Strona główna > Muzyka, Show-biznes > Cool old school Titans

Cool old school Titans

Męczący fizycznie był ten weekend, ale bogaty w wiele miłych spotkań (podziękowania dla warszawskiej ekipy, ze szczególnym uwzględnieniem przemiłych pań ;)) i parę koncertów.

Podczas „United Titans” w krakowskim Studiu średnia wieku była znacznie większa niż na innych koncertach metalowych (Adamie Ś., dzięki za wjazd!). Nic dziwnego. Weteranów z Deicide, Pestilence i Death Angel poznawali jako nastoletnie szczenięta dzisiejsi późni 30-latkowie, wcześni 40-latkowie. Frekwencyjnie było przyzwoicie choć bez szaleństw, ale za to temperatura reakcji bardzo wysoka. Starzy fani metalu czekali głównie na Pestilence i Death Angel. Obydwie kapele nie zawiodły i przyjęto je gorąco. Niestety, przyszedłem zbyt późno, aby zobaczyć Vadera czy Virgin Snatch. Załapałem się na Marduk, ale zdecydowanie bardziej wolę ten zespół z płyt niż na koncertach. Wracając do Pestilence, wiara gromko skandowała ich nazwę, ku wielkiej uciesze muzyków, którzy nagrywali fanów na kamerę i zapewniali, że wykorzystają to na DVD. Patrickowie – Mameli i Unterwijk – w dobrej formie, ale największą klasą i szaleństwem błysnął basista Jeroen Paul Thesseling, który na sześciostrunowym instrumencie wyczyniał cuda. Słowo daję, że niewiele razy słyszałem bas równie dobrze nagłośniony. A facet latał po całej scenie, wszędzie było go pełno. Sporo kawałków było z dwójki, parę z jedynki, za dużo numerów ze słabej „Resurrection Macabre”. Zobaczymy, jaka będzie zapowiadana na 2011 rok „Doctrine”.

Unterwijk po koncercie wyszedł do ludzi, było sporo próśb o zdjęcia i autografy. Chłop wyglądał na mile zdziwionego takim zainteresowaniem. Gdyby Pestilence przyjeżdżał wcześniej i częściej, to by nie był. Mark z Death Angel też chodził sobie po klubie, miły, serdeczny, uśmiechnięty, chętnie pozował do zdjęć, cieszył się, że ludzie się cieszą, iż Death Angel przyjechał dla nich zagrać. Fajnie zagrali, choć brzmienie było takie sobie (Pestilence też mógłby mieć lepszy sound). Deicide, jak to Deicide. Deathmetalowa maszyna do zniszczenia, która przejechała po ludziach jak walec. Glen Benton coraz obszerniejszy, Jack Owen taki sympatycznie miśkowaty, ale łoją niemiłosiernie. Mam nadzieję, że będzie kolejna edycja tej imprezy. Nie żałuję, że odpuściłem finał Ligi Mistrzów, zwłaszcza że wygrał nie ten klub, co trzeba J (w sumie żaden nie był właściwy, ale z dwojga złego wolałem BM niż tego nadętego bufona).

Pozostanę jeszcze na chwilę w kręgu metalu, bo właśnie ukazał się „Omen”, nowy album Soulfly. Do Maxa Cavalery zawsze będę miał wielki szacunek za to, co zrobił i za to jaki jest w stosunku do ludzi. Miałem okazję spotykać go w Polsce parę razy i choć widać było, że jest niesamowicie zmęczony, nigdy nie odmówił rozmowy, zawsze z szacunkiem podchodził do każdego, kogo interesowała muzyka jego zespołu.

„Omen” to płyta dobra i ciekawa z powodu mocno punkowo-hardcorowego brzmienia, którego chyba nikt się nie spodziewał. Max wybrał Logana Madera zamiast Andy’ego Sneapa i na pewno nie będzie żałował tej decyzji. Tak samo nie będzie żałował zaproszenia do studia Grega Puciato i Tommy’ego Victora. Nagrane z nimi kawałki są naprawdę bardzo dobre. Zresztą, większość numerów na albumie taka jest. Limitowana edycja zawiera trzy covery, w tym dwa – Sepultury i crossoverowego Excel, nagrane z synami Maxa na perkusji (Zyon gra w „Refuse/Resist”, Igor w „Your Life, My Life”). Całkiem ciekawie prezentuje się instrumentalna wersja Zeppelinowskiego „Four Sticks”. A w Excel, jak sprawdziłem, na wieśle grał Adam Siegel, który potem wymiatał w Suicidal Tendencies i Infectious Grooves, a dziś jest cenionym producentem i inżynierem dźwięku.

Limit „Omen” zaopatrzony jest też w skromne DVD z klipem do „Unleash” (całkiem niezłym, jak na współczesne standardy metalowe) i dobry koncert z With Full Force 2009.

W końcu posłuchałem nowego projektu Nicke Anderssona (eks-Entombed, eks-The Hellacopters i w pierony innych wykonawców) – Imperial State Electric. Jak napisał sam Nicke – grają powerpop z naciskiem na power, na rock i na roll. Imperial State Electric opisuje się jako brakujące ogniwo pomiędzy The Beatles a Alice Cooperem albo most łączący The Byrds z Sex Pitsols. Ja napiszę, że to zajefajny rock z wykopem i mnóstwem pozytywnej energii. Zresztą, co będę opuszki ścierał po próżnicy, posłuchajta se sami TUTAJ.

Mało Wam radości od Nicke i Imperial State Electric? No to sięgnijcie po odhibernowany przy użyciu współczesnych narzędzi studyjnych rock and roll rodem z lat 50. i 60. XX wieku, przy którym babcie i mamy szurały obcasami po parkiecie i zadzierały kiecki nieco powyżej kolan, czyli wysoko, jak na ówczesnej standardy. Ów retro rock and roll grają Niemcy z The Baseballs. Nie tak dawno ukazała się w Polsce ich płyta „Strike!” (Warner Music Poland), którą polecam. Bejsboliści grają współczesne popowe covery w stylu retro i robią to naprawdę niezwykle sympatycznie. Nic dziwnego, że płyta spotkała się z ciepłym przyjęciem w wielu krajach, złotem i platyną się pokrył. Panowie kręcą fajne wideoklipy, czego dowód mamy chociażby TU.

Jeśli ktoś ma dość rockandrollowych szaleństw, chce się zadumać, wyciszyć, wprowadzić w refleksyjny nastrój, polecam gorąco debiut płytowy Karen Elson, małżonki Jacka White’a, która do niedawna była znana raczej tym, którzy interesują sie modą. Ale w przeciwieństwie do na przykład Agnieszki Maciąg Karen udowadnia, że naprawdę ma papiery na zajmowanie się muzyką. Płyta „The Ghost Who Walks”, wyprodukowana przez męża, to piosenki głównie spokojne, brzmiące starodawnie wręcz, słychać oldschoolowe klawisze, na których zapewne gra Jack. Karen może nie jest wokalną mistrzynią świata, ale śpiewać umie i to całkiem nieźle. Wspominałem o tej płycie na Facebooku coś koło tygodnia temu. Od tamtej pory posłuchałem jej jeszcze kilka razy i zdania nie zmieniam – to jedno z milszych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Chciałbym usłyszeć kiedyś Karen na żywo. Scena i bezpośredni kontakt z fanami weryfikują wszystko. No i zobaczyć tak śliczną rudowłosą w realu to byłoby przeżycie ;)) Zdjęcia robią Karen naprawdę niezłą reklamę😉

Materiałów do oglądania/słuchania przybyło trochę i można się spodziewać, że w dość bliskiej przyszłości podzielę się swoimi odczuciami na temat Pendulum, Lostboya (Jim Kerr z Simple Minds), Stone Temple Pilots, norweskiego Donkeyboy, nowego Nightwish, czyli fińskiej kapeli Indica, ścieżki dźwiękowej do dokumentu o The Doors „When You’re Strange” (narratorem jest Johnny Depp).

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: