Strona główna > Muzyka > Słuchałem/widziałem part kolejna

Słuchałem/widziałem part kolejna

This is how rock and roll is supposed to be played – powiedział Sammy Hagar po tym, jak Chad Smith zdemolował swój zestaw perkusyjny na zakończenie coveru The Who „My Generation”. Potężny bębniarz zrobił to fachowo i sądzę, że Keith Moon w zaświatach bił mu z tego powodu brawo. Opisywaną demolkę zobaczyłem na DVD supergrupy Chickenfoot. Wiele się  po nim nie spodziewałem, debiutancką płytą też zachwycony nie byłem, choć jest na niej parę świetnych piosenek. Wydawało mi się, że tacy zawodowcy, jak Hagar, Smith, Satriani i Anthony odwalą rzemiosło najwyższej próby w jakimś większym klubie, i tyle. Myliłem się. Jednak ci faceci mają w USA więcej fanów, obrotnego menedżera i siłę rażenia na pewno większą niż w Europie. Hala w Phoenix zmieściła chyba z 15 tys. ludzi, którzy reagowali niezwykle żywiołowo. Ważniejsze było jednak to, że ze sceny nie docierał do fanów zrutynizowany przekaz, lecz prawdziwy rockowy ogień, rozpalany przez facetów, których średnia wieku przekracza dwie setki, z pasją nastolatków. Na estradzie nie ma cudów, wymyślnych ozdobników. Jest muzyka Chickenfoot, dobra zabawa, uśmiechy, śmieszne konwersacje, są błyskotliwe sołowki Joe. Czas mi się nie tylko, że nie dłużył. Nie chciałem, aby ten film się skończył. Skończył się za szybko, bo panowie nie mogli zapewne z przyczyn prawnych pobawić się kawałkami RHCP czy Van Halen. Szkoda. Ale i tak materiał gorąco polecam.

Tym, którzy stęsknili się za markowym thrash metalem koniecznie polecam sięgnięcie po nowe dzieło Exodus – „Exhibit B: The Human Condition”. Proszę się nie zrażać tym, że licznik pokaże aż 74 minuty muzyki. To nie jest tak nudnawa i nierówna produkcja, jak „Load” i „Re-Load” Metallki, do której odszedł prawie 30 lat temu współzałożyciel Exodus, Kirk Hammett. Zaczyna się dość spokojnie, ale po jakichś dwóch minutach następuje takie walnięcie gitar, że człowiek mimowolnie cofa się, jak przed mocnym ciosem w twarz. To na pewno najlepsza płyta, jaką Exodus nagrał z Robem Dukesem. Parę numerów po prostu powala. Mnie w szczególności zafrapował kawałek „Burn, Hollywood Burn”, w którym skupiona jest nieprawdopodobna nienawiść do hollywoodzkiego blichtru. Rob raczej nie udaje i Tinseltown szczerze nie cierpi. Zresztą, polecam zapoznać się z tekstem, w którym dostało się Paris Hilton. Choć nie tak mocno, jak od twórców „South  Parku”, którzy nazwali odcinek o niej aż nadto wymownie „Stupid Spoiled Whore”. Nowy Exodus to obok „Ironbound” Overkill jedna z najmilszych metalowych niespodzianek 2010 roku. Legendy trzymają się dobrze.

A już za niedługo nowy materiał Nevermore „The Obsidian Conspiracy”, który początkowo mnie załamał, a potem zachwycił (pisałem o tym w jednym z poprzednich postów). A propos Nevermore, zaskoczyła mnie mocno informacja o reaktywacji Sanctuary, z którego twórcy „Dead Heart In A Dead World” powstali. Ma ponoć być płyta, a Warrel Dane i Lenny Rutledge zapewniają, że nie będą ładować się po pyskach, jak kilkanaście lat temu. Dla mnie dość mocno naciągana ta reaktywacja. Słów zaś już brak na to, co wyrabia Anthrax. Najpierw trąbienie, że wrócił John Bush, ku mojej wielkiej radości, bo uważam go za jednego z najlepszych metalowych wokalistów na świecie. Koncerty, gadanie o współpracy, przemilczanie wywalenia Dana Nelsona, aż tu nagle… Okazuje się, że śpiewać w Anthrax będzie Joey Belladona. Czyli taki sam numer, jak kilka lat temu. Wtedy szczytem żenady był film na DVD z rzekomo pierwszym spotkaniem muzyków po latach w NYC, które zarejestrowała niejaka Juliya (odpowiednio wyglądająca gwiazda jednej z metalowych telewizji) Sztucznością i aranżacją pachniało na kilometr, bo Anthrax aktorami są kiepskimi. Nie mam nic do Joeya, bardziej do Scotta, Charliego i Franka, że tak sobie pogrywają z ludźmi i ewidentnie myślą już sakiewką a nie muzyką. Lubie dwie płyty nagrane z Belladonną, ale więcej ciekawszego materiału Anthrax nagrał z Johnem Bushem. Cóż… Money makes the Word go round, jak śpiewał Joel Grey w „Kabarecie”.

Steve’a Hacketta miałem okazję widzieć dwukrotnie na żywo, za każdym razem w innym wcieleniu. Raz pierwszy – koncert akustyczny w studiu Trójki, gdzie wykonał między innymi fragment materiału z albumu „Sketches Of Satie”. Raz drugi, krakowska hala Wisły, koncert elektryczny z pełnym zespołem, gdy promował znakomitą płytę „To Watch The Storms” (pamiętam, że „Mechanical Bride” zabrzmiała niemalże jak numer metalowy). Po jednym i przed drugim koncertem miałem okazję robić z nim wywiad. Obydwa są do znalezienia w archiwach serwisu Muzyka.interia.pl. Przemiły i niesamowicie skromny człowiek, jak na kogoś, kto jest legendą i osobą uważaną przez wielu za rewolucjonistę w materii gry na gitarze. Nie jestem wielkim fanem solowej twórczości Hacketta, zwłaszcza po koncertach, na których niestety słychać wyraźnie, że wokalistą jest słabym, a ratują go klawiszowe sztuczki Rogera Kinga. Ale wiele genialnych kompozycji nagrał i temu zaprzeczyć nie sposób. Na jego nowej płycie „Out Of The Tunnel’s Mouth” też jest ich kilka. Najgenialniejsza to wg mnie „Sleepers”. Ale jako całość album jest tylko przyzwoity. Die hard fanów progresu pewnie zelektryzowała wieść, że gośćmi na krążku są Anthony Phillips i Chris Squire. Wiele nie wnieśli. O wiele mocniej zaznaczył swoją obecność mistrz chapman stick Nick Beggs, który w czasach, gdy jeszcze nie wiedziałem, jak się rozpina biustonosz (wtedy były powszechnie używane, naprawdę!) był jednym z filarów Kajagoogoo, a po odejściu Limahla stał się wokalistą zespołu. Ładne są też partie fletu Johna Hacketta i smyczki. Dla „Sleepers” koniecznie trzeba posłuchać „Out Of The Tunnel’s Mouth”. Miłe wrażenia ma się też po „Tubehead” i „Last Train To Istanbul”. Gdyby tylko śpiewał ktoś inny, nie Hackett…

Ździebko już nastukałem o francuskim zespole Klone. Czas nastukać nieco więcej, bo materiał z albumu „Black Days” przesłuchany został kilkakrotnie. Po poprzedniej płycie „All Seeing Eye” i EP-ce, którą za darmo można sobie ściągnąć z MySpace’a po cichu liczyłem, że Season Of Mist wpakuje w zespół większą kasę, bo granie alternatywnego metalu z okolic Neurosis, Isis, Tool, z elementami progresu a la Porcupine Tree przyjmowane było więcej niż przychylnie. Nie wpakowali wtedy, może zrobią to teraz. Na pewno dali więcej euro na studio, bo „Black Days” brzmi lepiej niż poprzedniczka. Ale musi być intensywniejsza promocja tytułu w mediach, wywiady, klipy na YouTubie, itp. Na razie nic takiego się nie dzieje, nad czym boleję, bo Klone nagrał materiał dobry, dobrze brzmiący, dojrzalszy od poprzedniego. Jak ktoś lubi porównania, to ma szansę porównać wersję „Army Of Me” Klone z zarejestrowaną wcześniej przez Proghmę-C. Według mnie obydwie są niezłe. A kawałki takie, jak „Hollow Way” czy „Immaculate Desire” po prostu znakomite.

Filmowo nie działo się ostatnio za dużo, bo postawiłem sobie za punkt honoru skończenie „Kroniki ptaka nakręcacza” Murakamiego, i skończyłem. Ale z czystym sumieniem po drugiej projekcji mogę polecić obraz „A Serious Man” braci Coenów. Fani sądzę, że pokochają film od strzała, dla wielu innych może to być ciężka przeprawa, obraz może wydać się obyczajową nudą. Możliwości interpretacji jest mnóstwo i można tu stosować zarówno żydowską mistykę, jak i wyższą matematykę. Aktorzy niemal kompletnie nieznani, grający jednak wyśmienicie. Za Oceanem uznani reżyserzy nie boją się sięgnąć po no-manów. U nas wszędzie tylko Kot, Szyc, Dereszowska i Więckiewicz, choć ten ostatni ma u mnie wiele plusów, choćby za udział w polecanym na tych łamach przeze mnie filmie „Zero”.

W trakcie tygodnia podzielę się swoimi odczuciami po przesłuchaniu nowego materiału Unkle, a także płyt Faithless i być może Pogodno. „Ultraszybka” poczta rodzima ponoć transportuje już do mnie nowy Sabaton z numerem o powstaniu warszawskim (w klipie ma zagrać Peter Stormare z „Fargo” i serialu „Prison Break” oraz Mateusz Damięcki). Ci to wiedzą, jak wykorzystać koniunkturę. Oj będzie się działo😀 Ale zaimponują mi, jeśli napiszą obiektywny numer o tym, jak Szwedzi dostali wciry pod Kirholmem😉 Aż tak daleko to pewnie się nie posuną. W końcu zły to ptak, co własne gniazdo kala🙂 Ale najbardziej w ostatnim okresie ucieszyły mnie informacje o koncertach Skinny Puppy i Mike’a Pattona. Mam nadzieję, że dojdą do skutku, bo Kanadyjczycy mieli już kiedyś wystąpić w Polsce, lecz ostatecznie nie zagrali, zaś Mike ma pojawić się na Erze Nowe Horyzonty, z którą nie wiadomo, jak może być, bo Era ma wewnętrzne problemy w związku z tym, że dwaj panowie z zarządu wystawiali lewe faktury i co gorsza proceder ten został wykryty.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: