Strona główna > Film, Muzyka, People, Show-biznes > Ucho w ucho z mordercą

Ucho w ucho z mordercą

slayerŚwiat pomalowany w kolorze krwi objawił się w końcu moim uszom. Trochę działało mi na nerwy to odsuwanie premiery o kolejne tygodnie, rzekomo z powodu przedłużających się prac nad poligrafią, ale skoro już mam w rękach nowego Slayera, to zapominam o wszystkim i wybaczam im te promocyjno-marketingowe ściemy. Ze Slayerem jest tak, jak z Metallicą i jeszcze paroma innymi wybitnymi zespołami. Gdy zbliża się premiera, wszyscy wstrzymują oddech, z niecierpliwością wielką szperają po sieci, aby natrafić na ujawniony przedpremierowy numer, kolejną informację o płycie, zespole, na wywiad z którymś z muzyków, choć wiadomo przecież na 99 proc., że powie on, iż jest to najwspanialsza rzecz, jaką do tej pory nagrał. Z „World Painted Blood” było o tyle inaczej, że „Psychopathy Red” Slayer grał na koncertach już ładnych parę miesięcy temu, a „Hate Worldwide” objawił się oficjalnie dość sporo przed premierą.

Ostatnio z bliskim kumplem mieliśmy mały dyskurs na temat „Christ Illusion” i tego, co legenda thrash metalu może jeszcze pokazać. Przyjaciel mój stanowczo obstawał przy tezie, że wprawdzie „Christ Illusion” ma wszystko, co składa się na wyjątkowy styl Slayera, odpowiednią moc, szybkie tempa i charakterystyczne darcie Arayowskiego Tomasza, ale nic tak naprawdę po przesłuchaniu nie pozostaje w głowie. Trochę racji w tym jest, choć nie do końca podzielam to zdanie. Ja zamiast promowanego i nagradzanego „Eyes Of The Insane” wolę „Jihad” i „Catatonic”. Natomiast nie za bardzo podoba mi się zbyt duży stopień „zamulenia” gitar. Brak takiego ostrego, czystego  gitarowego cięcia przez uszy, głębokiego, wywracającego mózg do góry nogami. „World Painted Blood” sprawia w pierwszym kontakcie wrażenie znacznie pozytywniejsze niż poprzednik. Przede wszystkim gitary jakoś lepiej młócą. Jest parę fajnych pomysłów, typowo Slayerowych oczywiście. O żadnym zbaczaniu z kursu nie ma mowy. Jeszcze 48 godzin i będę miał (a właściwie musiał mieć, bo deadline’y nie znają listości) wyrobione zdanie.

Deep-Purple_Live-Encounters_sZdanie mam już wyrobione na temat „Live Encounters” Deep Purple. Niestety, nie jest to najlepsza pozycja koncertowa w dorobku legendy. Ian Gillan nie był wówczas w dobrej formie wokalnej i nic nie pomógł niezły dobór utworów i to, że Purple promowali najlepszy z nagranych z następcą Blackmore’a album „Purpendicular”. Świetnie wypadł tak naprawdę tylko Steve Morse. Nawet Jon Lord grał jakoś niezbyt przekonująco. Tak naprawdę to pamiątka tylko dla najwierniejszych fanów, dla tych, którzy tam byli i chcą to zapamiętać.

Jak ja to ostatnio zaczynałem posta? Czy nie jakoś w stylu, że cholernie mnie cieszy, gdy trafia do mnie płyta mało znanego lub nowego wykonawcy, a potem okazuje się, iż jest to coś bezwzględnie wartego uwagi? Chyba coś w tym guście. Będę musiał wypracować jakąś zgrabną i uniwersalną formułkę i robić copy+paste, jeśli fonografia – rodzima bądź światowa – rzuci w moją stronę interesującym tytułem. Tym razem padło na rodzimą. To nic, że toczy mnie wirus i ciężko się myśli/pisze i w ogóle wszystko ciężej przychodzi. Kryzys zdrowia na szczęście nie pozbawia możliwości obcowania ze sztuką. Aż tak wielki kryzys to to nie jest. Gdzie mi tam do kumpla, który chcąc zadbać o tężyznę fizyczną nabawił się zerwania Achillesa i ma z głowy na trzy miesiące bliższy kontakt ze światem. Współczuję szczerze Klimsonie Drogi! Najbardziej tego gipsu do końca uda. Trzymaj się chłopie. Będę Cię wspierał tak często, jak tylko się da. Ale miało być o muzie.

lachowiczJacek Lachowicz dawno pożegnał się ze Ścianką. Szkoda, ale rozumiem, że chciał tworzyć po swojemu, a do koncepcji sopockiej kapeli to nie pasowało. Jacek komponuje naprawdę interesującą muzykę, która nie wiedzieć czemu, jakimiś opłotkami w mediach się porusza. Trochę było o nim słychać, gdy nagrał klip z Anią Dąbrowską, ale płyta „Runo” przeleciała jak meteoryt i rozbiła się szybko, nie zostawiając po sobie zbyt wyraźnego śladu. Szkoda. Może z „Pigs Joys And Organs” będzie inaczej. Życzę tego Lachowiczowi szczerze, bo ten artysta naprawdę potrafi tworzyć interesującą alternatywną muzykę. I słychać, że inspirację czerpie z różnych odcieni alternatywy. Lekkie naleciałości estetyki rodem z 4AD mieszają się z radioheadową elektroniką, sigurrosową zwiewnością, eterycznością, z delikatnie drapieżnymi uderzeniami gitary. Nie jest to materiał, który może wstrząsnąć sceną alternatywną w Polsce, anteny radiowej pewnie też nie zawojuje, bo ktoś musiałby mieć jaja, aby grać Lachowicza tyle razy, aby zapadł ludziom w świadomość. A jakoś nie wydaje mi się, aby w polskich rozgłośniach ogólnopolskich ktoś taki się znalazł. Choć radość sprawiłoby mi wielką, jeśli okazałoby się, iż pomyliłem się całkowicie. Rzecz na poziomie i z pewnością warta uwagi.

maqamaMaqama. Zapamiętajcie tę nazwę. Rockers Publishing zapowiadał to tak umiejętnie, że musiałem poznać tę muzykę. Dobra promocyjna robota. „Maqamat” Maqamy szczęśliwie jest już u mnie. Trochę trwało zanim mogłem zabrać się za słuchanie, ale jak już się udało, to odpadłem po prostu. W klasyfikowaniu to ja dobry nie jestem i w sumie cieszę się z tego. Maqama to sztuka mroczna, tajemnicza, oniryczna, niepokojąca, powstała z mariażu elektroniki o ambientowym zapachu, etnicznej arabskiej muzyki, ciężkiego grania (niech będzie, że to coś pomiędzy postrockiem a postmetalem, Toolem mi też troszkę zalatuje). Znakomicie brzmi ta muzyka i ma nieprawdopodobny klimat. Uprzedzam, że niewesoły, podobnie jak teksty. Jest w tym coś wciągającego, urzekającego. Szczerze pisząc z muzykami Maqamy nigdy wcześniej się nie zetknąłem, a przynajmniej nie jestem tego świadom. Ale od tej pory mam ich na radarze. I obowiązkowo chcę się przekonać, czy są w stanie odtworzyć taki nastrój na żywo. Coś mi podpowiada, że w tym przypadku formuła zwykłego koncertu, czyli czterech kolesi na scenie robiących hałas na instrumentach, może okazać się niewystarczająca. Bez wizualizacji, umiejętnej iluminacji się nie obejdzie… Czekam na wizytę w moim mieście i liczę na to, że Maqamy nie zabraknie na przykład na Off Festivalu. Niezwykle miła niespodzianka. A Rockers ma jeszcze w zanadrzu solowego Spiętego z Lao Che, po którym niemało sobie obiecuję.

evan_and_larryCo, poza lekarstwami, pomaga, gdy łeb zaczyna puchnąć z gorączki, z gardła robi się papier ścierny, zaś nos przemienia się w koryto dla rzeki śpików? Woody Allen! „Jakby nie było” (Whatever Works) to klasyczny Allen bez udziału Allena-aktora. Larry David to w USA naprawdę nie byle kto, ale jak patrzyłem na znakomicie granego przez niego Borisa Yelnikoffa (swoją drogą reżyser ma chyba słabość do tego imienia, bo był już przeca Boris Grushchenko), to miałem wrażenie, iż to Woody, tylko po wyjątkowo karkołomnej operacji plastycznej, która zmieniła go nieco wizualnie, lecz mentalnie nic a nic. Neurotyczny, zgryźliwy, cyniczny, gruboskórny i piekielnie inteligentny malkontent to pewna stała wszystkich najlepszych filmów Allena (książek również). Zwykle sam znakomicie wcielał się tę postać. Larry David tym razem go zastąpił. I to jak! Boki zrywa się przez 3/4 filmu. Znakomita jest młodziutka Evan Rachel Wood jako Melody Saint Anne Celestine. Gwiazda jej ukochanego Marilyn Mansona przygasa, ona zaś aktorsko rozkwita coraz bardziej. Bardzo przekonująca jest grana przez nią głupiutka blondynka z Południa, którą przygarnia Yelnikoff i pełni podobną rolę, jak Harry Higgins w „Pigmalionie” Shawa. Wood wpadła mi w oko w „Królu Kalifornii”, potem świetnie sprawdziła się w „Zapaśniku”. Aż się boję, co pokaże dalej. W Nowym Jorku zdarzają się różne metamorfozy osobowościowe i takowe obserwujemy na filmie. Najbardziej zaskakujące przechodzą rodzice Melody, którzy wpierw są typowymi bogobojnymi redneckami, którym w głowie miłość do ojczyzny, zakładanie rodziny, płodzenie dzieci, zrytualizowane codziennie życie, zaś ciekawość świata, ludzi, kultur dla nich nie istnieje. Obejrzałem „Jakby nie było” dwa razy, wkrótce obejrzę trzeci, bo ten film sprawia, że człowiekowi jest lepiej. Dla mnie to lepszy obraz niż „Vicky Christina Barcelona”, który uważam do dziś za całkiem dobry, a rolę Penelope Cruz za niesamowitą.

  1. jabba
    29/10/2009 o 11:41 am

    Co do Maqama, to myślę, że przynajmniej z jednym z muzyków się zetknąłeś, przynajmniej płytowo. Mianowicie z Tomkiem Krzemińskim – basistą, na płycie „Weather” niejakiego zespołu Neuma.🙂

    Zaś w temacie Slayer napiszę w ten sposób: za mało mięsa i żylety w gitarach.🙂 W brzmieniu perkusji też czuć rękę Grega Fidelmana, nie wiem, czy ów pan jedzie na patencie nagrywania bębnów, ponieważ jako producent ostatniej Metalliki też popełnił podobny sound Ulrichowi, choć nie aż tak „czeszący” po uszach. Inna sprawa, że gadanie o tej płycie, jako o czymś na kształt „Reign In Blood” zgadza się chyba tylko pod względem długości numerów. Jazda inna, choć wciąż bez trzymanki, jak to u Zabójcy.🙂

    • 30/10/2009 o 8:23 am

      Faktycznie, z Neumą zetknąłem się w każdym wcieleniu, a przy okazji „Weather” to nawet wywiad robiłem z Maciejem M.🙂 Dokładny research zespołu jeszcze przede mną.

      Co do Slayera, to nie wiem, jak będzie, gdy porządnie posłucham tego na słuchawkach. Póki co, nie jest źle. Łoją ja trzeba i raczej nie będzie to zawód.🙂 Dziś muszę napisać tę reckę, więc słuchania czeka mnie sporo🙂 Slyerized Friday się kroi😀

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: