Strona główna > Muzyka > Technika + muzyka + zabawa

Technika + muzyka + zabawa

Zdarzyło Wam się być na koncercie, na którym w mniej więcej piątej minucie czuliście, iż będzie to niezapomniane przeżycie? Miałem wielką przyjemność przeżyć coś takiego w piątek, 29 stycznia, w krakowskim klubie Studio, dzięki jedynym w swoim rodzaju facetom z Living Colour. Koncert nieprawdopodobny! Widziałem ich w 2008 roku w Proximie, ale tamten występ to pikuś przy krakowskim. Choć tam zagrali mój ukochany „Pride”, a tu nie.
Truizmem jest napisanie, że każdy z muzyków Living Colour jest mistrzem w swoim fachu. Ale trzeba zobaczyć ich na żywo, aby przekonać się, jak inteligentny użytek robią ze swoich nieziemskich umiejętności. Nie ma popisywania się dla zaspokojenia rozbuchanego ego, dla pokazania, że potrafi się zmieścić ileś tam nutek w jednostce czasu. U LC technika żyje w symbiozie z muzyką i dobrą zabawą. Ci faceci po prostu muzyką się bawią, jak chcą i tą płynącą z nich, widoczną w trakcie koncertu radością zarażają publiczność. W Studio grali kapitalnie, brzmieli tak dobrze, jak chyba żaden zespół, który wcześniej widziałem w tym miejscu (a trochę widziałem). Luz, uśmiechy na twarzy i repertuar zdominowany przez piosenki z ostatniej płyty „The Chair In The Doorway” (chyba 3/4 albumu zagrali; przepięknie wyszedł „Behind The Sun” oraz „Bless Those” z ciężkim jak diabli refrenem), które w zdecydowanej większości wydłużyli. Ale nie brakło i niespodzianek, z których największą był chyba zagrany na bis „In Bloom” Nirvany. We fragmencie zabrzmiał „Iron Man” Sabbathów, po humorystycznym przedstawieniu widzom Coreya Glovera jako iron mana właśnie. Był i kawałeczek „Hound Dog” wpleciony do „Elvis Is Dead”. Śmiechu, przekomarzania się co niemiara. Najwięcej śmiali się Vernon Reid i Doug Wimbish, który przemierzył ze swoim basem każdy centymetr kwadratowy sceny, do tego śpiewał w chórkach, a w trakcie swojej solówki zszedł ze sceny w chodził między ludźmi. Najbardziej powściągliwy był Corey, ale i on po „Glamour Boys” jakby dostał zastrzyku energii i poruszał się bardziej żywiołowo. Pięknie wypadła przejmująca ballada „Flying”, powalał szybkością i dynamiką „Ausländer”, świetnie bujał „Love Rears Up Its Ugly Head”.
Solo Willa Calhouna to temat na rozprawę w specjalistycznym magazynie. Fragment z różnokolorowo świecącymi pałeczkami był koncertowym odpowiednikiem Kubrickowskiego przejścia przez bramę czasu w „Odysei kosmicznej” J Will okładał rozbudowany zestaw przez jakieś 30 minut. Trudną sztuką jest nie zanudzić widza tak długim popisem. Jemu to się udało. Posłużę się cytatem z Tony’ego Williamsa, który powiedział, że perkusiści dzielą się na takich, którzy trzymają rytm i na takich, którzy grają na perkusji. Will jest z tych, co grają, czyli umieją ze swojego zestawu zrobić frapujący dla odbiorcy użytek.
Frekwencja mogłaby być większa, ale ci, co przyszli do Studia dali z siebie wiele, a muzycy to docenili. „I love this town” – powiedział Reid po jednej z żywiołowych reakcji fanów, i na pewno nie wciskał kitu, by podlizać się publice. Muzycy zapowiedzieli po ostatnim numerze, że wyjdą do fanów, podpiszą płyty, zrobią zdjęcia. Obietnicy dotrzymali. Znajomy osobnik, który spędził większość koncertu w pobliżu nagłośnieniowca LC doniósł, że zdaniem faceta był to jeden z najlepszych koncertów zespołu na obecnej trasie i że nawet w Stanach nie mają takiej publiki. Cieszy taka opinia, bo oznacza, że na pewno jeszcze tu wrócą. Oby jak najprędzej. Takie koncerty chciałbym oglądać co tydzień.
Zawsze fajnym przeżyciem jest dla mnie zobaczenie na takiej imprezie rodziców z dorastającymi dziećmi. W Studiu zestaw mama-tata-nastoletni dzieciak zaobserwowałem nie raz. Zdjęcie do postu pożyczyłem od Musicnews.pl za zgodą Maćka Stankiewicza (autora fotki), który na koncercie również był i udokumentował go fotograficznie. Jego zdanie na temat występu LC jest podobne do mojego, a możecie zapoznać się z nim na tej stronie.

Jeśli chodzi o płyty, pisałem już trochę o Tindersticks, a teraz mogę podzielić się nieco obszerniejszą opinią na temat albumu „Falling Down A Mountain”, drugiego po reaktywacji angielskiego zespołu. Jedną z fajniejszych rzeczy przy pisaniu recenzji bywa to, że można odświeżyć sobie wcześniejsze nagrania danego artysty. Rzecz jasna pod warunkiem, że ma się czas, a na biurku nie czekają cztery inne tytuły, z których połowa jest do zrecenzowania na wczoraj, a druga na jutro. Z Tindersticks miałem to szczęście, że nie musiałem się spieszyć. Sięgnąłem więc do jedynki, do „Curtains”, do „The Hungry Saw”. Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z zespołem na początku lat 90. Grzebiący się w alternatywnym graniu kolega zaproponował mi, wtedy nie schodzącemu za często poniżej poziomu deathmetalowej agresji, przesłuchanie płyt dwóch zespołów – Mogwai i właśnie Tindersticks. Jak nietrudno się domyślić, moja znajomość z obydwiema kapelami skończyła się mniej więcej po dwóch, trzech numerach. Dziś jedynkę Tindersticks cenię, choć wolę np. „Curtains”. Wokal Stuarta Staplesa podoba mi się znacznie bardziej od upopowionego klona Iana Curtisa, czyli pana z Editors. Pomijam, że Staples ma w głosie jeszcze nutkę Bowiego, Morrisseya. Brytyjscy dziennikarze uporczywie podkreślają też podobieństwo do Scotta Walkera i mają nieco racji.
Wracając do „Falling Down A Mountain” – Tindersticks poszli nieco dalej niż na „The Hungry Saw”. Poza lirycznym, kameralnym w klimacie niezależnym graniem, mamy wycieczkę do krainy westernów – „She Rode Me Down”, z tamburynem, akustyczną gitarą i trąbką w rolach głównych, a także żywiołowy i dość pogodny w klimacie „Harmony Around My Table”. Delikatny jazz Anglicy fajnie krzyżują z psychodelicznym popem w tytułowej kompozycji. Pięknie to wszystko jest podane. Subtelnie, z klasą, refleksyjnie. Tindersticks trochę mają w sobie balladowego odcienia Lou Reeda, chwilami garażowości Velvet Underground. Najlepiej wychodzi im jednak wprawianie w zadumę, uspokajanie, wyciszanie przy częstej pomocy fortepianu i smyczków, czy też wprowadzanie w błogostan właściwy zakochanym (ballada „Peanuts”, którą Staples śpiewa w duecie z Kanadyjką Mary Margaret O’Harą). Gorąco polecam, bo płyta jest prześliczna. I jest już w Polsce, dzięki dystrybucji Sonic Records.
Roba Zombiego zawsze lubiłem. Od pacholęcia podobnie, jak on mam słabość do horrorów. Nigdy się ich nie bałem, za co odpowiedzialna jest… Telewizja Polska! Tak, tak, ale jeszcze nie S.A. Kilka lat przed zmianami z 1989 roku w reżimówce zaprezentowano program o trikach stosowanych w Hollywood. Miałem to szczęście, że natrafiłem na odcinek o horrorach. Od tamtej pory w filmie krwi może być tyle, że krytą żabką da się pływać, wnętrzności mogą fruwać, jak eskadry bombowców nad Dreznem w czasie drugiej wojny, a ja sobie siedzę spokojnie i posiłek mogę spożywać. Rob Zombie historyjki niczym z horrorów gore, niekoniecznie pierwszej klasy, opowiada przy pomocy muzyki od kilkunastu lat. Od paru całkiem nieźle idzie mu to także w świecie filmowym. Artefakty na płytach są od początku te same – dialogi ze starych obrazów, wyjące wilki, bijące dzwony, dysonansowe hałasy, zmodulowane krzyki, itp. To wszystko jest dodatkiem do mocnego, dość dynamicznego klasyczno-metalowego, hardrockowegp, a także bluesowego grania. Nad całością unosi się zazwyczaj ponura aura, jakby zakochana para wybrała się na spacer na opuszczony cmentarz, mimo tego, że ludowe podania sugerowały, aby tego nie robić, bo zły się obudzi i zrobi poważne kuku, czyli pokąsa i w zombiaka zmieni. A północ już za parę minut, więc sytuacja robi się napięta…
„Hellbilly Deluxe 2” to przyzwoity materiał, bez hitów na miarę „Dragula”, czy „Superbeast”, ale z paroma miłymi dla ucha kompozycjami („Werewolf, Baby”, „Werewolf Women Of The SS”, „Mars Needs Women”). Zombie lubi Black Sabbath, nigdy nie ukrywał swojej miłości do muzyki lat 70. i na krążku to słychać. „Hellbilly Deluxe 2” brzmi bardzo naturalnie, sprawia wrażenie materiału nagranego „na setkę”. Bębny Tommy’ego Clufetosa brzmią jakby pałker ładował w puste walizki albo kartonowe pudełka po damskich kozakach. To może się podobać i może też skłonić młodszych słuchaczy wychowanych na cyfrowych nośnikach, do sięgnięcia po produkcje sprzed lat. Nie da się zaprzeczyć, że ducha tamtych analogowo nagrywanych płyt, nikomu nie udało się odtworzyć komputerowo. Nic dziwnego, że winyle stopniowo wracają do łask, choć wg prognoz sprzed 20 lat miały bezpowrotnie zniknąć. Reasumując, Rob nagrał solidny, przyzwoity materiał. Cudów nie ma, tragedii również.

O norweskim Obliteration już co nieco pisałem. Napiszę jeszcze raz, bo „Nekropsalms” miałem sposobność posłuchać jeszcze kilka razy, zachęcony komentarzem pod jednym z poprzednich postów, którego autor miał trochę racji pisząc, że Obliteration to bardziej old school death metal niż black metal. Piszę „trochę racji”, ponieważ „Nekropsalms” nie jest z tych płyt, które klasyfikuje się bezproblemowo po usłyszeniu połowy pierwszego numeru. Jak najbardziej jest tu death metal starej szkoły, mocno zahaczający o dokonania np. Autopsy, nie brak jednak pokłonów dla Hellhammer, starego Venom, Celtic Frost, bez trudu można doszukać się doomowych wtrętów, lekkiej psychodelii w dysonansowych riffach. Fascynujące jest to, że ci młodzi (sądząc ze zdjęcia) kolesie, z taką swobodą poruszają się po tych wydawałoby się gruntownie przebadanych terenach ekstremy i znajdują na nich coś świeżego, kopiącego, brzmiącego jakby album nagrano ze 20 lat temu. Kawałków jest siedem, trwają niewiele ponad 42 minuty i solennie zapewniam, że każdy z nich to perełka oldschoolowej ekstremalnego metalu we współczesnych szatach. Nie dziwią mnie zachwyty kumpla Obliteration, Fenriza. Równie gorąco polecam, co Tindersticks, choć to inny muzyczny wymiar. W Omnio.pl, jak zapewnia szefostwo, kopii „Nekropsalms” na razie nie brakuje.

Niebawem nieco więcej o koncertówce Meshuggah oraz o dokumentach – o wielkim Phillipie K. Dicku i norweskim black metalu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: