Strona główna > Muzyka > Doktor House muzykuje z Pulpetem

Doktor House muzykuje z Pulpetem

… szkoda, że wokaliście nie udało się namówić dr Cuddy i byłby pozaserialowy ciąg dalszy toksycznych relacji gburowatego geniusza medycyny i zaciekle ukrywającej swoją fascynację nim panią menedżer szpitala (aczkolwiek nie wiem, czy Lisa Edelstein jakoweś talenty muzyczne posiada). Ale i tak to Meat Loaf, nie zaś angielski aktor, jest jedną z najważniejszych postaci na płycie „Hang Cool Teddy Bear”. Zaskakująco dobrego albumu. Nie sądziłem, że kiedyś napiszę jakieś dobre słowo o tym wykonawcy, a tu proszę. Duża w tym zasługa producenta. Rob Cavallo (m.in. Green Day, Dave Matthews Band, Kid Rock) znakomicie wyeksponował rockową moc piosenek (napisanych m.in. przez Justina Hawkinsa z The Darkness, Desmonda Childa i Jona Bon Joviego). Producent chciał pokazać, że Meat Loaf to przede wszystkim rasowy, rockowy wokalista. Nawet jeśli czasem przesadza z patosem, zdarzają mu się chude lata i słabsze momenty na albumach (tutaj choćby ckliwa „Did You Ever Love Somebody”, „Elvis In Vegas”), to jednak jest rockowym artystą dużej klasy, umiejącym nas zabawić (polecam klip do „Los Angeloser” na tej stronie, a panom w szczególności tańczący oddział policjantek :D).

Hugh Laurie pojawia się nie jako część opowieści o Paticku, lecz jako pianista. Odtwórcę roli genialnego i gburowatego lekarza słychać na początku żywej „If I Can’t Have You”, ale głównymi bohaterami kawałka są Meat Loaf oraz autorka, Kara Dioguardi, pojawiająca się też w roli wokalistki. Niespodzianka będzie mniejsza, jeśli napiszę, że Pulpet pojawił się jako gość w jednym z odcinków popularnego serialu i na planie zaprzyjaźnił się z angielskim aktorem. Meat Loaf po imponującym comebacku sprzed lat, „Bat Out Of Hell II: Back Into Hell…”, nie potrafił utrzymać wysokiego poziomu. Może zbytnio chciał powtórzyć sukces krążka i singla „I’d Do Anything For Love…”? Może nie umiał pogodzić kariery wokalnej z aktorską? Powody nie mają dziś znaczenia, bo obdarzony charakterystycznym głosem wokalista powrócił w dużym stylu. „Hang Cool Teddy Bear” to najlepsza płyta artysty od „Bat Out Of Hell II…”. Meat Loaf odzyskał świeżość i radość z grania. Lukrowany patos nie drażni i nie rzuca się tak bardzo w uszy, jak rockowy luz („Los Angeloser”, „Love Is Not Real”). Z paru numerów wystają rockowe pazury („Living On The Outside”, „Song Of Madness” ze Steve’em Vaiem na gitarze) i bluesowe wtręty (gitarowy początek „Like A Rose” z gościnnym wokalem Jacka Blacka). Wokalista nie stara się budować innej tożsamości. Wie, że na tym etapie kariery mogłoby się to skończyć artystycznym samobójstwem. Doskonale zna swoje atuty, wie za co pokochała go publiczność. Dlatego w jego muzyce wciąż są chórki, orkiestracje, słyszymy tak lubiany przez Meat Loafa fortepian. Są słodkie ballady, pięknie zaśpiewane i bogato zaaranżowane.

Jeśli komuś spodoba się „Hang Cool Teddy Bear” i będzie mu mało tych kilkunastu piosenek, polecam rejestrację na stronie www.hangcoolteddybear.com. Dzięki temu można za darmo pobrać całkiem niezłą kompozycje „Prize Fight Lover”.

Sporo ciepłych słów napisałem kilkanaście dni temu o nowej płycie genialnego Jeffa Becka „Emotion & Commotion”. A dwie doby temu przyszło mi doświadczyć wielkiej przyjemności słuchania boxu Anglika z serii „Original Album Classics”. Do kartonowego slip case’a wsadzono koperty z krążkami: „There And Back” (1980), „Flash” (1985), „Jeff Beck’s Guitar Shop” (1989), „Who Else!” (1999) i „You Had It Coming” (2001). Zestaw wielce ciekawy, bo mamy tu i fusion, i mocno klawiszowy pop oraz elektroniczne eksperymenty z końca XX i początku XXI wieku. Może nie każda z tych płyt jest arcydziełem, lecz każdą bezwzględnie warto poznać. Jeff Beck miał bowiem dość specyficzne podejście do popu i elektroniki. No i na gitarze gra jak zwykle przecudnie.

O Gotan Project zbyt obszernie rozpisywać się nie będę, gdyż recenzja płyty „Tango 3.0” znajduje się już na tej stronie. Podziwiam tych facetów za to, że to samo potrafią wciąż pokazywać nieco inaczej, pomimo angażowania do współpracy w większości tych samych osób. Niezmiennie marzy mi się zobaczenie ich na żywo, bo to ponoć wyjątkowe przeżycie. Wiem, że lubią występować w Polsce, bo miałem raz okazję spotkać całą trójkę w Warszawie. Niesamowicie mili, skromni i weseli panowie. Ciekawe, czy już nauczyli się tańczyć tango, bo jak z nimi rozmawiałem w 2006 roku to podobno ich umiejętności były na podstawowym poziomie? Eduardo jako Argentyńczyk powinien dać młodszym kolegom przykład.

O Fryderykach nie ma sensu dziś pisać za wiele, bo już dawno po ceremonii, mleko się wylało, komentarze popłynęły. W większości takie jak zwykle, czyli uroczystość traci na prestiżu, wygrywają ci sami, nie ma pomysłu na uatrakcyjnienie, itp. Tak, pamiętam, że była tragedia w Smoleńsku i żałoba. Z tym, że pomysłu nie ma od lat. Może komuś pasuje, żeby było właśnie tak nędznie, jak jest teraz? Może dowolność w klasyfikowaniu płyt do nagród w określonych kategoriach pasuje artystom/menedżerom/wytwórniom? Może na rękę jest to, że tak naprawdę niewielu wie, kto tworzy ów twór zwany Akademią Fonograficzną? Bardzo rzeczowo ujął kwestię na stronach Interii Michał Michalak.

Bardziej niż Fryderyki zajmuje mnie wizyta w Polsce Jello Biafry, chyba pierwsza, o ile mnie pamięć nie zawodzi. Kilka lat wstecz w Krakowie gościł zespół Dead Kennedys z zastępczym wokalistą. Klasa nie ta, a że koncert był na Hali Wisły, za wiele usłyszeć się nie dało. Wyszedłem grubo przed końcem, bo po co psuć sobie miłe wspomnienia z przeszłości. Szkoda, że Jello nigdy nie dogadał się z resztą kolegów. Ale on materialistą nigdy nie był. Reaktywacja oryginalnego składu DK byłaby skokiem na kasę, którym splunąłby na wszystko, co głosił. Biafra wystąpi 1 lipca w Łodzi z zespołem The Guantanamo School Of Medicine. Przyzwoite granie, alternatywno-punkowe. W kapeli jest gitarzysta Ralph Spright, kiedyś „wiosłujący” w dość znanej formacji Victims Family. Materiał z MySpace’a jest taki sobie, choć wstydu nie ma. Raczej nie będzie mnie w Łodzi, ale mam nadzieję, że ci, którzy się wybiorą do Dekompresji, usłyszą choć kilka klasyków DK.

Reklamy
  1. jabba
    26/04/2010 o 8:22 am

    … bo z tymi Fryderykami to jest tak, że przyznaje się już je z rozpędu niejako. 🙂 Gdyby w tym roku nie zorganizowano w ogóle ich, to oprócz sporadycznych wzmianek, szybko by takiego newsa pokrył pył. 🙂 Kółka wzajemnej adoracji obrastają z każdym rokiem tym samym tłuszczem. A ten tłuszcz się coraz bardziej rzuca na oczy, aż w końcu oślepną.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: