Strona główna > Muzyka > Sępy, hiphopowa banda, znakomici Czesi…

Sępy, hiphopowa banda, znakomici Czesi…

Pora nadrabiać zaległości, które bynajmniej nie wyniknęły z lenistwa czy braku wartościowych materiałów, lecz z konieczności poświęcenia się w większym niżbym przypuszczał wymiarze czasowym obowiązkom naukowo-logistycznym. Ale najpierw kolejna koleżeńska przysługa dla Rahima i ekipy MaxFlo Records. Oto najświeższe info (choć opublikowane z małym poślizgiem – mojej winy) o nowym wydawnictwie, opatrzone okładką tegoż:

„Inwazja parchów już 4 grudnia

Tegoroczna barbórka będzie zupełnie inna niż wszystkie, bo zamiast górników w galowych strojach z podziemi wydostanie się najbardziej zwariowana hiphopowa banda. Same parchy, czyli 3oda Kru właśnie wtedy zadebiutuje na rynku fonograficznym ze swoim »Parchastycznym mikstejpem«. GrubSon, Metrowy, Jot i Bu przygotowali muzyczną bombę, której rozbrajanie powinno sprawić mnóstwo przyjemności fanom muzyki wymykającej się wszelkim schematom”.

„Zróżnicowana klimatycznie, pełna zabawnych skitów, nafaszerowana doskonałym rapem płyta –  została w całości wyprodukowana przez GrubSona, który udowodnił że potrafi wyprodukować nie tylko ciężki ruffneck. Czerpiąc z bogactwa różnych gatunków, artysta tworzy zupełnie nową jakość zaskakując rytmiką i dynamiką swoich utworów, które jednocześnie nie tracą przebojowości”.

„Płyta w formie mikstejpu – bo tak należy ten album określić, do sprzedaży trafi  4 grudnia. Tego samego dnia odbędzie się specjalny promocyjny koncert łączący trasę O.R.S. GrubSona z premierowym wykonaniem mikstejpu 3ody Kru. Zapraszamy od 20.00 do katowickiego klubu Cogitatur (ul. Gliwicka 9b), w którym MaxFloRec wraz ze świętym Mikołajem połączą siły, aby w ramach prezentu każdemu posiadaczowi ważnego biletu na ten koncert wręczyć »Parchastyczny mikstejp« na CD”.

„Bilety oraz płyty w przedsprzedaży można już zamawiać na www.sklep.maxflorec.pl, a stronę wykonawców odwiedzić pod adresem www.3oda.pl„.

Mniej było czasu na filmy, aczkolwiek udało mi się obejrzeć „Rewers” Borysa Lankosza i stwierdzam, że pochwały jakie posypały się po premierze są jak najbardziej uzasadnione. Czapki z głów przed debiutującym w pełnym metrażu reżyserem (wcześniej twórcą ciekawych dokumentów), który wspaniale potrafił oddać ducha Polski sprzed prawie pół wieku i znakomicie porozumieć się z aktorami. Chwali się najczęściej Agatę Buzek (zasłużenie, panna ma talent wielki i na pewno sławny tata nie ma tu nic do rzeczy;  nie bez powodu kilka dni temu uznano ją za jeden z najbardziej obiecujących talentów europejskiego kina), ale na niemniejsze pochwały zasługuje Marcin Dorociński odgrywający dwie role, jak również sławy polskiego kina – Krystyna Janda i absolutnie znakomita Anna Polony w roli babci. Dopełnieniem imponującej całości jest muzyka Włodka Pawlika, o której z kolei mówi się nieco mniej, a powinno zdecydowanie więcej. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wykroić czas na obejrzenie „Domu złego” Wojciecha Smarzowskiego, po którym obiecuję sobie jeszcze więcej niż po „Rewersie”. Zwiastun był powalający, podobnie jak recenzje.

Z braku częstszego kontaktu z filmem, królowała muzyka. Pochłonąłem już w całości i wielokrotnie debiut Them Crooked Vultures, o którym można napisać tylko, że to arcydzieło stworzone przez supertrio. W rockowej kategorii, bardzo szeroko pojętej, może z tym krążkiem konkurować tylko ostatni Living Colour. Kapitalny rock, pełen energii, fajnych ozdóbek (mandolina, klawisze) w starym stylu, podlany stonerem, bez żadnych pretensji czy ukłonów w stronę którejś z mód. Zresztą, Grohl, Homme i John Paul Jones dawali niejednokrotnie dowody na to, że robią wszystko po swojemu. W jednej piosence podejrzewałem udział Marka Lanegana, ale po gruntownym researchu okazało się, że to Josh, który korzysta z niższych rejestrów swego głosu. Cieszy mnie to, że recenzja „Them Crooked Vultures” spotkała się z takim zainteresowaniem, że przeczytało ją kilkanaście tysięcy ludzi. Jeszcze większą radość wzbudziła wypowiedź Dave’a, z której wynika, że raczej będzie kolejna płyta. Żeby tak jeszcze dotarli do Polski…

Dość pozytywnie zaskoczyło mnie Turbo. „Strażnik światła” to raczej pokłon klasycznemu metalowi niż wściekłe thrashowe młócenie w stylu „Dead End”, „One Way”. Dobrze wypada nowy wokalista Tomek Struszczyk. Ma inną, mniej drapieżną barwę niż Grzesiek Kupczyk, ale całkiem dobrze pasuje ona do muzyki zespołu. Wszystkie teksty śpiewane są po polsku i Tomek nieźle sobie radzi z tą niełatwą sztuką. Muzycznie, jak wiadomo, Turbo nigdy poniżej pewnego poziomu nie schodzi. No, ale jeśli w zespole są tacy wyjadacze jak Wojtek Hoffmann, Bogusz Rutkiewicz, a na bębnach znakomity Tomek „Krzyżyk” Krzyżaniak to nie ma się czemu dziwić. Z pewnością nie jest to najlepsza płyta Turbo w dorobku, lecz na to pewno dobry metal, z którym warto się zapoznać. W końcu Turbo to jedna z legend ciężkiego grania w naszym kraju, a że Kat (w którymkolwiek wcieleniu osobowym) i TSA nie rozpieszczają nas wydawnictwami…

A propos Krzyżyka. W tym roku pojawił się już na „Der Prozess” Armii, a kilka dni temu ukazała się kolejna płyta formacji Budzego z jego udziałem, „Freak”. O „Der Prozess” rozpisywałem się kilka miesięcy temu, wynosząc album pod niebiosa, bo faktycznie powalił mnie swoją mocą połączoną z wyrafinowaniem aranżacyjnym. „Freak” do mnie nie trafił, niestety. Podskórnie czułem, że ponowne nagrywanie z Robertem Brylewskim i Sławomirem Gołaszewskim nie zaowocuje pozycją o takim ładunku energii i nagromadzeniu fajnych pomysłów. Co istotne, w nagraniach nie brał udziału Banan, który przecież zawsze miał sporo do powiedzenia przy tworzeniu muzyki zespołu.

„Freak”, adekwatnie do tytułu, to dziwadło nielichego kalibru. Armia to jeden z tych zespołów, który zawsze był przeze mnie ceniony i szanowany, zawsze śledziłem z uwagą jego dokonania i byłem pod wrażeniem jego mocy, ewolucji. „Freak” pozostawił mnie z uczuciem zdziwienia, zaskoczenia, niezrozumienia. Psychodelia, freejazz, garażowy brud, hałasująca elektronika… Mało śladów tak zwanej klasycznej Armii, bardzo dużo saksofonów, mało słów, a do tego wszystkie po angielsku. Bądźmy szczerzy, Budzy nie czuje tego języka, nie za bardzo potrafi w nim śpiewać. Są tacy, którzy potrafią to znakomicie, patrz Titus z Acid Drinkers, jak i tacy, którzy powinni skupić się na przekazywaniu swoich myśli po polsku. Budzy zdecydowanie powinien pozostać przy używaniu ojczystego języka. Staram się zrozumieć, po kiego czorta nagrali taki album i jeszcze nie mogę dociec przyczyn. Najgorsze jest w tym to, że na „Freak” nie ma takiego numeru, który porywałby nas po kilkunastu sekundach, a chyba na każdym z poprzednich krążków taką kompozycję można było bez większych trudów znaleźć. Jak ktoś lubi stary Pink Floyd w połączeniu z alternatywnym rockiem, freejazzem, odrobiną etnicznego grania, a wszystko to otoczone jakby narkotycznym obłokiem, może śmiało sięgać po „Freak”. Oczekujący Armijnych czadów z waltornią Banana, niech czują się ostrzeżeni.

Creed nigdy nie należał do moich faworytów. O wiele bardziej podobał mi się projekt Alter Bridge, powstały po rozpadzie z inicjatywy Marka Tremonti, o ile pamięć mnie nie zawodzi. Creed grał taki hipermarketowy grunge, wizerunkowo bezpieczny, umyty, uczesany, bezpiecznie podany, bez rzężenia rodem z zatęchłego garażu, polany grubą warstwą lukru. W słodycz wpakowano tęsknotę za miłością, melancholię, która pasowała do miłośników serialu o podlotkach z dobrych domów, które mają poważny problem, bo mama i tata nie chcą dołożyć do nowej corvetty, a przecież koleżanka z klasy ma… „Full Circle” ma tę przewagę nad wcześniejszymi płytami Creed, że Stapp mniej stara się śpiewać z manierą a la Eddie Vedder i bardziej jest sobą. Zdarza mu się nawet porządnie wydrzeć. Cukierni też jest w moim odczuciu mniej, aczkolwiek za dużo w tym zestawie tych samych ciastek lub o za mocno zbliżonym smaku. Z tuzina wyłowiłbym może dwie, trzy piosenki – tytułową (trąci bluesem z Nowego Orleanu) i „The Song You Sing”. Creed rzecz jasna nie stracił umiejętności pisania fajnych melodii. Umie przyłożyć. To solidny rockowy zespół. Na swoje szczęście wiele lat temu odniósł kolosalny sukces. W przeciwnym razie na taki album, jak „Full Circle” niewielu zwróciłoby uwagę.

Jako podkład do pogłębiania wiedzy wykorzystałem bardzo miłą dla ucha składankę „Hollywood Mon Amour”, na której znalazło się kilkanaście piosenek, które pojawiły się w filmach. Subtelne aranżacje, mocno akustyczne z delikatną elektroniką, w stylu łagodnego popu (chwilami nieco żywszego) mogą się podobać. Z powszechnie znanych śpiewają między innymi Skye z Morcheeby („Call Me” Blondie) i Juliette Lewis („This Is Not America” Davida Bowiego i Pata Metheny). Po raz kolejny podziękowania należą się Adamowi Śliwakowskiemu z Metal Shopu, który ową kompilację wytropił i zechciał się nią ze mną podzielić. Taka refleksja mi się nasunęła po przesłuchaniu, że większość tych przeróbek doskonale nadawałaby się do ścieżek dźwiękowych filmów Quentina Tarantino, jak i na składanki chilloutowe.

Niemniej miły podkład stanowiły płyty Jaromira Nohavicy, z których najmilej słuchało mi się „Tri Cunici” oraz „Divne Stoleti”. Na tej drugiej znalazła się rozsławiona w polskiej wersji językowej przez Artura Andrusa „Cieszyńska”. Co ciekawe, Jaromir część oryginalnego tekstu śpiewa po polsku, którym – jak się przekonałem kiedyś oglądając wywiad telewizyjny z nim – posługuje się ze sprawnością o wiele większą niż selekcjoner naszej narodowej reprezentacji kopaczy nożnych mizernych wielce.

Nohavica grywał kiedyś z zespołem Czechomor, za naszą południową granicą wykonawcą legendarnym. Od dość dawna czekały na swoją kolejkę dwie płyty tej kapitalnej grupy. Z zachwytem pochłonąłem album, który Czesi stworzyli do spółki z Jazem Colemanem z Killing Joke – „Promeny”. Panowie, z tego, co wiem, spotkali się ładnych parę lat temu. Zarówno Czechomor, jak i Jaz Coleman wzięli udział w znakomitym filmie „Rok diabła”, w którym pierwszoplanową rolę gra Nohavica. „Promeny” z Killing Joke oczywiście nie ma niczego wspólnego. To tradycyjna muzyka czeska, znakomicie wyprodukowana przez Jaza, nowocześnie brzmiąca. Mniej więcej w tym samym okresie, gdy powstawały „Promeny” Coleman przebywał przez kilka miesięcy w Krakowie, pracując z Nigelem Kennedym. Do dziś nie mogę wybaczyć losowi, że dowiedziałem się o tym post factum. Malutkim pocieszeniem jest to, że informację przekazał mi sam Coleman w telefonicznym wywiadzie… No cóż, będę się teraz uważniej rozglądał chodząc ulicami centrum.

Zanim wybiorę się w podróż (jeśli znowu nie nastąpi nieoczekiwana zmiana terminu) obejrzę sobie „Harakiri”, stary japoński film, który kiedyś nagrodzono w Cannes. Relację zdam najpewniej w drugiej połowie tygodnia.

  1. siemieniec
    13/12/2009 o 12:16 am

    chłopie piszze jasniej bo zalewajka jezykowa jest…

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: