Strona główna > Muzyka > Dzień i noc podległości…

Dzień i noc podległości…

… podległości od zaległości. Płytowych. Wiadomo, jak się freelance’uje, lepiej nie mieć zbyt wielu wolnych dni, bo może się okazać, że na półkach robi się coraz tłoczniej, brakuje czasu, aby wszystkiego posłuchać i – co najgorsze, kasa kończy się szybciej niżby się tego chciało (o ile w ogóle chce się czegoś tak szalonego). Święto nie święto, postanowiłem sobie, że będę siedział do burej nocy (słowa dotrzymuję, bo właśnie jest ciemno i buro) i słuchał maksymalnie dużo, aby chaos na podręcznym stole z płytami zmniejszył się choć na chwilę, zaś wzrosła „wieża” materiałów przesłuchanych. 11 listopada 2009 zapamiętam jako dzień bolącej głowy od muzycznych różności. Głównie zagranicznych, w zdecydowanej większości bolało aż miło, zaś raz miło nie było.

Psychodancing2Nie trafił do mnie drugi album Maleńczukowego Psychodancingu. Pojmuję, że artysta potrzebuje czasami pokazać gawiedzi, jaki to on jest wszechstronny, jak wiele umie, z jaką gracją porusza się po różnych dźwiękowych krainach. Ale na „Vol. 2. Alchemii piosenki” obcujemy z podróżą chaotyczną, bez jakiejś przewodniej myśli, naszpikowaną mnóstwem zaskoczeń, na które niekoniecznie chcemy mieć ochotę. Słowo „dancing” narzuca pewną konwencję, sprawia, że spodziewamy się pewnego rodzaju piosenek, zaś przedrostek „psycho” jakby niweluje tę przewidywalność, oddala się przez niego to, co przez słuchacza oczekiwane. Z tego zestawienia wyszło coś, co niewiele daje przyjemności, a zaskakuje raczej tym, że męczy zamiast bawić. Folk uliczny, rock, blues, pop wychodzą Maleńczukowi czasami nieźle. Śpiewać on umie, bawić się słowem także. Ale filtrowanie własnej twórczości nie jest jego mocną stroną. Takie jest moje odczucie. Jajo jajem, lecz Bee Gees, Afric Simone czy The Shorts jakoś mi do Macieja nie pasują.

saIm dalej w dzień (i w noc) tym lepiej, przyjemniej. Zestaw hitów Skunk Anansie warto mieć. Nie tylko dlatego, że są na nim chyba wszystkie kapitalne kawałki sprzed lat, a jak ktoś ma za ciężki portfel, to może zaopatrzyć się w wersję z DVD (15 klipów) lub limitowaną czteropłytową z remiksami i nagraniami koncertowymi. Najważniejsze jest to, że na „Smashes And Trashes” są trzy nowe piosenki i że są one bardzo dobre. Nie jest tak, że najpierw mamy mocarzy z minionej dekady, zaś obok nich pojawiają się ubodzy krewni przebojów z XX wieku. „Because Of You” nie traci wciśnięty między „Secretly” a „All I Want”, „Tear The Place Up” wybucha między „Hedonism” a „Weak”, zaś ładna ballada „Squander” koi nas pomiędzy „Twisted” a „Lately”. Skunk Anansie rozbudzili mój apetyt na kolejną płytę studyjną i jestem pewny, że kto posłucha kompilacji pozostanie z podobnym odczuciem.

echoesByła jeszcze jedna polska płyta w Dzień Niepodległości (nawiasem pisząc, tak zatytułowane jankeskie szmirowate i rozbuchane efektowo filmowe arcyniedzieło prezentowano dziś w telepudle). Nowa, młoda polska grupa Echoes Of Yul. Wiedziałem, że ta nazwa już kiedyś obiła mi się o uszy, a Arek Młyniec z Foreshadow Music i Omnio.pl, który krążek dystrybuuje, uświadomił mi, że opolanie supportują (właściwie to już supportowali) poważany przeze mnie wielce amerykański Dälek. Ale Echoes Of Yul to zupełnie inne granie. Punkt wspólny to mrok, przerażenie, niepewność – te cechy klimatu muzyki znajdziemy u obydwóch wykonawców. Polacy preferują jednaj granie przytłaczające, drone’owe, coś z okolic Sunn O))), Neurosis, pogrzebowego doomu… To skojarzenia po jednym na razie przesłuchaniu, więc niech nikt się do nich za bardzo nie przywiązuje 🙂 Album trwa sporo ponad godzinę, więc na jego poznanie trochę mi zejdzie. Oprawa graficzna przypomina mi kolorystyką i atmosferą obrazy z jedynki „Blair Witch Project”. Muzyka EOY sprawdziłaby się w tym obrazie znakomicie.

zero7Po drone’owym walcu ukojenie jest niezbędne. Lizanie ran na narządach słuchu spadło na Zero 7. Przyznaję, wcześniej nie znałem ich muzyki. Niby nie są z mojego kręgu, ale ich ambitna elektronika może się podobać. Angielski duet ma ciekawe pomysły, a do śpiewania zaprasza zdolne panie o może niewielkich nazwiskach, lecz interesujących głosach i sporych zdolnościach interpretatorskich. Piszą o Zero 7, że to ambient, trip-hop, downtempo… Chrzanić etykietki. To dobra, mocno elektroniczna, spokojna i ambitna muzyka. No i jest tu hołd dla Zinedine’a Zidane’a  🙂

flamingZ Flaming Lips zawsze spotykałem się na krótko, po czym rozchodziliśmy się w różnych kierunkach. Nie żebym ich nie lubił, nie doceniał. Po prostu, jakość ich wcześniejsze dokonania nie trzymały mi się pamięci. Inna sprawa, że mój gust nie stał w miejscu i nie zawsze był tak rozciągnięty, jak obecnie. Ale ich „Embryonic” to bardzo, bardzo miłe zaskoczenie. Psychodeliczna jazda z dużą dawką elektroniki, mnóstwem przestrzeni, bynajmniej nie usypiająca, na pewno frapująca, mocno kinematograficzna. Z gościnnym udziałem MGMT i Karen O z Yeah Yeah Yeahs. Nagrać aż 18 piosenek, które nie męczą, to jest nie byle jaka sztuka. Ale Wayne Coyne to nie żółtodziób i umie komponować. „Embryonic” też będę musiał przepuścić przez uszy jeszcze ze cztery razy, bo raz to zdecydowanie za mało.

Reklamy
  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: