Strona główna > Film, Literatura, Muzyka, People > Szacunek dla Pani Baronowej

Szacunek dla Pani Baronowej

baronessAleż mam radochę, gdy niespodziewanie trafia do moich rąk płyta niezbyt znanego wykonawcy, która zaskakuje mnie bardzo pozytywnie. A radocha w smętne, jesienne dni to coś niezwykle cennego. Żeby jednak nie popadać w nadmierną poetyckość napiszę, że „Blue Record” Baroness (w Polsce Rockers Publishing) to fantastyczna muzyczna podróż przez barwną krainę, pełną wielu ciekawych dźwięków. Dźwięków, które zadowolić mogą zarówno tych, którzy cenią Mastodon, Isis, Neurosis, jak i tych, którzy nie mają nic przeciwko temu, żeby do takiego grania dodawać przyprawy sprzed dziesięcioleci. Może to być coś z lekka psychodelicznego, kojącego akustyczną formą, ale może to być odrobina klasycznego heavy metalu, melodyjnego, z gitarami tnącymi ładne solówki niczym u Iron Maiden. Baroness nie rezygnuje przy tym z brzmienia, które lokuje je wśród kapel związanych z undergroundem, niezależnością, choć myślę, że taki stan rzeczy nie potrwa długo. Z pewnością nie jestem jedynym, który dostrzega potencjał tkwiący w tym zespole, jego nieposkromioną wyobraźnię i odwagę do klejenia ciekawych muzycznych kolaży. To, że w Baroness jest utalentowany malarz (w USA zapowiedziano niedawno wystawy prac Johna Bayizleya) może być cenne. Malarze, dobrzy malarze, muszą mieć rozwiniętą ponadprzeciętnie wyobraźnię i nie mogą bać się uzewnętrzniać pomysłów, które rodzą się w ich głowach. Bayiley na pewno się nie boi. Na płotnie i na  gitarze wypada przekonująco. Myślę, i mam wielką nadzieję, że „Blue Record” przeniesie Baroness na nieco wyższy poziom zauważenia i docenienia. Trasa z Mastodon byłaby dla nich idealnym rozwiązaniem. A jakież byłyby doznania fanów z podziwania takich wykonawców… Aż strach się bać.

immortalDo Dysrhythmii wciąż nie mogę się dokopać, bo wyskakują co raz to nowe, ważne premiery. Ważne dla różnych gatunków. Immortal nie wydawał przez kilka lat, a jak już Norwegowie zdecydowali się na powrót, to nic dziwnego, że zrobił się wokół tego wielki szum i poszły nakłady na promocję. I to niemałe. Nuclear Blast po sukcesie Behemoth chyba chce wypromować maksymalnie najostrzejszych wykonawców ze swojego katalogu. Ale na płytę Dimmu Borgir, jedną z głównych dojnych krów firmy, przyjdzie jeszcze poczekać, zaś „All Shall Fall” Immortal nie ma żadnych szans w starciu z „Evangelion”. Inna liga, po prostu. Fakt, płyta brzmi bardzo dobrze, jest to black metal na poziomie. Peter Tagtgren zna się na swojej robocie i jemu trudno byłoby cokolwiek zarzucić. Tylko, że jak słuchałem tych kilku kawałków wrażenie miałem nieodparte, że zmartwychwstał Bathory i nagrał materiał w nowoczesnym studiu. Wydaje mi się, że clou całej zabawy w muzykę polega na tym, żeby znaleźć swoją ścieżkę i podążać ją aż do znalezienia własnego języka, czegoś wyjątkowego, charakterystycznego. Aby dojść do takiego momentu, w którym słuchający po najdalej minucie nie ma żadnych wątpliwości, że obcuje z płytą na przykład Immortal. To nic, że słucha się tego naprawdę dobrze, nie odrzuca od słuchawek/głośników. Słuchając „All Shall Fall” cały czas myślałem o Bathory, nie zaś o Immortal. A tak raczej być nie powinno. Dobry black metal, lecz niestety niezwykle wtórny. Jeśli są tacy, którzy z Bathory nie mieli styczności, mają szanse zakochać się w „All Shall Fall”. Starsi fani pewnie zakończą przygodę z tym albumem po kilku przesłuchaniach. Bo po co poświęcać czas na klona skoro można sięgnąć choćby po „Blood Fire Death” i szczerze się zachwycić?

cialdiniWiem, że ostatnio tylko o muzyce bazgram wirtualnie, ale oczywiście książki i filmy są u mnie cały czas obecne. Popełniłem coś, czego do tej pory starałem się unikać i zacząłem czytać trzy książki na raz. „Białą gorączkę”, bardzo umiejętnie i spokojnie dawkowaną, skończę niebawem. Podobnie będzie z biografią Ricka Rubina. Ale pewna mądra osoba poleciła mi, abym zmierzył się z „Wywieraniem wpływu na ludzi” Roberta Cialdiniego. I wielkie dzięki za to panie Marcinie. Faktycznie, z upływem stron rośnie w człowieku świadomość tego, co sprawia, że reklamy mają na nas wpływ, czemu nie obejdzie się bez reklamy z pociągającymi paniami. Mnie zaciekawił w książce wątek klakierów. Przyznam, że nie wiedziałem, że kiedyś był to bardzo poszukiwany i ceniony zawód, zwłaszcza we Włoszech. Klakierzy mieli oficjalne stawki za swoje usługi. Najtańsze były okrzyki aprobaty podczas przedstawienia, zaś najwięcej trzeba było im płacić za bisy. Oglądając różne spędy telewizyjne nie mogę wyjść z podziwu, jak to się stało, że na taką chałę przyszło tylu ludzi?! I jak to możliwe, że owa chała im się podoba?! Zastanawiam się po lekuturze ponad połowy książki Cialdiniego, czy ktoś, kto wcześniej zapoznał się z tym arcydziełem, nie wpadł na pomysł, aby uatrakcyjnić „widowisko” poprzez klakę. I jakie są teraz stawki? A może ja się nie znam, wyobraźnia mnie zawodzi, jestem zbyt prosty na pojęcie niuansów tej wysublimowanej sztuki? Mniejsza o to. Nawet jeśli oglądająca chałę widownia robi to z przekonania i jest pewna, że obcuje z ciekawą sztuką, to może niechcący podsunąłem komuś pomysł na biznes? Zawsze lepiej wyglądają w telewizorze prawdziwe oklaski i okrzyki niż puszczane „z puszki”. O czym zresztą też Cialdini pisze. Ech, czemu doba ma tylko 24 godziny… A tu jeszcze trzeba z nowym Kultem się zmierzyć. A potem z Charliem Winstonem i Yello, i Living Colour… Będzie miło i ciekawie.

districtŻeby zadość uczynić wszystkim tagom mego bloga, wypada wystukać kilka słów o filmie. O dwóch filmach. „Dystrykt 9” jest miłym rozczarowaniem. Wydawało mi się, że jestem już za stary, aby „kupić” film o kosmitach, ale okazuje się, iż jednak nie. Peter Jackson produkował i na tym kończą się znane nazwiska tej produkcji. Prym wiodą aktorzy z RPA. Akcja rozgrywa się w Johanesburgu i trzyma w napięciu. Jest trochę słodu pod koniec, ale nie na tyle, aby zrobiło nam się niedobrze. Efekty specjalne imponujące i w odpowiedniej dawce. Naprawdę polecam.

gandolfini„Metro strachu” z kolei to film, który można obejrzeć, gdy nie ma się pod ręką czegoś lepszego albo potrzebny jest obraz, przy którym nie trzeba za wiele myśleć. Obsada świetna – Travolta, Washington, Gandolfini, Turturro, Guzman (Pachanga z „Życia Carlita”), ale – jak to piszą krytycy filmowi – nawet największe gwiazdy nie ominą płycizn scenariusza. Akcja dzieje się dość szybko, na rozwiązanie wpada się mniej więcej w pierwszej połowie, a resztą spokojnie karmimy wzrok. Końcówka niedopracowana za bardzo, no chyba, że w kontrakcie jest mowa o części drugiej, ale byłbym zdziwiony, gdyby tak było. Travolta jako zły bohater jest do przyjęcia, choć nie zachwyca. Denzel W. na swoim normalnym, wysokim poziomie. Tony Scott robił dużo lepsze filmy w swojej karierze. James Gandolfini jako burmistrz chyba wypada najciekawiej z całej obsady. Trochę pościgów, wybuchów, huku mknącego metra i ładnych ujęć NYC.

  1. jabba
    18/11/2009 o 9:46 am

    Końcówka „Dystryktu 9” niszczy ten film dokumentnie. Nie sądziłem, że w filmach uznawanych za bardzo dobre stosuje się jeszcze tak łzawe zakończenia, jak tutaj. Jako, iż oglądałem obraz w dwóch częściach, tak po pierwszej byłem zaskoczony (z kilkoma pytaniami w głowie), to już przy drugiej następował lot koszący w dół, koszmarnie podane zakończenie.

  2. Minus
    19/10/2009 o 10:18 am

    A mi sie nowy Immortal znacznie bardziej podoba niz Baroness, hehehe

  3. 10/10/2009 o 7:37 pm

    Cialdini – klasyka🙂. Dystrykt 9 – świetny!

  1. No trackbacks yet.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: