Strona główna > Muzyka > From Tusk ’til Howl

From Tusk ’til Howl

O ile mnie pamięć nie zawodzi, wieki temu pod Savannah poległ walcząc o niepodległość Ameryki Kazimierz Pułaski. W dzisiejszym Savannah, jak głosi oficjalna zapowiedź, istnieje wiele kapitalnych zespołów, których nie wolno przegapić. Jednym z nich jest Black Tusk. Państwo z wytwórni Relapse zapewnia coś, o czym całkiem nieźle wie chyba każdy, interesujący się cięższym graniem – sludge ma się całkiem dobrze. „Taste The Sin” to pierwszy materiał Black Tusk dla tej firmy. Przyznam, że wcześniejszych nie znam, ale ten album z pewnością wart jest poświęcenia nieco ponad 30 minut czasu. Duża moc, dużo brudu, perkusja dudni niesamowicie, a duch Black Sabbath unosi się nad każdą nutą. Polecam gorąco. A, że nie przesadzam (a jeśli nawet, to niewiele) można się przekonać odwiedzając MySpace’a chłopaków z Black Tusk.

Ostatnie słowo z tytuły dzisiejszego posta wiąże się z innym nowym nabytkiem Relapse, pochodzącym z Rhode Island kwartetem Howl. Podobnie jak Black Tusk, także oni debiutują pod skrzydłami wytwórni, a muzyka, którą proponują to pomieszanie sludge’u, doom metalu, utrzymana w dość mrocznej, mogącej wywoływać uczucia niepokoju i niepewności. Surowe, garażowe brzmienie, wokal, jakby kolesia ze skóry obdzierali. Płytka, którą debiutują w Relapse nosi tytuł „Full Of Hell” i jest na niej kilka naprawdę zacnych kawałków, choćby „Horns Of Steel”, „Jezebel”, „The Scorpion’s Last Sting” i najdłuższy, trwający ponad 10 minut „The Day Of Rest”. O tym, że zespół jest zacny, możecie się przekonać wizytując ich MySpace’a.

Black Tusk i Howl, takie mam wrażenie, wymagały delikatnego wprowadzenia, przybliżenia, bo jeśli są w Polsce znane, to co najwyżej niewielkiemu gronu maniaków brudnych, ciężkich dźwięków. Referencje nie są natomiast potrzebne doskonale znanemu fanom ostrego, deathgrindowego łojenia Misery Index. Ich nowa płyta, „Heirs To Thievery” to mistrzowskie łojenie, bezlitosne naparzanie bez momentów wytchnienia przez 30 kilka minut. Jedyny kawałek w zestawie trwający ponad 4 minuty („The Seventh Cavalry”), jest niczym suita. Kapitalnie się tego słucha. Na pewno nie jest to płyta, przy której sobie odpoczniemy, ale jeśli potrzebujemy się nakręcić, coś nas wk…o, to „Heirs To Thievery” można polecić w ciemno.

Jest jeszcze jedna kapela, którą polecił mi znajomy – holenderski Cilice. Cieszy mnie fakt, że chłopaki mają pojawić się w Krakowie za kilkanaście dni. Byli już wcześniej, zagrali w kompletnie nieprzystosowanym do koncertów klubie „Imbir”, ale niestety zabrakło mnie wtedy. Cilice to jest muza dla tych, którzy cenią jednocześnie The Dillinger Escape Plan, Meshuggah i Faith No More. Wpływy tych trzech kapel są najsilniej słyszalne w muzyce Holendrów. Mają na koncie płytę, wydaną bodajże własnym sumptem. Mam nadzieję, że niebawem będzie ona do nabycia w Polsce, w polskich sklepach. Niestety, planowane na kwiecień koncerty nad Wisłą nie dojdą do skutku 😦 Coś mi mówi, że na tę kapelę warto zwrócić uwagę. Jeśli w holenderskim biurze Roadrunnera czy Relapse mają dobrych A&R-ów i skautów, a coś mi mówi, że mają, niebawem możemy usłyszeć o fajnym kontrakcie Cilice, na który z pewnością zasługują. Że nie przesadzam, co do nich, można się wstępnie przekonać tutaj.

Z innych ostatnio wydanych tytułów wspomnę o Airbourne „No Guts, No Glory” – znakomite hardrockowe granie w stylu AC/DC. Australijski kwartet wprawdzie nie robi już takiego wrażenia, jak swoim debiutem sprzed kilku lat, ale z pewnością płycie warto dać szansę, bo jest na niej parę znakomitych kompozycji. Trafili do moich rąk kolejni debiutanci zza Oceanu, ale tym razem grający ładnie wyprodukowaną, wypolerowaną muzykę.

Bez żadnych garażowych brudów, przesterowanej surowizny gitarowej, charczącego wokalisty. Kapela zwie się Taking Dawn i niedawno pojawiła się w sprzedaży ich debiutancka płyta „Time To Burn”. Jeśli ktoś lubił Poison i Bon Jovi z drugiej połowy lat 80., uwielbia słodziutkie, melodie, czysty wokal, krystalicznie brzmiące gitary, to ten krążek idealnie nadaje się do polecenia takiej osobie. Całość zamyka całkiem przyzwoity cover „The Chain” Fleetwood Mac. Taking Dawn zapowiada się na zespół, który może nieźle zamieszać na hardrockowej, softmetalowej scenie. Kilka dni temu przeczytałem, że będą supportować Kiss na 666 części ich pożegnalnej trasy. Jeśli dobrze się zaprezentują, może to być ich bilet do pierwszej ligi.

W lidze mistrzów hard core’a od dawna jest Sick Of It All. I nieprędko z niej wypadnie. Czuć, że bracia Kollerowie złapali kilka lat temu drugi oddech i pędzą na nim mocno do przodu, zgniatając konkurencję, roznosząc ją w proch i pył. „Based On A True Story” jest, wierzcie mi na słowo, jeszcze lepsza niż „Death To Tyrants”. Kto nie posłucha, ten trąba. Szacunek panowie.

W następnym poście o Jeffie Becku (cudowna nowa płyta), Slashu (bardzo zacny solowy debiut) i refleksje o tzw. trendach funeralnych, o których niedawno pisała „GW”. Może zdążę do tego czasu zapoznać się z nowym Darkthrone.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: