Strona główna > Film, Muzyka > Historia Kowadła

Historia Kowadła

Muzyka przetrwa na wieki – to zdanie Steve „Lips” Kudlow powtarza kilka raz pod koniec znakomitego dokumentu „Anvil: The Story Of Anvil” Sachy Gervasiego. Mówi zresztą wiele innych pięknych, mądrych zdań tuż przed tym, zanim zobaczymy napisy końcowe. To najlepiej spędzone przeze mnie 80 minut w ostatnich dniach.

Filmem zainteresowałem się, gdy zaczęli o nim dużo pisać w USA, gdy wyświetlono go na Sundance oraz gdy Lips i Rob Reiner zagościli w CNN, by o nim opowiedzieć. Nie będę ściemniał, kanadyjski Anvil nigdy nie był zespołem, który zajmował w moim sercu miejsce szczególne. Ale mam gdzieś płytę „Forged In Fire”, słuchałem „Metal On Metal”. Wiedziałem, że taka kapela istnieje, jest z Kanady, gra mocny, klasyczny heavy metal z bardzo gęstymi bębnami, że nagrała parę płyt, które niektórzy zaliczają do klasyki gatunku. Dla mnie to była zawsze drużyna z drugiej ligi, która w lepszych momentach ocierała się o baraże do ekstraklasy. Sacha Gervasi z pewnością by się ze mną nie zgodził. W filmie mamy jego zdjęcie z Lipsem z lat 80. podczas jednej z tras koncertowych. Ewidentnie dla niego Anvil był zespołem niezwykle ważnym. Ale nie zrobił dokumentu hagiograficznego. W pierwszych minutach postawił tezę, czyniąc to w fajny sposób. 1984 rok, festiwal w Japonii, kilkadziesiąt tysięcy fanów. Występuje parę zespołów, między innymi Scorpions, Whitesnake i właśnie Anvil. Wszystkie poza ostatnim zrobiły kilkanaście miesięcy po występie oszałamiające kariery. Czemu Anvil się nie udało? Odpowiedzi otrzymujemy w przez następnych kilkadziesiąt minut. Lips i Rob też poniekąd ich udzielają – gówniana produkcja płyt, brak sensownego menedżera, chciwość wytwórni płytowych i rezerwa w podejściu do wydawania pewnych gatunków muzyki. Widzimy też sporą naiwność Lipsa i Roba, którzy powierzają obowiązki menedżerskie pewnej Włoszce, nie sprawdzając dokładnie, co tak naprawdę jest warta. A potem wyruszają w trasę i zaczyna się „zabawa”. Nędzne kluby (są nawet migawki z Krakowa), skandalicznie mała frekwencja, odwołane koncerty, właściciele, którzy nie mają ochoty płacić za występ, czekanie na peronie, bo pociąg uciekł, a zespół nie miał zarezerwowanych biletów, Lips wychodzący z siebie i chcący wymusić zapłatę przy pomocy rękoczynów. Bardzo smutno ogląda się, jakby na to nie patrzyć, zasłużony dla gatunku zespół, który w tak niegodnych warunkach musi poruszać się z miejsca do miejsca, by prezentować swoją sztukę.

A potem powrót do domu w podłym nastroju i próba związania końca z końcem. Oglądamy Lipsa zarabiającego na życie w charakterze pracownika firmy cateringowej dostarczającego obiadki, który stara się mimo wszystko uśmiechać i wyznaję zasadę, że gorzej niż było już nie będzie. Niestety, widzimy że bywa. Lips i Rob próbują dźwignąć Anvil na wyższy poziom, wciąż wierzą, że staną się wielkimi gwiazdami, że będzie im dany szacunek, na jaki zasługują. Wierzą, że lekiem na całe zło będzie Chris „CT” Tsangarides, legendarny producent, z którym Anvil pracował w latach 80. CT ma, mimo swojej wielkiej sympatii do grupy, swoją cenę. Niemałą, jak na możliwości Kanadyjczyków. Lips dzięki jednemu z fanów dostaję pracę w należącej do niego firmie call center. Ale nie wytrzymuje. Nic nie udaje mu się sprzedać. Jego wieczny, niepoprawny optymizm, niknie w tej robocie w przerażającym tempie. Wtedy okazuje się, jak wielką wartością jest wspierająca się rodzina. Siostra Lipsa jest bizneswoman i to ona pożycza mu (jak sądzę, na wieczne nieoddanie) bodajże 20 tys. funtów.

Sesja nagraniowa u CT w nadmorskim Dover daleka jest od idealnych. Lips i Rob w końcu skaczą sobie do gardeł (niemal dosłownie), zespół jest przez chwilę na granicy rozpadu, leją się łzy (Lipsa). Żeby nie odbierać przyjemności odbioru, nie będę zdradzał wszystkiego. Ciekawa jest wizyta Roba i Lipsa w jednej z dużych wytwórni. Trzeba też oddać CT, że nie interesowało go jedynie zainkasowanie kilkunastu tysiaków za sesję. Pomagał też w promocji.

W trakcie oglądania filmu zastanawiałem się, gdzie oni znaleźli takie kobiety! Pani Kudlow (żona Lipsa) i pani Reiner od kilkunastu lat z anielską cierpliwością tolerują nieudaną walkę mężów o status gwiazd. Kochają tych facetów na zabój, urodziły im dzieci, którymi przez 90 proc. czasu się zajmują, bo Anvil gra kilkadziesiąt koncertów rocznie, w większości poza Toronto. Obie panie wypowiadają się parę razy, pani Kudlow roni łzy. Sędziwa mama Lipsa także zabrała głos. Wzruszających momentów nie brakuje. Zaskakujących też. Nie spodziewałbym się wypowiedzi Slasha (kilku, brzmiących bardzo szczerze) czy Larsa Ulricha. Obecność Lemmy’ego tak wielkim zaskoczeniem już nie jest. I wiele prawdy ma jego stwierdzenie, że bardzo ważne jest, by być we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Urocze jest to, jak 50-letni Lips podczas Sweden Rock Festival z podnieceniem godnym małolata rozmawia z Carminem Appice, a potem leci jak wariat, bo zobaczył Tommy’ego Aldridge’a. Są i momenty nadziei, choć rzadkie. Aczkolwiek powrót po latach na koncert do Japonii i to, co Anvil tam zastał, musi robić wrażenie. Nie zdradzę, o co dokładnie biega, ale u nas coś takiego raczej nie miałoby szans się zdarzyć. A końcowe obrazki Lipsa i Roba w Tokio sprawiają, że lepiej człowiekowi robi się na duchu.

Czego dowiemy się z „Anvil: The Story Of Anvil”? Że warto mieć marzenia i wytrwale dążyć do ich realizacji. Że trzeba bardzo uważnie wybierać tych, którym powierza się sprawy biznesowe. Że bez względu na wiek, trzeba mieć w sobie tę dziecięcą pasję i cieszyć się jak dziecko, gdy tylko coś się uda. Poznawać nowe miejsca i ludzi, doświadczać czegoś nowego. Dowiemy się również tego, że w Kanadzie nawet będąc muzykiem niedocenionym, niespełnionym w sensie komercyjnego sukcesu, żyje się o dwa nieba lepiej niż, gdy taki sam status ma się w Polsce. Lips i Rob mieszkają w niewielkich, ale miłych domkach, mają samochody, pracują. Pewnie, że im się nie przelewa, ale nie muszą grać na ulicach, aby zarobić na chleb. No i mają te niesamowite kobiety przy sobie. Zazdroszczę 😀

„Anvil: The Story Of Anvil” to jest prawdziwy obraz, prawdziwej historii. Nie garnitur szyty na miarę za wielkie pieniądze. Tu nie ma psychoterapeuty, który bierze 500 dolców za godzinę i będzie spokojnie pracował przez kilka miesięcy zanim nie wypracuje odpowiedniego rozwiązania, bo wie, że nie grozi mu brak wypłaty. W obrazie Gervasiego bohaterowie zdani są głównie na siebie, czasami wspierani przez najbliższych, kiedy wszystkie inne opcje zawiodą. Naprawdę warto obejrzeć, choć muzyki nie ma tu za wiele. Ja na pewno oglądnę „Anvil: The Story Of Anvil” raz jeszcze.

Miało być jeszcze o Meat Loafie, ale zostawię info o nim na kolejny post. Powinien być dziś wieczorem.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: