Strona główna > Film, Muzyka > Long post muzyczno-filmowy

Long post muzyczno-filmowy

Sinusoidalnie zmieniał się mój nastrój po ostatnich spotkaniach z muzyką, polską i zagraniczną. Radość moja tym jest większa, że rodzimi artyści wyszli z tej „potyczki” z podniesionym czołem, dumnie i wysoko dzierżąc tarczę. Zaczęło się od długich godzin z pierwszą solową płytą Huberta „Spiętego” Dobaczewskiego „Antyszanty”. Nie wiem, jak innym, ale mi zajęło trochę zanim zacząłem przysłuchiwać się tej produkcji nie mając z tyłu głowy pytania „a kiedy będzie coś w stylu Lao Che”?. Bo z muzyki twórców trzech kapitalnych płyt jest na „Antyszantach” tylko głos Spiętego. Artysta zastosował inną, bardziej minimalistyczną formułę, podpiera się głównie gitarą, bębnami, które jakby wybijały na galerze rytm wiosłującym skazańcom. Jest prosta elektronika, którą niejeden już przyrównywał do Kraftwerk, zaś ja bym dodał tutaj nową falę z początków lat 80. Skoro w tytule jest słowo szanty, to nie mogło zabraknąć drumli. Jest też banjo, chyba dla większości łączące się z country. Aranżacje są naprawdę skromne, ale ta muzyka działa mocno w połączeniu ze słownymi igraszkami Spiętego. Rockers Publishing w zapowiedziach pisał o mocno erotycznym charakterze tekstów. I faktycznie dosadnego śpiewania o paniach i panach (marynarzach i majtkach) jest sporo. Są dziecięce zdrobnienia, wyliczanki, które pozornie nie mogą wywołać innego traktowania płyty, jak zwyczajne jaja, wygłupy. Ale jeśli dokładnie wczytać się w słowa Spiętego, w to słów cięcie i gięcie, te zbitki, neologizmy, jeśli wbić się głębiej, okaże się, iż artysta nie do końca traktuje całości jako beztroskiej zabawy. Spięty zawsze miał coś do przekazania z Lao Che, ma również jako solista. Płyta trudna do sklasyfikowania, ale jak wiadomo, ja za szufladkowaniem nie przepadam. Niech stanie na tym, że to muzyka alternatywna, niekomercyjna, z dość dosadnym, frywolnym przekazem, pod powierzchnią którego jest i sporo celnych spostrzeżeń.

Drugi punkt dla Polski wywalczyła gdańska Proghma-C i debiutancką płytą „Bar-do Travel”. Ściemniać nie będę, album wciągnął mnie bardzo. Na tyle, że postanowiłem poszperać dość intensywnie w poszukiwaniu genezy tytułu i paru tytułów z krążka. Wiedzę wzbogaciłem. Wiem, że „bardo” to stan przejściowy w tybetańskim mistycyzmie i to była cenna nauka przed zabraniem się do komponowania finalnej wersji recenzji. Bo mistyki w tej muzyce jest sporo. Także hipnotyczności, momentami transowości. Trudno uciec od skojarzeń z Meshuggah, wokalista manierą chwilami przypomina Maynarda Jamesa Keenana. Elektronika i niektóre partie gitarowe wychodzą z progresywnego grania. W skojarzeniach nie ma niczego złego. Proghma-C potrafiła ze swoich inspiracji zbudować coś swojego, zostawiła na płycie swój ślad. Za wcześniej mówić, że mają swój styl, ale z pewnością wiedzą, w którą stronę zmierzają. A cover „Army Of Me” Björk nagrali naprawdę imponujący. Godzina świetnej muzyki, mocnej, ciężkiej, ale mającej przestrzeń, jakąś tajemniczość, nie przytłaczającej dla samego przytłaczania. Proghma-C nie z tych, co będą silić się na bycie najcięższymi, najbardziej pokręconymi, itp. Emocje, które chcą wyrazić, oblekają we właściwe dźwięki. I pewnie z tego powodu blisko godzina spędzona z „Bar-do Travel” mija tak miło i bezboleśnie. Głęboko się panom kłaniam i czekam na to, co będzie dalej, licząc mocno, iż będzie jeszcze lepiej, jeszcze bardziej interesująco.

Honor zagranicy znakomicie obronili weterani z Cheap Trick. Tajemnicą nie jest, że do melodyjnego rocka i hard rocka mam słabość, aczkolwiek Amerykanie nigdy nie należeli do grona moich wielkich ulubieńców. Jednak ich mocno beatlesowski, chwytliwy rock, hard rock, rock and roll może rozpogodzić nastrój każdego przytłoczonego faktem, że w listopadzie wcześniej robi się ciemno, a słońca jest jak na lekarstwo. Płyta „The Latest” zaraża radością, oczywiście jest na niej mnóstwo pięknych harmonii, ukłonów w stronę glam rocka, uwielbianych przez Cheap Trick The Beatles, rockandrollowy kopniak, a nawet ognistość żywcem wzięta z melodyjnego punk rocka. W USA Cheap Trick to legenda, u nas zespół znany raczej niewielkiemu gronu pasjonatów AOR-u, czyli rocka zorientowanego na dorosłych. Nazwa durna i nie wiem, kto za nią stoi. Co za kretynizm! Rock właśnie jest przede wszystkim dla niedorosłych, dla wiecznie zbuntowanych, młodych duchem. Dorosłość raczej odbiera człowiekowi rockandrollowość, przynosząc w jej miejsce rozleniwienie, skapcanienie, przeczulenie na punkcie współrzędnych pilota w domowym zaciszu. Dobra, nie będę się pastwił nad jakimś szufladkarzem od Wujka Sama. Czasu i palców szkoda. Wielkie dzięki Adamowi Śliwakowskiemu z krakowskiego Metal Shopu, że po udostępnieniu mi płyty ze trzy razy pytał, czy słuchałem. W końcu zrobiło mi się głupio, posłuchałem i będę miał powód, aby złożyć mu serdecznie dzięki za dobry wybór. Są jednak w sklepach muzycznych ludzie, którzy znają się na rzeczy. Nie ma jednak ich za wielu. Adam to wyjątek, a Metal Shopowi stuknie za jakiś czas 20 lat. Oj, będzie się działo J

Chad Smith’s Bombastic Meatbats, to poboczny projekt perkusisty Red Hot Chili Peppers. Projekt instrumentalny z udziałem czterech muzyków, którzy są już na tym etapie wtajemniczenia w sztukę, że jeśli mają czas, to bawią się instrumentami, nie myśląc, czy skala tej zabawy przekroczy granicę sali, w której mają próby. Tak, nie każdy może sobie na coś takiego pozwolić, a u nas to pewnie mniej niż promil. Ale Chad, Ed Roth, Jeff Kollman i Kevin Chown mogą. Powszechnie znany jest tutaj tylko Smith, ale reszta to nie byle jacy muzycy. Może nie jest to pierwsza liga pod względem znajomości przez fanów, lecz Ed, Jeff i Kevin dossier mają całkiem spore. A w co się bawią? Bawią się w funky, soul, fusion, delikatnego jazzu. Bawią się dobrze, bo pod koniec paru kompozycji słychać zabawne uwagi słowne, typu „Oj, wylałem sobie piwo”. Jest też koncertowy cover kompozycji Billy’ego Cobhama, słychać, że zarejestrowany w jakimś małym kalifornijskim klubiku. Panowie kochają to, co robią, mają z tego wyczuwalną na kilometr radochę, a ich ego nie są na tyle duże, aby zżymali się na to, iż ogląda ich 250 osób, a nie 50 tys. To nie jest płyta, która zapisze się na lata w świadomości fanów. Na pewno chętnie zaopatrzą się w nią ci, którzy lubią takie granie instrumentalne, w którym nie ma wyścigów, kto zagra szybsze i bardziej efektowne solo. Kwartet przyjął pewne reguły muzycznej zabawy i trzyma się ich. Chciałbym zobaczyć ich na żywo, bo pewnie granice zabawy wtedy się poszerzają, ale mam mało wiary w to, że ktoś odważyłby się ich do nas zaprosić. A jeszcze niewielu stać na to, aby fruwać sobie na koncerty do Japonii…

Katatonia niestety obniża loty. Zmęczyła mnie i znudziła płyta „Night Is The New Day”. Napisanie, że nie ma w tej muzyce życia nie byłoby trafne, bo Szwedzi raczej operują paletą, na której są głównie mroczne barwy, a ze śmiercią i okołośmierciowymi tematami zawsze im było do twarzy. Niefajność „Night Is The New Day” to brak tego czegoś, co powoduje, że chce się do materiału wracać. Coś, co chyba po raz ostatni pojawiło się na „Viva Emptiness” i wcześniejszych albumach. Można wylewać żale, płakać do mikrofonu, ale jeśli nie ma w tym jakiegoś haczyka, magicznego ognika, iskry bożej, szatańskiego liźnięcia, to wiele z albumu się nie wyniesie. Mikael Akerfeldt może sobie pisać hymny pochwalne na stickerze z okładki, jego prawo. Ale z radością bym się dowiedział, jak jego zdaniem „Night Is The New Day” wypada na przykład z „Last Fair Deal Go Down”?

Rob Halford niedawno określił się chrześcijańskim heavymetalowcem. Naprawdę, powiedział to w wywiadzie radiowym. Nie chcę na siłę kwestionować prawdziwości jego słów, ale jak ma się wydać album inspirowany świątecznymi piosenkami, zimą, bożonarodzeniowym zamieszaniem, a do tego zna się ten biznes od podszewki, to… Nie mam nic przeciwko takim płytom nagrywanym przez metalowców. Przeciwnie, nie jeden raz setnie się przy takowych projektach uśmiałem. Po raz pierwszy chyba z 25 lat temu, gdy w formie kasetowej zagościła u mnie świąteczna kompilacja z udziałem czołowych wtedy niemieckich kapel metalowych. Do dziś pamiętam wersję „White Christmas” Binga Crosby’ego, w której gardło darła niesamowicie Sabina Classen z Holy Moses. Rok temu weselej zrobiło mi się przy „We Wish You A Metal Xmas…”. Po „Winter Songs” nie jest mi za bardzo do śmiechu, bo to płyta nudnawa i przesadnie poważna, nadęta jak balon braci Montgolfier albo Jose Mourinho. Ratuje ją parę weselszych, luzackich, rockandrollowych momentów i otwierający całość „Get Into The Spirit”. Gdybym celebrował Wigilię, chętnie widziałbym przy stole Roba Halforda, ale wolałbym, aby zamiast piosenek z trzeciej płyty zaśpiewał mi na przykład „Resurrection”, „The One You Love To Hate”, czy jakiś kawałek Judasów. Byle nie z „Nostradamusa” J

Czym byłoby życie bez przerw na odpoczynek? W ostatnich dniach bardziej filmowy niż książkowy i niekoniecznie związany z nowościami. Adam Ś. nie tylko na muzyce się zna, lecz czasami rekomenduje niezłe filmy. Polecił mi dwa sensacyjne amerykańskie obrazy – „Władza pieniędzy” (Even Money) i „Błękitny proszek” (Powder Blue). Obydwa łączy osoba Foresta „Klapnięte Oczko” Whitakera. Pierwszy, to opowieść o uzależnieniach dwóch osób od hazardu i kłopotach, które z tego wynikają dla złotej rączki Clyde’a Snowa (Whitaker) i pisarki Carolyn Carver (bardzo dobra Kim Basinger). Kłopoty, ich sprawianie, jest tu domeną niejakiego Victora (Tim Roth, i wszystko jasne :)), za którym stoi tajemniczy Ivan. Końcówka dość łatwa do przewidzenia, ale ogląda się naprawdę miło.

Podobnie jak „Powder Blue”. Nie tylko ze względu na Jessicę Biel, która jako tancerka erotyczna musi podziałać na wyobraźnię każdego mężczyzny (swoją drogą nieźle się do tej roli przygotowała; ciekawe, kto był konsultantem merytorycznym), ale nieźle wypada też w dramatycznych scenach, kiedy rozbierać i wyginać się nie trzeba. Bo Rose-Johnny (Biel) ma synka w śpiączce i wierzy głęboko, że odzyska on zdrowie, dlatego tańczy ile się da, także w prywatnych pokojach, za co dostaje się więcej pieniędzy, ale też znacznie więcej trzeba z siebie dać. Patricka Swayze (R.I.P) można zobaczyć w ciekawej epizodycznej roli właściciela klubu, wrednego skurwiela, który wykorzystuje swoje pracownice jak się da. Jest ograny wątek dziewczyny nie znającej ojca (znakomity Ray Liotta), który po latach się odnajduje, jest nieśmiały młodzian, szukający miłości, na co dzień zajmujący się makijażem dla umarłych i mający kłopoty finansowe, jest pastor (Whitaker), który chce zapłacić za zastrzelenie go, między innymi przygodnie poznanemu transwestycie (swoją drogą przedstawienie pastorowi cennika usług jest zabawne). Co ważne, przynajmniej dla mnie, nie ma tu hollywoodzkiego happy endu, nie wszyscy żyją długo i szczęśliwie.

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: