Strona główna > Muzyka, People, Show-biznes > Our daily Bret

Our daily Bret

Zbliża się chwila, w której zacznę się bać otwierania lodówki, a nawet oczu po przebudzeniu, bo boję się, że zobaczę nad sobą Breta Michaelsa. Tego najpiękniejszego diabetyka na świecie, z „tarką” na brzuchu taką, że tygodniowe pranie mógłbym zrobić, a by się nie zużyła, z niebieskimi oczkami, które pewnie niejedną amerykańską nastolatkę zmiękczają w sekundzie. Ba, zmiękczyły nawet Pamelę Anderson w szczytowym okresie jej sławy, w okresie pierwszych poduszek silikonowych Kanadyjki (które potem musiała wymienić, bo coś nie za bardzo spełniały swoją rolę). Zapis owego „zauroczenia” został nawet wydany na DVD i dopiero po ciężkich bojach prawnych udało się zatrzymać dystrybucję.

Ameryka zwariowała na punkcie Breta i jego kolegów z Poison w drugiej połowie lat 80. W dokumencie „Metal” jeden koleś z Los Angeles rozbawił mnie setnie, gdy wspominał czasy boomu sceny Sunset Strip i opowiadał o swoim kumplu, który marzył o tym, by przelecieć „chicks from Poison” 🙂 Tak, panowie mieli mocno sfeminizowany wygląd… Poison po wydaniu „Look What The Cat Dragged In”, „Open Up And Say… Ahh!” i „Flesh & Blood” miał świat u stop. Faceci ściskali się z pannami pokątnie lub poplażowo do dźwięków „Every Rose Has Its Thorn”, po ściskaniu gibali się do „Unskinny Bop” lub w sposób wyważony machali koafiurą do choćby „Talk Dirty To Me”. A propos tego ostatniego, pamiętam, jak mój kumpel grający na wieśle (naprawdę całkiem nieźle) prawie płakał, gdy w klipie do „Talk…” C.C. DeVille rzucał gitarami na podłogę, podczas gdy fąfel mój chyba przez pół roku odkładał na jakąś używaną Jolanę.

Do kapel z Sunset Strip miałem słabość, ale Poison jakoś najmniej mnie kręciło. Mötley Crüe to byli wariaci i rockandrollowy, których wszyscy uwielbiali, bo nie znali kompromisów, zaś Bret i pozostała trójka, jakaś taka za bardzo ułożona, spokojna, dla panienek z dobrego sąsiedztwa. Sukces odnieśli jednak kolosalny, zarobili grube miliony. W „Upadku cywilizacji zachodniej” Bret i C.C. mówią, że grywali na stadionach dla ponad 130 tys. ludzi, czyli żartów nie było. Potem przyszedł grunge i wszystko pozamiatał, Poison do dawnej sławy nie wrócił, ale Bret radził sobie świetnie. Przy okazji, jego prawdziwe nazwisko brzmi dość słowiańsko, Sychak, może to tłumaczy, czemu dawał radę w czasach, gdy inni głównie jojczyli, jak to jest im źle i wszyscy robią im kuku.

Grał w filmach, pisał do nich muzykę, scenariusze, a jeden – „A Letter From Death Row” z Martinem i Charlie’em Sheenami w roli głównej, nawet wyreżyserował. Gdy przyszła moda na granie w serialach, Michaels dostawał w nich rólki, jak nadeszła era reality-shows, blondas również był w nich obecny. Ewidentnie facet ma show-biznesowego czuja. Ale chyba nawet on nie przewidział, jak bardzo „on demand” się stanie, gdy niemal nie stracił życia wskutek niedawnego wylewu.  Jak Bret doszedł do siebie, musiał odpowiadać na niemal identyczny zestaw pytań wszystkim gwiazdom telewizji, o występ u których większość się modli, a tym razem to owe gwiazdy dzwoniły do niego. Po jakimś tygodniu wszyscy uznali, że to staje się nudne i pojawiły się dociekania/wymuszenia dotyczące wciąż nieformalnej relacji z Kristi Lynn Gibson, matką dwójki jego córek. Fascynująca jest płytkość i tępota pytających, czy teraz wreszcie się z nią ożeni. O wiele bardziej zaskakujące jest to, że ponoć Bret i Kristi pod naporem medialnym zaczęli to rozważać! Ot potęga czwartej władzy w kraju wolnych i domu odważnych. A, że przez chyba 12 lat są szczęśliwi bez ślubu, to już detal.

Zamieszanie wokół Breta nie mogło przypaść na lepszy czas. Akurat nagrał i wydał płytę solową „Custom Built”, która dzięki medialnej burzy wylądowała w pierwszej dwudziestce „Billboardu”. No i może trochę też dzięki gościnnemu udziałowi boginki mediów i nastolatek Miley Cyrus (tak chyba do 10 roku życia, bo moja 13-letnia chrześnica coś nie za bardzo ją poważa) oraz nowej, country’owej wersji „Every Rose…”. Muszę facetowi oddać, że burzę wokół siebie zniósł fenomenalnie, często ze szczerym uśmiechem szczęśliwego człowieka, który był blisko transportu na drugą stronę tęczy, ale dostał jeszcze jedną szansę.

Dawniej, w czasach aktywnej fascynacji sceną Sunset Strip, uważałem go za lekkiego głąba, a dziś okazuje się, iż to miły, inteligentny facet, umiejętnie prowadzący swoją karierę. Jeśli miałbym ci coś doradzić Bret, czym prędzej skrzyknij chłopaków z Poison i zagrajcie trasę „The Best Of Tour”, a zarobicie kolejne 100 baniek zielonych. Drugiego takiego zamieszania wokół ciebie może nie być. I może lepiej, by nie było, jeśli miałoby się to wiązać z kolejnym wylewem… Fajny z ciebie facet, grasz fajnego rocka (bo dla mnie Poison to nigdy nie był żaden sotf metal, party metal, pudel metal, itp., tylko mocniejszy rock) i niech tak pozostanie. Bylebyś na jakiś czas odmawiał wywiadów, bo zejdę śmiertelnie po raz kolejny słysząc opowieść o tym, co czułeś, gdy dostawałeś wylewu.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: