Strona główna > Muzyka > Last time…

Last time…

Zwykle nie idę z modą pod rękę, ale w ostatnim dniu roku 2009 dołączę do grona tych, którzy publikują podsumowania najlepszych płyt polskich i zagranicznych. Nie podaję miejsc. Jedynie wymieniam tytuły, które mocno zapadły mi w pamięć i do których z pewnością jeszcze nie raz będę chciał wrócić.

10 najlepszych płyt zagranicznych:

MASTODON – „Crack The Skye”

ALICE IN CHAINS – „Black Gives Way To Blue”

LIVING COLOUR – „The Chair In The Doorway”

THEM CROOKED VULTURES – „Them Crooked Vultures”

SLAYER – „World Painted Blood”

DAVE MATTHEWS BAND – „Big Whiskey And The GrooGrux King”

MEGADETH – „Endgame”

BRUCE SPRINGSTEEN – „Working On A Dream”

CHARLIE WINSTON – „Hobo”

LYNYRD SKYNYRD – „God & Guns”

10 najlepszych płyt polskich:

ARMIA – „Der Prozess”

BRACIA – „Zapamiętaj”

SPIĘTY – „Antyszanty”

TITUS’ TOMMY GUNN – „La Peneratica Svavolya”

MAQAMA – „Maqamat”

PROGHMA-C – „Bar-do Travel”

BLACK RIVER – „Black’N’Roll”

BEHEMOTH – „Evangelion”

LOST SOUL – „Immerse In Infinity”

ŁĄKI ŁAN – „ŁąkiŁanda”

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Nadrabianie zaległości zajmuje dużo czasu, ale w ostatnim dniu 2009 roku postanowiłem, że trzeba zakończyć minione 12 miesięcy mocnym akcentem. Siedzenie niemal od świtu ze słuchawkami na uszach opłaciło się. Z paru powodów, lecz z jednego szczególnie. Wreszcie mogłem porządnie posłuchać najnowszego materiału Lost Soul „Immerse In Infinity” i z czystym sumieniem mogę podpisać się pod tym, co wcześniej donosili mi zaprzyjaźnieni melomani zakochani w mocnym graniu – to death metal na światowym poziomie! Możemy zachwycać się Nilem, Behemothem, oczekiwać z wypiekami na nowy Morbid Angel (który już za niedługo powinien się objawić), ale nie zapominajmy chwalić i doceniać własnego poletka. Jacek Grecki (autor muzyki i tekstów) długo, mozolnie kompletował odpowiedni skład, pieczołowicie przygotowywał materiał, nagrywał w kilku studiach i znalazł wydawcę, który rozumie na czym polega promocja ciężkiego grania (prężnie rozwijający się Witching Hour, za którym stoi Bart z Hermh). Najważniejsze jest to, że miał pomysł na to, jak death metal uatrakcyjnić, nic nie tracąc przy tym na sile uderzenia. Rzecz jasna na pierwszym planie jest brutalne łojenie, gwałtowne przyspieszenia, karkołomne łamańce, lecz na „Immerse In Infinity” usłyszymy również futurystyczne, przestrzenne fragmenty, czy wtręty etniczne. „Breath Of Nibiru” czy „Simulation” to po prostu miód dla uszu. Kawałki świetnie brzmią (miksy i mastering wykonano w Hertzu), a teksty Jacka naprawdę warte są przestudiowania, bo facet ma coś do powiedzenia. Cieszy oko również ładne opakowanie i szata graficzna. Jako oldschoolowiec przywiązuję wagę do takich drobiazgów J Dobrze się stało, że w końcu posłuchałem uważnie Lost Souls zanim wysypie się nawałnica premier. Po Armageddon to kolejny udany deathmetalowy powrót 2009 roku. Teraz pozostaje tylko czekać koncerty i życzyć Jackowi i chłopakom, aby „Immerse In Infinity” została zauważona i doceniona na Zachodzie, bo zasługuje na to niemniej niż „Evangelion” a z pewnością bardziej niż „Necropolis”.

Przyznam, że kiedy po raz pierwszy w 2004 roku usłyszałem o zespole Bracia i dowiedziałem się, kto za nim stoi, byłem mocno sceptycznie nastawiony. Ot, kolejni protegowani słynnego taty – myślałem. Zajęło mi jednak niewiele czasu, by owego sceptycyzmu się pozbyć, poleciałem szybko do sklepu i nabyłem „Fobrock”, po czym nie mogłem wyjść z podziwu, że w Polsce jest zespół tak świetnie grający klasycznego hard rocka i rocka. Lata temu nieźle robiły to Syndia, Lessdress, Human i paru innych, ale kto ich dziś pamięta poza garstką zapaleńców? Bracia kilka dni przed świętami wydali drugi krążek „Zapamiętaj”, na którym zaprezentowali się jeszcze lepiej niż na debiucie. Przydało się nawiązanie współpracy z Michałem Grymuzą, który poza tym, że jest świetnym gitarzystą, dysponuje niemałym talentem producenckim. „Wiosła” chodzą aż miło. Wielbiciele grania, w którym słychać inspiracje Deep Purple, Led Zeppelin, Thin Lizzy, Whitesnake, piękne harmonie wokalne, kojarzące się ze złotymi czasami AOR, gdy Boston, Journey, Foreigner, Reo Speedwagon i rzesza innych, zdobywali szczyty list. Bracia tym razem nagrali płytę żywszą, z większą ilością dynamicznych piosenek, z pazurem i pięknymi melodiami. Nielicznym udaje się w Polsce napisać rockową balladę bez ocierania się o obciach i nadmiar słodyczy. Oni to potrafią, czego dowodem przepiękna kompozycja „Jesteś częścią mnie”. Więcej o „Zapamiętaj” w recenzji. Będę wypatrywał z niecierpliwością koncertu Braci.

Jeszcze jedno miłe zaskoczenie made in Poland to Titus’ Tommy Gunn, czyli projekt Titusa z Acid Drinkers. Radość moja bierze się nie tylko stąd, że „La Peneratica Svavolya” to kapitalny, kipiący pozytywną energią, mocno motorheadowy materiał (więcej na jego temat pisałem choćby tutaj), lecz również stąd, iż Titus podpisał kontrakt na trzy krążki. Jeśli dwa następne będą równie przekonujące, dające tyle adrenaliny i radości, co debiut, to zwariuję, bo takie granie jest mi niezmiernie bliskie. Od razu zaznaczam, że Titus’ Tommy Gunn to nie jest polski odpowiednik Kingdom Come, który na debiucie bezczelnie zerżnął patenty Led Zeppelin, udając że tworzy coś nowego. TTG nie zżyna z Motörhead i nie tylko wpływy kapeli Lemmy’ego słychać na „La Peneratica…”. Choć wiem, że Titus nie zżyma się, gdy mówi się o nim polski Lemmy (kto by się zżymał, tak swoją ścieżką?). Lata temu Maciej Matuszak z Wilczego Pająka utworzył projekt Gomor (w odpowiedzi na Sodom, który zobaczył w Spodku i załamał się poziomem Niemców) i to był polski Motörhead pełną gębą i na nielichym poziomie. Szkoda, że chyba nic więcej poza kilkoma kawałkami po sobie nie zostawił. Pamiętam, że w radiu puszczano parokrotnie numer „Over The Riding”, ale później Gomor zniknął i już nie powrócił.

O nowym materiale Turbo już trochę pisałem. „Strażnika światła” też miałem okazję posłuchać dziś porządnie i wiem jedno na 100 procent – Wojtkowi zdecydowanie lepiej wychodzi poruszanie się w stylistyce hard/heavy niż thrash. Bardziej do niego pasuje. Fajne melodie układa na gitarze, solówki wycina znakomite, ale to akurat wiemy od lat. „Strażnik…” to coś pomiędzy „Kawalerią szatana”, „Smakiem ciszy” i „Dorosłymi dziećmi”, z paroma ciekawymi kompozycjami, choćby „Szeptem sumienia” czy bardzo szybkim „Niebezpiecznym tańcem” (fajne zwolnienie i basowe solo Bogusza Rutkiewicza). No i te gitarowe partie unisono w stylu Iron Maiden (Hoffmann- Dominik Jokiel)… Starzy fani metalu będą pod wrażeniem. Dobrym wyborem był wokalista Tomek Struszczyk (Pathology). Niełatwo jest wejść w buty, które kiedyś nosił ktoś taki, jak Grzegorz Kupczyk, a Tomek zrobił to całkiem przekonująco. Nie ma tu na pewno kawałków, które staną się evegreenami na miarę „Dorosłych dzieci”, ale jest klasyczny heavy metal na naprawdę nielichym poziomie.

Z zupełnie innej bajki pochodzi kolejny polski wykonawca, którego miałem przyjemność dziś bliżej poznać. Opolski Echoes Of Yul to snujące się w żółwim tempie niczym niemiecka armia wycofująca się spod Stalingradu, posępne, ciężkie, doomowo-drone’owe, odrobinę alternatywnometalowe granie. W zdecydowanej większość płyta jest instrumentalna. Wokale, a w zasadzie recytacje (cytaty z filmu/filmów?) słyszymy ledwie w kilku z 12 kompozycji. Trzeba wspomnieć, że płytę kwartetu zmasterował James Plotkin (m.in. Isis, Pelican, Sunn O))). Debiut Echoes Of Yul powinien przypaść do gustu nie tylko wielbicielom Isis, Pelican, Sunn O))), Neurosis, doomu i mrocznej, ambientowej elektroniki. Myślę, że krążek polubią również miłośnicy alternatywnego kina, które wywołuje w nas takie emocje, jak niepokój, lęk, niepewność. Muzyka jest mocno ilustracyjna i wytwarza atmosferę, którą porównałbym na przykład do „Blair Witch Project” (mniej więcej od połowy do końca trwania filmu), „Pi” lub podobnych niezależnych opowieści, niekończących się happy endem, nad którymi unosi się delikatna narkotyczna mgiełka. Echoes Of Yul to zespół godny polecenia i uważnego śledzenia. Za materiał słowa podziękowania należą się szefowi Foreshadow i Omnio.pl – Arkowi Młyńcowi.

On również dystrybuuje w Polsce drugi materiał studyjny Agua De Annique – „In Your Room”. Zawsze lubiłem głos Anneke van Giersbergen. Podobała mi się w The Gathering, przypadł mi do gustu również debiut Agua De Annique, w którym było niemało tej nostalgiczno-romantycznej Anneke, którą przed laty polubiłem, do tego fajnie wystylizowaną na stewardessę-femme fatale. Na „In Your Room” jest więcej radosnego popu niż nastrojowej Anneke, aczkolwiek są przebicia ze wspaniałej przeszłości, choćby w postaci „Home Again”. Domyślam się, że w życiu uroczej Holenderki dobrze się dzieje, jest szczęśliwa, spełnia się jako żona, matka, artystka sama kierująca swoją karierą i dająca sobie na tym polu nieźle radę, doceniana i zapraszana do współpracy przez innych. Nie jestem jednak przekonany, czy ten bardziej popowy, mainstreamowy kierunek to właściwa droga. Oczywiście artystka ma prawo tworzyć co chce, stylizować się na platynową blondynkę, epatować optymizmem miast nurzać się w melancholii, serwować figlarny uśmiech i naerotyzowane spojrzenie na okładce. Nic w tym złego. Rzecz w tym, że ta formuła na „In Your Room” w małym stopniu się sprawdza. Anneke tak mocno przyzwyczaiła nas do pewnego sposobu tworzenia atmosfery i interpretacji wokalnej, że nie każdemu od razu przypadnie wcielenie, w którym chwilami pobrzmiewa Dolores O’Riordan, a czasami niemalże irlandzka biesiadność. Pomoc Devina Townsenda też wiele nie dała, bo nagrania z nim piosenka „Just Fine” wcale „fine” nie jest. Jest niestety „boring”. Anneke to jednak wielki talent, artystka niezwykle wrażliwa, więc nie wolno przekreślać jej po jednym niezbyt udanym projekcie. O wiele bardziej przemawiały do mnie jej akustyczne nagrania z Dannym Cavanaghem z Anathemy.

Znowu powrót do twórcy polskiego, o którym napomknąłem już na długo przed peregrynacyjno-chorobową przerwą w komunikacji. Starsplanesandcircles i EP-ka „Structures”. Tylko 20 kilka minut muzyki, ale jakże pięknej muzyki! Z Tomkiem Mądrym jestem kontakcie od lat kilku, nie zamierzam tego ukrywać. To dzięki niemu „Structures” trafiła w moje ręce. Możecie sobie myśleć, że uprawiam kumoterstwo za litr gorzały, gram ziela (którego nie palę – słowo!), seks z apetyczną siostrą kolegi Mądrego (nie wiem, czy posiada, a jeśli posiada, czy jest apetyczna ;)), ale jeśli przejdziecie obok tej pozycji obojętnie, wiele stracicie. Pięć kompozycji o tytułach „Structure” i kolejnych numerach zabiera nas w świat mocno filmowy, ilustracyjny, gdzie jest chłodno, raczej niespokojnie, na pewno tajemniczo. To wyprawa w krainę porosłą ambientem, surowym, zimnym, odhumanizowanym industrialem, rytmicznymi samplami z lekkim tylko dotykiem gitary i zmutowanego głosu. Przy tych kompozycjach można puścić wodze fantazji, ale zrelaksować się raczej nie da, bo mocno wciągają, a atmosfera całości daleka jest od sielanki i błogostanu. Tomek zapowiada, że będą koncerty i nie mogę się doczekać aż Starsplanesandcircles zaczną występować. W głowie rysuje mi się występ pełen pięknych dźwięków i ciekawych wizualizacji oraz bankowo niespodzianek, bo nie wyobrażam sobie, by muzycy wyszli tylko na 20 kilka minut po czym zeszli ze sceny. Wspomnieć trzeba o innych artystach, którzy wspomogli Tomka przy „Structures”. Są to: Łukasz Myszkowski (współproducent; IN, Ostrov, eks-Antigama),  Maciej Miechowicz (Neuma, Kostas New Progrram), Kostas Georgakopulos (Kostas New Progrram), Maciej Janas (Ketha), Dominik Strycharski (Pulsarus, Kostas New Progrram), Krzysztof Lenard (Pro-Creation, Deneb). Jeszcze raz wielkie brawa i czekam na więcej! I daj znać Tomaszu czy masz apetyczną siostrę, to może jakiś deal ubijemy ;)) Od razu zaznaczam, że ja nie mam, gdyby przyszedł Ci do głowy handel wymienny.

Dzięki działowi promocji Relapse’a odkurzyłem wspomnienia sprzed blisko 20 lat. Amerykanie zapowiedzieli bowiem materiał Buzzoven „Violence From The Vault”, kapeli, na którą natknąłem się po raz pierwszy jakoś po przemianach ustrojowych w Polsce, gdy nieco łatwiej było zdobyć zagraniczną prasę muzyczną. Buzzoven spory artykuł poświęcił „Metal Maniacs”, szczęśliwym trafem przeze mnie zdobyty. Zespół poznałem już dzięki życzliwemu koledze i nie spodobał mi się. To były czasy dominacji death metalu w moich uszach. Ale po latach udoomowiony stoner/sludge w klimacie zagrzybionej piwnicy wypełnionej gęstymi chmurami przez ćmiących jointy jeden za drugim, całkiem przyjemnie wchodzi. Na trzeźwo z pewnością nie jest do zniesienia jeden numer z „Violence From The Vault”, „Nod”. Blisko 15 minut przećpanego, schizoidalnego hałasu to jak na moje granice tolerancji za wiele. Teraz kolej na Convulse, ale to już w 2010.

A wszystkim, którzy tu zaglądają, czytają mnie, komentują i czasami besztają życzę wszystkiego „naj” oraz zdrowia. Plus, by zaglądali tu w miarę regularnie ;)) Do przeczytania w 2010.

  1. Minus
    01/01/2010 o 4:36 pm

    Noworoczne siup, Lesław!
    \m/

  2. jabba
    01/01/2010 o 11:32 am

    Drogi Leszku, nie posiadam siostry.🙂
    Ale znajomi tak, więc się jakoś dogadamy.🙂

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: