Strona główna > Film, Muzyka, People, Show-biznes > Od-PIS-olcie się od Nergala!

Od-PIS-olcie się od Nergala!

Staram się nie brudzić polityką, ale czasami szlag mnie trafia i nie mogę się powstrzymać. Nergal już nie raz przed sądem stawał i niewykluczone, że będzie gościć przed trybunałem po raz kolejny, bo posłom PIS przypomniało się, iż kilkanaście miesięcy temu obraził ich uczucia religijne. Rok wyborczy, sukcesów politycznych i gospodarczych jak na lekarstwo, więc najlepszym sposobem na zaistnienie jest dokopanie celebrycie, który jest z innej wyznaniowo opcji, a do tego nie unika prezentowania swoich poglądów na wiarę w kraju dominującą. Eksposeł Ryszard Nowak od lat toczy krucjatę z metalowymi zespołami, głównie narażając się na śmieszność, choć niestety jego głosu słuchają czasem lokalne władze i koncerty bywają odwoływane. Życzę Nergalowi, aby ponownie wyszedł z potyczki obronną ręką, gdyby do procesu doszło. Z konstytucją RP miałem bliżej do czynienia i jest tam zapis o wolności wyznania. Sztuka, kreacja artystyczna, czy jak tam nazywają to uczeni w prawie, rządzi się od zawsze swoimi prawami, o czym warto pamiętać. Ale nie wszyscy pamiętać chcą, stąd w Polsce procesy artystów, niekoniecznie wypowiadających się przez muzykę. Behemoth przeżywa najlepszy okres w karierze, „Evangelion” święci triumfy na świecie, ku mojemu (miłemu) zaskoczeniu świetnie radzi sobie również w ojczyźnie. Nad Wisłą póki co wysiłki muzyków docenił tylko Gdańsk. Wpadnie pewnie parę Fryderyków, ale na uznanie włodarzy kultury Nergal nie ma co liczyć. Pisałem kiedyś na tych łamach, że po koncercie Enslaved w Nowym Jorku z muzykami spotkał się przedstawiciel norweskiej ambasady. Dyplomata i blackmetalowcy?! W Norwegii na nikim nie zrobiło to wrażenia. Wyobrażam sobie, jakie larum by podniesiono, gdyby na przykład konsul RP w Los Angeles pofatygował się na koncert pomorskiej grupy. Szkoda, że oficjele nie umieją docenić zagranicznych sukcesów Behemoth okupionych przecież katorżniczą pracą. Może warto by zastanowić się, czy w ten sposób  nie jest lepiej docierać do młodszego elektoratu?

Zostawiam politykę, wracam do muzyki, bo zaczyna się jej pojawiać coraz więcej. W zachwyt wprawił mnie podwójny koncertowy materiał Toma Waitsa „Glitter And Doom Live”. To jest showman z krwi i kości, który nie mizdrząc się do ludzi, potrafi znakomicie do nich trafić. Tom na pierwszej płycie mówi niewiele, choć jak już się odezwie, to boki zrywać (historyjka o pierwszej wizycie na eBayu). Atmosfera jak z knajpianej imprezy, na której wszyscy doskonale się bawią, czasami ekstatycznie reagują, smakując podawanych ze swadą, czasem z głębokim smutkiem, historyjek barda Waitsa do muzyki, w której pobrzmiewa powolny, brudny blues, country, łagodna ballada przy wtórze fortepianu, chwilami nawet rytmiczny, energetyczny rock. Krążek drugi to głównie zabawne historyjki opowiadane przez Waitsa, zakończone balladą „Picture In A Frame”. Niezwykle wciągający występ plus doskonała zabawa, jak w najlepszym kabarecie. Czego chcieć więcej? No może tego, aby Tom ponownie zawitał do Polski i zaprezentował taki spektakl. Niestety, trasa, która zaowocowała „Glitter And Doom Live” naszego kraju nie objęła…

Mile mnie zaskoczył jeszcze starszy od Waitsa artysta, Ringo Starr. Płyta „Y Not” to dawka dobrego, emanującego radością i optymizmem rocka starej szkoły. Krótka płyta (nieco ponad 36 minut), której słucha się bardzo miło. W The Beatles geniuszami byli John, Paul i George. I jako soliści to potwierdzili, nagrywając niezapomniane płyty i piosenki. Ringo też nagrywał solo, też odniósł sukces, lecz o jego muzyce zawsze mówiło się mniej, bo też nie było w niej tego magicznego błysku, który dawali swoim piosenkom McCartney, Lennon i Harrisson. Jest na „Y Not” dużo dobrej, szczerej, klasowej muzyki w wykonaniu klasowych muzyków, wśród których między innymi Ben Harper czy Edgar Winter. Świetnie wypadła Joss Stone w rasowym, rockowym „Who’s Your Daddy”, w którym stworzyła zabawny duet wokalny z Ringo (trochę przypomina to Impotent Sea Snakes z Lemmym w „Pink Lipstick”). Sir Paul przyjął zaproszenie przyjaciela do dwóch piosenek, w tym sentymentalnej, singlowej „Walk With You”. Kawał porządnej muzyki, którą gorąco polecam.

Zaskoczeniem innego rodzaju jest „Scratch My Back” Petera Gabriela. Pierwsza od bodajże siedmiu lat płyta artysty, na której znalazły się tylko covery. W skromnych aranżacjach Johna Metcalfe’a (m.in. Blur i Morrissey) jest dużo emocji. Peter zmierzył się m.in. z piosenkami Lou Reeda i Neila Younga oraz młodszych kolegów, np. Radiohead, Elbow, Arcade Fire. Dominują fortepian, smyczki i instrumenty dęte. Peter często śpiewa do delikatnego fortepianowego podkładu, czasami wzbogaconego o powoli wyłaniające się z tła skrzypce, wiolonczelę, dęciaki. Czasami wychodzi to bardzo udanie – „Heroes” Bowiego, świetny, pełny orkiestrowego rozmachu „Mirrorball” z repertuaru Elbow, bardziej stonowany „My Body Is A Cage” Arcade Fire, czasami niespecjalnie – The Boy In The Bubble” Paula Simona, „Flume” Bon Iver i „Listening Wind” Talking Heads. Nie jest to płyta równa, ale ciekawa, warta odkrywania, długiego smakowania. Peterowi udało się to, co innym mierzącym się z cudzym repertuarem udaje się rzadko – sprawił, że mamy wrażenie, iż słuchamy jego piosenek, zostawił w nich swój wyjątkowy ślad. Ale czekam na jego w pełni autorski materiał. No i na rewanż tych, których kompozycje Peter przerobił.

Piękną płytę nagrał Eels – „End Times”. Akustyczną, delikatną z ledwie kilkoma żywszymi momentami. To nie jest płyta, po której poczujemy radość, energię do życia, będziemy tryskać optymizmem. Ale jeśli potrzebujemy chwili refleksji, wyciszenia, to tych 14 pełnych silnych emocji piosenek może być odpowiednim do tego podkładem. Mark Oliver Everett napisał na krążek parę cudnych w swej prostocie kompozycji, jak choćby „In My Younger Days”, „I Need A Mother”, „The Beginning”. Alternatywny, żywszy, nieco ubluesowiony rock z przesterowanym wokalem i mocniejszą gitarą pojawia się ledwie kilka razy, choćby w „Paradise Blues” i „Unhinged”. Polecam gorąco tym, którzy lubią smutasów pełnych uroku.

Wkrótce parę słów o nowym Mnemic, poleconym przez Tomka z Tone Industrii polskim Pro-Creation, zaniedbanym przeze mnie Strommoussheld (sorry Maels, notka już na dniach, słowo), Overkill i Fear Factory. Filmowo znów robią mi się zaległości w nowościach, bo oglądam filmy starsze i – tak się jakoś złożyło – głównie czeskie lub słowackie. Znakomita „Śmierć pięknych saren”, niegorsze „Kawałek nieba” i „Pokój w duszy” (tutaj w jednej z ról Robert Więckiewicz). Polecam w ciemno.

  1. sz
    27/01/2010 o 8:18 pm

    Niesamowity koncert Waitsa. Strasznie ciężka ta płyta:))

  2. Minus
    26/01/2010 o 6:18 am

    PIS żeruje na potrzebach tej części społeczeństwa którą ja nazywam „wąsami” i nie chodzi tu bynajmniej o zarost na twarzy mojego stryja Andrzeja.

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: