wkładaniem pozbawionego końcówki wkładu do długopisu do brzucha przez pępek, a następnie dmuchanie przez taką rurkę powietrza do środka, zrobiło na mnie największe wrażenie.

Książek o więzieniach połknąłem sporo. Do dziś najmocniej wspominam te o AK-owcach katowanych przez esbeków (sporo pozycji), „Zbrodnię i…”, „Co jest za tym murem” Jacka Stwory o Zdziśku Celebraku oraz opisy w różnych książkach tego, co się działo w rosyjskich więzieniach i obozach (Sołżenicyn, Herling-Grudziński, Bukowski). Wiem, że ci, którzy kształcą się na psychologów więziennych, mają wgląd w szereg wewnętrznych publikacji i filmów dokumentalnych, na przykład o więzieniach w Ameryce Południowej i jest pokazany tam hardkor na maksa, łącznie z wpuszczaniem jakiemuś nieszczęśnikowi szczura przez odbyt. Sam tego nie widziałem i nie wiem, czy bym chciał. Ale nic na to nie poradzę, że fascynuje mnie to, jak człek funkcjonuje, gdy zamknąć go w niewielkim pokoju z firankami w szkocką kratę, dokładnie zaprogramować jego życie, obłożyć je szeregiem limitów i zakazów, których złamanie nie popłaca. Ciekawią mnie wielce próby resocjalizowania więźniów, nawet największych zakapiorów, dla których zabicie kogoś, to jak dla zwykłego człowieka pójście do kina. Miałem kiedyś styczność z osobą, która zajmowała się resocjalizacją niejakiego „Marchewy”. I od niej usłyszałem coś, co sam podejrzewałem – że niektórych zresocjalizować się po prostu nie da. Humanitaryzm okazywany względem takich ludzi może spowodować, że ktoś inny będzie bardzo cierpiał… Generalnie osoba ta mimo wykonywanego zawodu nie wierzyła w skuteczność resocjalizacyjnych działań… Fascynowały mnie jej opowieści o słynnym amerykańskim eksperymencie więziennym oraz o przykładach syndromu sztokholmskiego (chyba Patricia Hearst była jednym z nich, o ile się nie mylę).

Jak zwykle przydługi wstęp, ale nie bez powodu. Nadrobiłem bowiem dwie filmowe zaległości, właśnie z więzieniami związane. Obydwie produkcje ze wszech miar godne polecenia. Hiszpańska „Cela 211” w 2009 znokautowała w Hiszpanii wszystkie inne produkcje. Nie znam wszystkich tych, z którymi rywalizowała, ale na nagrody „Cela 211” z pewnością zasługuje. Akcja filmu z czasem wciąga coraz bardziej, wywołuje w nas coraz mocniejsze napięcie. Juan Olivier (Alberto Ammann), który następnego dnia ma rozpocząć pracę strażnika więziennego, przyszedł dzień wcześniej na rekonesans i wskazówki od doświadczonych kolegów. Na swoje nieszczęście trafia na bunt wywołany przez króla zakapiorów Malamadre’a (świetny Luis Tosar, w epizodziku w „Limits Of Control” zagrał). Umundurowanym udaje się częściowo uciec, paru więźniowie biorą do niewoli. Bramy zostają zablokowane, Juan Olivier zostaje po stronie osadzonych. Jego szczęście, że jest po cywilnemu i że posiada doskonale rozwinięty instynkt samozachowawczy, który pozwala mu przekonująco udawać więźnia. Ma dla kogo żyć. Za murem czeka śliczna żona bliska rozwiązania. Ale sytuacja zmienia się tak, że Juan, początkowo starający się w skrycie działać na rzecz władz więzienia i strażników, zmienia front, staje się brutalny, bezwzględny, świetnie czyta to, co napisane jest między wierszami obietnic władz, zyskując sobie przychylność więźniów. Nie ma może wielkiego spiętrzenia brutalności, krew nie sika hektolitrami po ekranie. Ale jest napięcie, są zaskakujące zwroty akcji, jest pokazanie niewydolności hiszpańskiego systemu więziennego, oczywiście są kliki koterie, wymyślne sposoby zdobywania informacji i radzenia sobie za murami. Może nie jest realne, ale w „Prison Break” prawdziwości było tyle, co kot napłakał, a pierwsze dwa sezony oglądało się przednio.

„Prorok” zebrał masę nagród w Cannes i nie wątpię, że na nie zasłużył. Ale to trochę inny film o więzieniu. Trafia do niego młody Arab Malik, przerażony mocno tą sytuacją i stara się przetrwać, nie dać się scwelować. We francuskim więzieniu rządzi bezwzględna mafia korsykańska, która nie lubi specjalnie czarnych i Arabów, ale czasami  potrzebuje kogoś, do zlikwidowania osobnika, który posiada niebezpieczne dla niej informacje. Malik zostaje wybrany do wykonania zadania specjalnego, w zamian za co ma zapewnioną nietykalność w więzieniu. Wcale mu się to nie uśmiecha, ale że potrafi myśleć do przodu (stąd tytuł) wie, iż czasami trzeba zrobić coś niekoniecznie fajnego, by w przyszłości mieć lepiej. W „Proroku” z kolei akcja jest dość wolna i spokojna, co w przypadku filmów o więzieniach jest zabiegiem niebezpiecznym. Ale odtwarzający główną rolę Tahar Rahim oraz wcielający się w korsykańskiego guru za murami Niels Arestrup tworzą świetny duet, który utrzymuje naszą koncentrację i uwagę na wysokim poziomie. „Prorok” to trochę opowieść o tym, jak mniejszości etniczne funkcjonują w izolacji od społeczeństwa, a trochę pokaz tego, jak za murami sprawdza się Owellowskie zdanie o tym, że „niektóre zwierzęta są równiejsze niż inne”. W „Chłopcach z ferajny” były sceny z więzienia, gdzie mafiosi czuli się, jak pączki w maśle, kręcili niesamowite biznesy, a gdyby zasłonić kraty, to ktoś mógłby pomyśleć, że przebywają w tanim motelu, a nie w zakładzie karnym.

Na zakończenie, jak zwykle u mnie, długiego postu, muzyczna ciekawostka spotkania z opóźnieniem. Płyta Elizy Lumley z coverami Radiohead. Eliza to very good-looking angielska pianistka i wokalistka. Zaaranżowała piosenki na album „She Talks In Maths” bardzo subtelnie, łagodnie, elegancko. Śliczne jest to połączenie klasyki i rocka alternatywnego. Jest tu troszkę jazzu i muzyki ilustracyjnej. Eliza śpiewa czystym, delikatnym głosem. Całość wypada przeuroczo. Albumów z cooverami rokrocznie ukazuje się setki, z czego warto pamiętać o bardzo niewielu. Krążek Elizy z 2007 roku z pewnością warto postawić w widocznym miejscu i co jakiś czas do niego wracać. Przepięknie wyszły jej interpretacje „High And Dry”, Street Spirit”, „Karma Police”. Jak to dobrze mieć znajomych, którzy czasem zwrócą uwagę na coś, co kiedyś pominąłem…

Reklamy
Kategorie:Film, Muzyka Tagi: , ,
  1. aequanimitas
    05/06/2011 o 5:39 am

    Przepraszam pominąłem literę: aequanimitas@o2.pl Nie wiem czy system poprawił.

  2. aequanimitas
    05/06/2011 o 5:29 am

    Byłem kilkakrotnie aresztowany za działalność antykomunistyczną w latach 80. Tylko 48, pestka. Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że tamten system prawa, komuchów-których nienawidziłem, był bardziej liberalny (literalnie) od prawa polskiego obecnie, prawa karnego? Niewiarygodne. Kilka tysięcy Bogu ducha winnych ludzi siedzi w więzieniach – rowerzyści po piwie. Kiedy napisałem o tym koledze z Australii, zapytał mnie, czy Polska jest krajem demokratycznym 😉 I nikt nie protestuje. Wyobraźcie sobie taką sytuację: w nocy jedzie trzeźwy kierowca i przysypia, uderza w znakomicie zabezpieczonego „świetlnie” rowerzystę (kamizelka odblaskowa, migające najwyższej klasy światło z przodu i tyłu 😦 etc.) Rowerzysta ginie: wyładowanie energetyczne – 15 metrów lotu ku śmierci. Następnie policja stwierdza (znaczy lekarze), że rowerzysta miał 0,6 promila we krwi. Ten kto prowadził samochód jest niewinny, mimo, że można z łatwością sprawdzić linię hamowania i że jego wina jest ewidentna. Zabił człowieka i nic mu nie grozi.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: