Strona główna > Film, Literatura, Muzyka, People > My Favourite Colour is…

My Favourite Colour is…

…Living Colour! Znowu w Polsce! Yeah! I to w moim rodzinnym mieście. Radość wielka będzie 29 stycznia 2010. Zwłaszcza, że będą promować absolutnie znakomity album „The Chair In The Doorway” (w Polsce Mystic Production). Ja po prostu uwielbiam sposób, w jaki ci faceci bawią się konwencjami. Lekko, swobodnie ze zwinnością radzieckiej gimnastyczki sportowej skaczą z rocka w soul, z soulu w funky, pohałasują trochę elektronicznie, rozhulają tanecznym pulsem, pojazzują, rzucą coś w reggae albo, ku zaskoczeniu, zagrają po prostu prostą rockową piosenkę. Corey, Vernon, Doug i Will z upływem czasu nic nie tracą na jakości jako muzycy. Wprost przeciwnie, oni są coraz lepsi. Nie wiem, jak to robią, ale to robią.

 Bardzo mnie do siebie przekonując każdą płytą. To nie jest prosta sprawa, aby startując od takiego arcydzieła, jakim bez wątpienia był „Vivid”, zachować poziom i klasę na następnych produkcjach. Living Colour nigdy nie zawodził. Pamiętam, jak dość mocno mieszano z błotem „Stain”. Tylko niech ci, którzy to robili, pokażą mi zespół, który w tamtym czasie nagrywał takie perełki, jak „Leave It Alone”, „Ignorance Is Bliss” czy „Nothingness”. „Collideoscope” sukcesu nie odniósł, a przecież było na nim kilka fantastycznych numerów – „Holly Roller” czy wzruszająca ballada „Flying”. O kapitalnych coverach AC/DC i The Beatles nawet nie wspominam. Living Colour już od „jedynki” słynęli z doskonałych przeróbek, a najbardziej spośród nich zapadła mi w pamięć ultraszybka wersja „Should I Stay Or Should I Go” The Clash.

Living Ze smutkiem przeczytałem, że „The Chair In The Doorway” w pierwszym tygodniu sprzedał się w USA w niewiele ponad 2 tys. egzemplarzy (nasz Behemoth ponad dwa razy tyle). Świat ewidentnie schodzi na psy. Nie docenić takiego albumu… Trudno mi to pojąć. W tych kilkunastu krótkich piosenkach jest tyle fajnej treści, że trudno się nie zachwycić. Bycie ambitnym nie jest dziś opłacalne. Szczęśliwie Living Colour to doskonali muzycy, którzy wcześniej zarobili na trzeci filar i dziś mogą robić to, co chcą, mając gdzieś mainstream.

 Jednym z milszych wspomnień mojej wywiadowczej kariery na pewno pozostanie rozmowa z Vernonem na kilka tygodni przed koncertem w Stodole. Byłem zszokowany tym, jakie ten facet ma szerokie horyzonty muzyczne. Gdy wymienił jako jednego ze swoich ulubionych gitarzystów gościa z Necrophagist, myślałem że robi sobie ze mnie jaja. Nie robił. Oglądanie go w akcji powinno wejść do programu obowiązkowego w klasach gitary w szkołach muzycznych. Zresztą trójki jego kolegów z LC również. „The Chair In The Doorway” to dla mnie z pewnością ścisła czołówka płyt 2009 roku. Mam nadzieję, graniczącą dość blisko z pewnością, że koncert nowojorczyków będzie w szpicy przedniej moich wydarzeń artystycznych roku następnego.

 Charlie_WinstonDobrze, że w majorsach pozostało kilku, dosłownie, ludzi, którzy znają się na swojej robocie i na muzyce. Rzecz jasna, muszą lansować masę gównianej muzyki, aby słupki sprzedażowe utrzymały się na przyzwoitym poziomie, zachodni właściciel nie dostał piany i nie pozwalniał załogi. Ci kumaci z majorsów wiedzą, kiedy trafia w ich ręce wartościowa muzyka. Jakieś dwa z hakiem miesiące temu, będąc w siedzibie polskiego Warnera poznałem po raz pierwszy twórczość Charliego Winstona. Mariusz Lipiński, człowiek od Warnerowej promocji (bez dwóch zdań jeden z najlepszych w te klocki spośród wszystkich, jakich spotkałem na swej drodze), był tą osobą, która powiedziała mi: „Zwróć uwagę na tego faceta”. Pokazał mi wtedy klip do piosenki „Like A Hobo”. Niechlujnie ubrany koleżka, taka uwspółcześniona wersja Toma Waitsa/Nicka Cave’a/Scotta Walkera z wibrującym głosem trochę a la Anthony Hegarty, zrobił na mnie wrażenie. Ale wiadomo, po jednej piosence trudno kogoś oceniać. Dziś już jestem mądrzejszy, bo album „Hobo” poznałem w całości. I Mariuszowi niech będą dzięki po stokroć!

 Charlie pewnikiem będzie śledzony przeze mnie uważnie, bo talent ma nieprzeciętny, głos przejmujący, zdolności do aranżacji imponujące. Czego to nie ma na jego krążku – fortepian, klawisze, harmonijka, kontrabas, skrzypce, altówka, wiolonczela, puzon, dulcimer, Hammondy, jest i próbka beatboxu. Poza tym oczywiście gitary, bas i perkusja. Sporo, nieprawdaż? Ale całość jest tak zmyślnie pukładana, że nie ma mowy o barokowym przeroście, czy chaosie. Charlie dobrze śpiewa, wiele emocji potrafi przekazać głosem, głównie niestety tych smutnych. Fajnie wychodzą mu skoczne, wręcz taneczne piosenki, a także wolno płynące ballady z towarzyszeniem fortepianu, czy podniosłe piosenki (fenomenalne „Boxes”!). Jest jeszcze jedno – teksty Charliego są o czymś. Prawda, do pośmiania się nie ma w nich za wiele, żal, gorycz, zawód, tęsknota czają się pod każdą niemal linijką, ale nie żyjemy w świecie, który nie rozpieszcza nas radościami, więc taki szczery i prześlicznie podany przekaz powinien trafić do wielu. Tylko trzeba dać Charliemu szansę, więc marsz do sklepów! Straszną przyjemność sprawia mi słuchanie i recenzowanie takich płyt. Mariusz, dzięki raz jeszcze i czekam na kolejne rekomendacje🙂

 yelloCzęść muzyczna trzecia i przedostatnia postu, i kolejne wydawnictwo, które powinno dać wiele radości. W szczególności tym, którzy zatykają uszy, gdy puszczają Lady GaGę, itp. „Touch Yello” szwajcarskiego Yello to ciekawy, wyrafinowany pop z domieszką jazzu, smooth jazzu, tanecznych rytmów, ambitnej elektroniki, ambientu. Niezwykle starannie zaaranżowany przez Borisa Blanka, z udziałem znakomitego jazzmana Tilla Brönnera, który kilka piosenek świetnie ozdobił swoją trąbką, rodaczki Borisa i Dietera Meiera, mało znanej u nas Heidi Happy (wizualnie pani/panna kojarzy mi się trochę z Sherylin Fenn, czyli niezapomnianą Audrey Horne z „Miasteczka Twin Peaks”). Do tańca jest niewiele, do przytulania całkiem sporo. Ale jesień mamy póki co chłodną, więc „Touch Yello” może okazać się całkiem dobrym podkładem.

 voggStało się. Vogg dotrzymał słowa i Decapitated wróci na scenę w 2010 roku. Gitarzysta będzie jedynym oryginalnym członkiem odrodzonego zespołu, bezsprzecznie jednego z najciekawszych deathmetalowych wykonawców w historii gatunku. Covan niestety wciąż walczy o zdrowie, z niewielkimi póki co efektami, Vitka nie ma już z nami, Martin założył rodzinę w USA. Oprócz koncertów ma być również płyta. Zanim doszło do tragedii, która zabrała z tego świata Vitka i przykuła do łóżka Covana, Decapitated mieli podpisane papiery z Nuclear Blast i – o ile pamięć mnie nie zawodzi – materiał na następcę znakomitego „Organic Hallucinosis”… Zwykle do powrotów odnoszę się z rezerwą, ale tym razem czekam niecierpliwie na to, co z tego wyjdzie. Licząc, że wyjdzie wyłącznie coś wyjątkowo dobrego.

 Gdyby nie ten cholerny wypadek Decapitated mógł już być w miejscu, w którym teraz jest Behemoth. Zwłaszcza, że miał znacznie bardziej kreatywnych i lepszych warsztatowo muzyków. Wiadomo, że miejsce Vitka zajmie Austriak Kerim „Krimh” Lechner. Resztę składu Vogg ogłosi pod koniec roku. Dobra wiadomość jest taka, że menedżmentem Decapitated będzie firma Hard Impact Music, w której działa wokalista Kataklysm (i przemiły człowiek) Maurizio Iacono. Gość zna się na tym biznesie, zna się na death metalu, więc od tej strony wszystko powinno się ułożyć, jak trzeba. Mocno trzymam kciuki za Vogga i zespół.

gottland Wpadłem może na mało odkrywczy, ale dający mi wiele radości pomysł – postanowiłem uzupełnić luki w literaturze współczesnej, w której zapuściłem się niemiłosiernie. Aż mi wstyd. Kupowanie zaległych tytułów szybko spowodowało by moje bankructwo, ale na moje szczęście okazało się, że moja osiedlowa biblioteka jest skarbnicą współczesnej polskiej książki. Na pierwszy ogień poszedł nagradzany wielokrotnie „Gottland” Mariusza Szczygła. Jeszcze kilka stron do końca zostało, ale od mniej więcej 10 wiedziałem, że to pozycja wybitna. Warto przeczytać, bo dotyczy Czech/Czechosłowacji, czyli terenów bardzo blisko Polski położonych. Historia firmy Bata jest po prostu niesamowita, podobnie Lidy Baarovej, kochanki Goebelsa. Gorąco polecam.

 saffronRównie gorąco polecam obraz „Shrink”, u nas wyświetlany pod kretyńskim tytułem „Całe życie z wariatami”. Myślę, że lepiej sprawdziło by się bardziej dosłowne tłumaczenie, bo „shrink” to w USA psychoterapeuta, po prostu. Kevin Spacey w roli głównej, mistrzowski jak zawsze. Jest sporo do śmiechu, takiego szczerego, głębokiego, i takiego przez łzy. Fajnie, i chyba wielce wiarygodnie, pokazany jest światek filmowy. Mało, ale za to konkretnie, gra Robin Williams, który nie chce się przyznać, że ma problemy z alkoholem. No i śliczna w takim starym dobrym stylu Saffron Burrows (choć śliczniej wyglądała w „Angielskiej robocie”).

 mahacekA jak ktoś chce więcej śmiechu, to trzeba obejrzeć „Do Czech razy sztuka”. Jiri Machacek, i wszystko jasne🙂 Ten aktor jest stworzony do takich ról. Końcówka może nie do końca wyszła Janowi Hrebejkowi, ale generalnie ocena jest co najmniej dobra. Czemu u nas nie potrafią zrobić takiego filmu?! Za naszą południową granicą mam wrażenie, że obrazów na tym poziomie powstaje kilka rocznie. U nas trafi się jeden na kilka lub więcej lat. No, ale jak pakuje się pieniążki na durne seriale i jeszcze durniejsze tak zwane komedie, do obsady dodaje niekoniecznie tych, co umieją grać, lecz koniecznie takich, których jedyna zaleta, to ładniutki wizerunek, to nie ma co się dziwić, że Czesi pod względem filmowym od lat biją nas na głowę…

  1. Brak komentarzy.
  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: