Strona główna > People > Promocyjne szanse?

Promocyjne szanse?

Staram się trzymać z daleka od wszystkiego, co wiąże się z polityką, ale raz na jakiś czas robię wyjątek. Najczęściej, gdy ma to związek z popkulturą. A ma w przypadku promocji Krakowa, konkretniej mękolenia i ciągłego zastanawiania się, czy w związku z czymś tam, co ma nastąpić, moje rodzinne miasto wykorzysta szansę. Jako, że krakowianinem jestem z urodzenia, mieszkam tu cały czas (choć mam nadzieję, że niebawem się to zmieni i z przyczyn zachlebowych wyemigruję), niejedno widziałem i słyszałem. Gdy pojawia się po raz n-ty pytanie o promocyjne szanse, na przemian skręca mnie z newrów, trzęsie, a po chwili przychodzi pusty śmiech i refleksja, że zapewne będzie jak zwykle, czyli nijak. Pozytywne rozstrzygnięcia/zaskoczenia zdarzają się rzadko. Dobrze, że Alter Art, pomimo swego mocno aroganckiego podejścia i uważania się za nie wiadomo kogo, zdecydował się organizować w Krakowie Coke Live i Selector Festival, wspaniale, że wymyślony pod Wawelem Unsound zaistniał nawet poza granicami Polski i doczekał się relacji w „Wire”. Daje radę Festiwal Muzyki Filmowej oraz Sacrum Profanum. Z tym, że na miasto, które mieni się od lat kulturalną stolicą Polski, to – jak dla mnie – zdecydowanie za mało.

Dobrze pamiętam, jak lokalni oficjele płakali, gdy Kraków nie załapał się do grona miast, w których rozgrywane będą mecze Euro 2012. Nie rozumiem łez i zaskoczenia. Akurat na futbolu co nieco się znam i wcale się nie dziwię, że Krakowowi nie przyznano meczów Euro. Jestem spostrzegawczy w tematach mnie interesujących, lecz nie przypominam sobie, by cokolwiek związanego z ubieganiem się o rozgrywanie meczów pod Wawelem zwróciło moją uwagę. Ktoś dostał pieniążki, machnął imponującą wizualizację w 3D, zrobiono jakieś plakaty, broszury, wysłano maile… I pewnie tyle. Zabytki, hotele, papież, tradycje, nie wystarczą. Ktoś był zbyt dumny, by zatrudnić najlepszych speców od promocji wielkich imprez? Chyba był. To niech później nie płacze. Zdolności empatyczne by się przydały, szanowni oficjele, pracujący między innymi za pieniądze z moich podatków. Ktoś, kto wczułby się w oficjela UEFA i potrafił rozkminić, co może go przekonać do kandydatury Krakowa. Mogła to być zażarta, uporczywa walka na argumenty z klasą i kulturą, napływ ciekawych informacji, pomysłów na uatrakcyjnienie pobytu kibicom. Przepadły duże pieniądze. Chwilami pojawia(-ła) się pewnie u niektórych urzędasów iskierka nadziei, że a nuż powinie się noga Wrocławowi. Ale się nie powinie. To miasto ma kapitalnego prezydenta, wie, jak działać, jak się promować. Jeśli tam się coś mówi, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością zostanie to wykonane. W śp. programie „Łossskot” przyznano Wrocławowi tytuł kulturalnej stolicy Polski w 2007 roku. Zasłużenie. Jak dla mnie, obok Warszawy to miasto, w którym dzieje się najwięcej i najlepiej, choć nieźle radzą sobie również Łódź i Poznań oraz Trójmiasto.

Ostatnio w Krakowie znów poruszenie w związku z promocją miasta. Ma je bowiem promować kierowca rajdowy Michał Kościuszko. Zabawne jest to, że informacja pojawiła się w rocznicę insurekcyjnej przysięgi na Rynku Tadeusza Kościuszki. Poza tym do śmiechu nie jest. Nic nie mam do rajdowca, który ma poważne osiągnięcia w swoim sporcie, ale idę o zakład, że na 100 krakowian, 90 nie będzie miało pojęcia, kto zacz. On winy żadnej nie ponosi. Dostał pewnie korzystną propozycję i ją przyjał. Gazety wytykają władzom, że dwa lata temu trąbiły, by wykorzystać siostry Radwańskie. Nic nie zrobiono. Być może dlatego, że Agnieszka jeszcze nie była silnie zadomowiona w pierwszej dziesiątce światowych notowań? No, ale od roku już jest i ma się tam coraz lepiej. Dalej nie stało się nic z kwestii wykorzystania jej wizerunku na potrzeby miasta. Silne związki z Krakowem mają Andrzej Sikorowski (podkreśla to często w swoch felietonach w „Dzienniku Polskim”), Grzegorz Turnau, tutaj zaczynał nagrodzony niedawno Złotym Globem kompozytor Abel Korzenowski, działał jako pedagod Krzysztof Penderecki, zaczynał wielką karierę Maanam. Jerzy Stuhr i jego syn Maciej oraz Wisława Szymborska raczej by nie odmówili… Gdyby poszperać, lista zrobi się całkiem długa. Tylko, co z tego wynika? Skoro ja na poczekaniu byłem w stanie podać kilka nazwisk, to ktoś bardziej siedzący w sprawach promocji kulturalnej (i nie tylko) miasta może ich bez trudo podać cztery razy tyle.

Kolejną szansą na promocję Krakowa ma być kongres przedstawicieli największych światowych mediów, który ma odbyć się na przełomie września i października. Wolę nie myśleć o promocyjnych szansach, lecz o uniknięciu kompromitacji. Obecnie remonty poważnie utrudniają komunikację i cieszę się, że jestem szczęśliwym posiadaczem roweru i nie muszę stać w korkach. Bankowo terminy zakończenia nie zostaną dotrzymane, bo nigdy nie zostały, więc czemu miałby zostać? Z powodu wizyty jakichś pismaków? Bez jaj. Do tego cotygodniowe wizyty zapijaczonej brytyjskiej swołoczy, która głośno szaleje w ścisłym centrum nic sobie nie robiąc z tego, że nie jest u siebie, upierdliwi żebracy i wiecznie zbierające na działkę ćpuny i alkoholicy, z którymi straż miejska nie wie, co robić (nie chce, bo nie ma szans na procent od mandatów?), a przez tych kilka dni mogą się trafić także kibole wracający z meczu. Obrady, obradami, ale uczestnikom trzeba też zapewnić jakieś atrakcje okołokongresowe. Czy organizatorów stać będzie na coś więcej poza sztampowym obiadem w „Wierzynku”, wizycie na Wawelu, Wieliczce, może przejażdżce do Oświęcimia, pokazaniu, gdzie papież pozdrawiał pielgrzymów? Organizatorzy Unsound udowadniają, że wyobraźnię mają, bo co roku jest ciekawiej, lecz boję się, iż organizujący kongres wiele nie wymyślą. Kiedy kilka lat temu miałem przyjemność być na Non Stop Festivalu we Wrocławiu, w ciągu trzech nie nudziłem się przez minutę, a jak wyjeżdżałem to płakać mi się chciało ze smutku, iż nie mogę zostać jeszcze parę dni. Na dzień dobry zapewniono nam zwiedzanie miasta nowymi modelami chevroletów, bo miasto dogadało się w tej kwestii z polskim przedstawicielstwem koncernu, dodając kompetentnego przewodnika do każdego pojazdu. Sympatyczny starszy pan nie truł tylko o zabytkach, lecz powiedział sporo ciekawosterk dotycząych współczesności. Zawieziono nas na wyścigi konne, gdzie pojawił się na bodajże 30 minut prezydent Rafał Dutkiewicz, by przywitać się z każdym (!) przedstawicielem mediów, powiedzieć, że jest mu miło, iż zechcieliśmy przyjechać i zapytać, czy ciekawie spędzamy czas… Nie dziwię się, że ten człowiek nie ma od lat konkurencji w wyborach lokalnych we Wrocławiu.

W Krakowie od jakichś 25 lat słyszę o nowej hali. Nie powstała i obawiam się, że za mojego życia nie powstanie. Kiedy przyszło mi być na Wiśle z okazji Knock Out Festivalu, było mi wstyd. I nie dziwię się, że Meshuggah ponoć nie chcieli wyjść na scenę i trzeba było poważnych negocjacji, aby jednak zagrali. Jeśli jest jakiś plus kryzysu to chyba taki, że deweloperzy, którzy czyhali na posesję, na której znajduje się klub LochNess (obok powstały apartamentowce, początkowo oferowane za kosmiczne pieniądze, ostatecznie sprzedane w niewielkiej ilości), nie doprowadzili do jego zniknięcia z klubowej mapy miasta. W „Rotundzie” dzieje się mało. Tam jest kwintesencja „krakówka”. Jazz Juniors, PAKA, od wielkiego dzwonu jakiś koncert, słabo przy tym promowany. Nie mają kasy?! To niech szukają. Mają speców od promocji i marketingu. W Krakowie ludzi z kasą na pewno nie brakuje. Przekonajcie ich, by ładowali je w sztukę, popkulturę. Gdyby nie klub „Studio” i zapaleńcy, jak mój kolega z byłej pracy Paweł Gaik, który w „Kawiarni Naukowej” organizuje występy przedstawicieli alternatywnej muzy z Polski i zagranicy, gdyby nie koleś z „Re”, byłoby marniutko. Nowych klubów powstaje mało. Dobrze, że są Forty Kleparz i wspaniale się rozwijają. Ale i tak, jak dla mnie, za dużo w Krakowie bogojczyźnianości, trąbienia o tradycji, wartościach, uważania się za buk wie kogo, a za mało zauważania, że współczesny świat, współczesna kultura, to pojęcie bardzo szerokie. Brakuje mi tego, że istnieje sobie kultura tradycyjna, bardziej konserwatywna, a obok niej dzieją się rzeczy szalone, niespodziewane. I dzieją się często. Przypomina mi się w tym kotekście opowieść o pochodzącym z Krakowa facecie (fanie metalu), który lata temu pojął za żonę Amerykankę polskiego pochodzenia (zamerykanizowaną mocno) i udał się z nią na stałe do Wujka Sama. Kumpel był na jego polskim weselu (było też przyjęcie w USA), na którym stawili się członkowie rodziny panny młodej, rodowici Amerykanie. Według opowieści, panowie i panie koło 60. szaleli przy Metallice, AC/DC, Mötley Crue, itp., a także podrygiwali przy przaśnych polskich ludowych pieśniach, które do chlania, co by nie napisać, nadają się przednio. Chętnie zobaczyłbym kiedyś coś takiego na własne oczy. I chciałbym, by w Polsce był to standard.

W Polsce wielu z Nergala się śmieje, a on pokazał, że na ekstremalnej muzyce można zarobić pieniądze. Włożył w to wiele pracy, czego większość zdaje się nie zauważać. Gdy w zachodnich serwisach pojawiła się informacja o jego związku z Dodą, na Blabbermouth jako pierwszy w komentarzach wpisany był polski forowy wojownik metalowy, który się z Nergala wyśmiewał, a pod nim wyłącznie zagraniczniacy, którzy uważali, że Doda jest „hot chick” lub „hot ass”, ma fajne „tits”, itp., i nie rozumieli, o co kolesiowi polskiemu chodzi Na Zachodzie dawno zrozumieli, że muzyka może być biznesem, a taka laska, jak Doda to przejaw tego, iż komuś się powiodło.

I tyle mojego „politykowania”. Dalej będzie już tylko o muzyce.

Kategorie:People
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: